Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

15 grudnia 2015

Kim naprawdę jestem

110

„Poznaj samego siebie, a stanie przed tobą otworem cały świat” - twierdził Sokrates. Jak to jednak zrobić? Prawda o tym, kim jesteś, nie kryje się w liście cech, które cię charakteryzują, ani w wyobrażeniach, jakie masz na swój temat. Nie odnajdziesz jej w rolach, jakie codziennie przychodzi ci odgrywać. Nie zawiera jej nawet twoja historia, która kształtuje twoje życie dziś i w przyszłości. Gdzie więc i jak szukać odpowiedzi na pytanie: kim jestem?

Kobieta pogrążona w śpiączce umierała. Nagle odniosła wrażenie, że została wzięta do nieba i stoi przed Sądem. Kim jesteś? – rzekł do niej Głos. Jestem żoną burmistrza – odparła. Nie pytałem, czyją jesteś żoną, ale kim jesteś? Jestem matką czworga dzieci. Nie pytałem, czyją jesteś matką, ale kim jesteś? Jestem nauczycielką. Nie pytałem, jaki masz zawód, ale kim jesteś?

Niezależnie, co odpowiedziała, nie zadowalało to pytającego.
Kim jesteś? Jestem chrześcijanką. Nie pytałem, jaką religię wyznajesz, lecz kim jesteś? Jestem tą, która zawsze pomagała biednym i potrzebującym. Nie pytałem, co czyniłaś, ale kim jesteś?

W końcu kobieta została z powrotem odesłana na ziemię. Gdy wydobrzała, postanowiła odkryć, kim jest.
Przypowieść tę umieścił w swym zbiorze Modlitwa żaby Anthony de Mello. Hindus z urodzenia, jezuita z wyboru, zapewne nieraz mierzył się z pytaniem: kim jestem? Podobnie my w momentach wyboru czy kryzysu, gdy w naszym życiu dzieje się coś nieoczekiwanego, zadajemy sobie to kluczowe pytanie. Warto tego dociekać. Jak mawiał rabin z opowieści Elie Wiesela, kiedy staniemy przed Stwórcą, ten nie spyta, dlaczego nie staliśmy się mesjaszem, wielkim przywódcą, ani o to, na czym polega tajemnica życia. Będzie miał tylko jedno pytanie: dlaczego nie staliśmy się tą osobą – prawdziwą i spełnioną – którą tylko my mogliśmy się stać?
Czy udało się nam odkryć, kim jesteśmy?
Czy potrafimy być sobą – kimś, kim naprawdę jesteśmy?

Niewiele trzeba, by tak się stało. Wystarczy poznać siebie. Choć to często okazuje się największym wyzwaniem.

Osobisty kompas

„Po prostu zaufaj sobie, wtedy będziesz wiedział, jak żyć” – przekonywał Johann Goethe. Filozofowie i psychologowie różnych orientacji zgodnie twierdzili i twierdzą, że wiedza o tym, kim naprawdę jesteśmy, sprawia, że łatwiej nam żyć. Dzięki niej wiemy, czego chcemy i łatwiej trafiamy do celu. Nie błądzimy po manowcach. Prof. Piotr Oleś, psycholog osobowości z KUL, tłumaczy: – Jeśli jesteśmy kimś ugodowym, długo w sytuacji konfliktowej nie wytrzymamy. A jeśli ruszamy w samotny rejs, ufamy, że potrafimy znieść samotność. Rozumiemy, co nas trzyma w pewnych granicach jak kotwice. Gdy rozliczanie innych mocno nas obciąża emocjonalnie, nie podejmiemy się roli kontrolującego szefa.

Nasze Ja jest zatem przewodnikiem w decyzjach: i tych zasadniczych, wyznaczających linię życia, takich jak wybór partnera czy zawodu, i tych drobnych, codziennych, na przykład co robić dziś wieczorem, z kim się spotkać, a co sobie odpuścić. Ci, którzy są bliżej Ja, łatwiej dokonują wyborów. I doświadczają mniej wahań i napięć. W badaniach prof. Takashi Nakao z Hiroshima University uczestnicy wybierali spośród par możliwych karier: na przykład czy wolą zostać w przyszłości pisarzem, czy prawnikiem. Kiedy wcześniej podawali dziesięć słów, które najlepiej ich opisują, szybciej dokonywali wyboru.

Cokolwiek wybierzemy, kierując się swym prawdziwym Ja, będziemy ze swych decyzji zadowoleni – dowodzą badania Rebeki Schlegel i jej współpracowników. Jak piszą: „kiedy ludzie mają poczucie, że wiedzą, kim są, wtedy ufają swym decyzjom”.

We wszystkich wyborach, a szczególnie tych ważnych, lepiej zdać się na siebie. Elliot Aronson w autobiografii Przypadek to nie wszystko pisze: „Kiedy miałem podjąć dwie najbardziej doniosłe decyzje w moim życiu, wuj Fred doskonale wiedział, jak powinienem postąpić. Każda z jego rad okazała się błędna”. Młody Elliot nie poślubił kobiety, której rodzina miała dwa sklepy; nie stał się handlarzem. Choć rodzinie wydawało się to ryzykowne, wybrał studia i został jednym z najwybitniejszych psychologów społecznych. Taka jest moc Ja jako przewodnika.

Po prostu zaufaj sobie... Tylko któremu? Czy temu, który pragnie dobrze zdać egzamin? Czy temu zmęczonemu, który marzy tylko o tym, by spać? Temu, który myśli o sobie jako wiernym partnerze, czy też temu, który reaguje pożądaniem na widok atrakcyjnej kobiety? Ja się mnoży: mamy wyobrażenie, kim jesteśmy (Ja realne) i kim chcielibyśmy być (Ja idealne), kim być nam wypada (Ja powinnościowe), a kim być nie powinniśmy (Ja zakazane), kim byliśmy (Ja przeszłe) i kim stać się zamierzamy (Ja przyszłe) albo możemy, choć niekoniecznie się staniemy (Ja możliwe)? Które z tych Ja jest bliżej samego siebie? Kompas Ja okazuje się wielce złożony.
Trudno siebie poznać, a trzeba, bo jak zaufać komuś, kogo nie znamy?

Eksperci od siebie?

„Poznaj samego siebie, a stanie przed tobą otworem cały świat ” – twierdził Sokrates. Marek Kamiński, podróżnik, polarnik i przedsiębiorca, przyznaje: „Kiedy zaczynałem studiować filozofię, myśl Sokratesa wydawała mi się oczywista. Trzeba po prostu wsłuchać się w siebie, poznać swoje możliwości, przyjrzeć się: kim jestem i dokąd zmierzam. Dziś wydaje mi się, że nie miałem wtedy doświadczenia i potrzebnych narzędzi, by rzeczywiście poznać siebie. Tak naprawdę nie zastanawiałem się nad sobą. Myślałem, że przecież znam siebie dobrze i wiem, kim jestem”.

Nie on jeden. Agnieszka Niedźwieńska, badaczka pamięci, we wstępie do książki Poznaj samego siebie pisze: „Jest jedna dziedzina, w której każdy uważa się za eksperta – to wiedza na swój temat”. Wierzymy, że nikt nie zna nas lepiej niż my sami. Po części mamy rację. Siebie znamy najdłużej. Do siebie mamy dostęp on-line. Towarzyszymy sobie latami, nie odstępujemy siebie na krok. Nawet gdybyśmy chcieli od siebie uciec, nie ma takiej możliwości. Tylko nam dane jest znać to, czego inni nie wiedzą o nas. Jak mówi prof. Oleś: – Tylko ja znam swoją historię, wiem, jak się zachowywałem jako dziecko, mam dostęp do swoich skrytych myśli i uczuć, na ile je pamiętam.

Wiedza o sobie nie ma sobie równej. Jest rozległa, zróżnicowana, dobrze zorganizowana i wysycona emocjami. Ale czy trafna? Prof. Hanna Brycz, badaczka samoregulacji i metapoznania, wręczała osobom listę 129 prawidłowości, o których wiadomo, że dotyczą wszystkich ludzi. I rzeczywiście badani w 80 proc. przypadków przyznali, że ludzie tym prawidłowościom ulegają. Zarazem w 80 proc. przypadków twierdzili, że ich samych te reguły nie dotyczą. Błądzą wszyscy, ale nie my. Jak stwierdziła w programie radiowym autorka badań: 129 dowodów, że nie jesteśmy racjonalni, to nie powód do załamania, tylko przyczynek do zadumy nad sobą i własnym życiem.

Chwytanie wiatru

Jesteśmy przekonani, że tak dobrze siebie znamy, czemu więc czasem siebie zaskakujemy? Na przykład zależy nam na projekcie, ale zwlekamy z jego zakończeniem. Nieśmiali z natury, zdobywamy się na akt odwagi. Kochamy partnera, a jednocześnie wybuchamy złością na niego. Albo wdajemy się w romans. Mówimy: to nie byłem ja. Nie byliśmy sobą. Kim więc wtedy byliśmy?

Gnothi seauton, czyli poznaj samego siebie – te słowa na frontonie świątyni w Delfach wbrew pozorom nie zachęcały do autoanalizy, lecz przypominały starożytnemu Grekowi, że jest bezsilny w obliczu bogów. Jednocześnie obok innych maksym uczyły, jak żyć. Poznawanie siebie ma długie dzieje i... wiele ograniczeń. Jak dowodzi w monografii Odkrycie „ja” rosyjski filozof i socjolog Igor S. Kon, ma ono swój początek w chrześcijańskim rachunku sumienia i w idei predestynacji, skłaniającej purytanów, by zajrzeli w głąb siebie w poszukiwaniu wskazówek, co ich czeka: zbawienie czy potępienie. Jak na ironię takie poznawanie siebie oznaczało zarazem początek samooszukiwania. Odtąd purytanin sam siebie próbował przekonać, że zasługuje na zbawienie.

Tales z Miletu w opozycji do Sokratesa konstatował: „Najtrudniej poznać samego siebie”. Bo jak poznawać, gdy brak nam kompetencji. Błądzimy po omacku, zgłębiamy siebie po amatorsku, od przypadku do przypadku. Choć intuicja podpowiada, że wiele czasu spędzamy, myśląc o sobie, eksperyment, jaki przeprowadzili Míhály Csikszentmihályi i Thomas Figurski dowodzi, że jest inaczej. Badani przez kilka dni nosili przy sobie brzęczyki, które odzywały się w przypadkowych momentach. Za każdym razem, gdy usłyszeli ich dźwięk, mieli zanotować, o czym właśnie myśleli. Okazało się, że tylko 8 proc. zarejestrowanych myśli dotyczyło własnej osoby, częstsza niż myślenie o sobie była bezmyślność.

Nie zastanawiamy się, kim jesteśmy. Chyba że stanie się coś, co ściąga naszą uwagę na nas. Na przykład łapiemy swoje odbicie w lustrze. W obliczu lustra uświadamiamy sobie, kim jesteśmy, jakie wyznajemy wartości i jakimi zasadami się kierujemy. Robert Wicklund i jego następcy w wielu eksperymentach wykazali, że w obliczu lustra jesteśmy uczciwsi i bardziej skłonni do pomagania innym. Chyba że stało się coś, co godzi w samoocenę, na przykład postąpiliśmy wbrew sobie lub ponieśliśmy porażkę. Świadomość tego boli, więc za wszelką cenę próbujemy odwrócić uwagę od Ja. W różny sposób uciekamy od świadomości siebie – do dyspozycji mamy alkohol, muzykę, objadanie się, niekończące się posiedzenia na fejsie.

Odwracamy się od siebie, a Ja wciąż nam umyka. Bo jak mówi prof. Oleś: – Gdy stajemy wobec nowej sytuacji, na przykład podejmujemy studia, wyjeżdżamy za granicę albo poznajemy nowych ludzi, okazuje się, że dotychczasowe przekonania na swój temat w nowych warunkach przestają pasować. Nasze samopoznanie jest krok wstecz w stosunku do tego, jak prezentujemy się światu, ludziom i sobie. Jak więc być ekspertem od siebie, gdy to, jacy jesteśmy, wyprzedza to, co o sobie wiemy? A skąd to wiemy?

Pokaż mi, kim jestem

To, kim jesteśmy, w dużej mierze zależy od tego, z kim jesteśmy. Źródłem wiedzy o sobie są inni ludzie. W Traktacie o łuskaniu fasoli Wiesław Myśliwski pisze: „Nieraz próbuję tego dociec, jestem czy nie jestem. Tylko, że sam dla siebie człowiek nie jest świadectwem. Musi zawsze ktoś drugi poświadczyć”.
I poświadcza. Socjolog Charles Cooley uważał, że wiedza o sobie kształtuje się pod wpływem wyobrażenia, jak nas odbierają i oceniają inni ludzie. Szczególnie bliscy. To w relacji z nimi rodzi się świadomość własnego istnienia. Inni stają się dla nas lustrem, przeglądamy się w ich oczach. Jak pisze Elliot Aronson: „nie podobało mi się wyobrażenie, jakie rodzina miała na mój temat”. Kiedy matka opowiadała, jakim był chorowitym dzieckiem, odczuwał wręcz wstyd i chciał matkę za to przeprosić. Co do ojca, jak pisał: „Nie miałem pewności, czy mnie kocha. Musiałem znaleźć się w tak dramatycznej sytuacji, jak afazja po nokaucie, by okazał mi miłość”. A kiedy ojciec zmarł, obok żalu pojawiło się w nim poczucie uwolnienia od ojcowskiej dezaprobaty, rozczarowania i złości. „Jego śmierć pozwoliła mi stać się takim człowiekiem, jakim – jak się obawiał – miałem nigdy nie być”. Czy stałby się tym kimś, gdyby nie starszy brat, Janson? Elliot żył w jego cieniu, zazdrościł mu charyzmy, ale brat, jak pisze, „jako jedyny dostrzegał we mnie bystrego i zdolnego młodego człowieka, w którym tkwi wielki potencjał”.

Szukamy siebie w oczach innych. Czasem mówią nam wprost, co o nas sądzą. Takie opinie-etykiety stają się częścią wiedzy o sobie i prowokują, by je potwierdzać. Aktorka Stanisława Celińska wspomina: „kiedy mówili o mnie, że jestem zła, to proszę bardzo, ja wam udowodnię, że jestem jeszcze gorsza”. Co by się z nią stało, gdyby nie babcia Janeczka, która w dzikim stworze zobaczyła człowieka? Jak mówi: „Dzikiemu wystarczy powiedzieć jedno dobre słowo, aby stał się mniej dziki”.
Prof. Oleś przyznaje: – Bliscy stają się źródłem podstawowych, często niekwestionowanych przekonań o sobie. Choć niejednokrotnie fałszywe, dają nam bezpieczeństwo, bo redukują niepewność i pochodzą od osób, od których to bezpieczeństwo zależało.

Bywa że stajemy się zakładnikami ich opinii. Jak gąbka chłoniemy różne przekonania ludzi na nasz temat. Zazwyczaj jednak filtrujemy je przez to, co o sobie wiemy. Ktoś niepewny siebie jest przekonany, że inni go krytykują. A przekonany o swej kompetencji szef widzi wokół siebie pełne zachwytu oczy podwładnych.
Czasem zaś dostrzegamy, że inni widzą nas inaczej niż my sami. Uważamy, że jesteśmy wrażliwi, a słyszymy, że myślimy tylko o sobie. To bywa początkiem nowego rozdziału w poznawaniu siebie.

Test życia

Wydaje się nam, że nasze reakcje, czyny wynikają z zakorzenionych postaw i przekonań. Na przykład współczujemy bezdomnym, chcemy im pomagać, dlatego dajemy im datki. Tymczasem przed laty amerykański psycholog Daryl Bem sformułował hipotezę, że jest dokładnie odwrotnie: dawanie datków bezdomnym prowadzi nas do konkluzji, że ich los nie jest nam obojętny. I tak właśnie często jest: wnioskujemy o tym, kim i jacy jesteśmy z tego, co robimy, z ról, jakie podejmujemy. Poznajemy wtedy siebie na identycznej zasadzie, na jakiej wyrabiamy sobie zdanie o innych – obserwując, jak się zachowujemy w różnych okolicznościach. Dzieje się tak, gdy nasze wewnętrzne przekonania i preferencje są słabe, niejednoznaczne i trudne do zinterpretowania.

Zastanówmy się: kiedy na rodzinnym obiedzie zjadamy małże podane przez mamę, to pochłaniamy je dlatego, że lubimy, czy może dlatego, że chcemy sprawić przyjemność mamie? Czy to, że kolejny raz się spóźniamy, nie oznacza przypadkiem, że wcale nie jesteśmy tak sumienni, jak sądzimy? A to, że unikamy kontaktów z naszą sąsiadką, Rosjanką – czy nie jest oznaką, że drzemią w nas uprzedzenia?

Wiele badań potwierdza tę koncepcję. Osoby, które na prośbę Barry’ego Schlenkera, profesora psychologii z University of Florida, miały zaprezentować się jako towarzyskie, wyżej oceniały potem swoją towarzyskość. Wnioskowały o niej ze swojego zachowania. Czasem jednak zapędzamy się w tych wnioskach, na błędnych danych je opieramy. W eksperymencie Stuarta Valinsa z Columbia University mężczyźni, oglądając zdjęcia skąpo ubranych kobiet, słyszeli jednocześnie bicie serca. Przy niektórych zdjęciach serce przyspieszało – panie na tych zdjęciach bardziej podobały się panom. Tak wnioskowali z bicia serca, tyle tylko że, jak się okazało, to nie ich serce biło.

Mimo takich pomyłek test życia może wiele wnieść. Jeśli tylko naprawdę potrafimy przyjrzeć się swym reakcjom i nie zagłuszymy ich pospiesznymi usprawiedliwieniami. Rodzina jest dla nas najważniejsza – twierdzimy. A ile czasu dziennie jej poświęcamy? Z kolei moja znajoma twierdzi, że kompletnie sobie nie radzi, choć godzi dwie prace i opiekę nad dzieckiem. Obserwując realne zachowania, możemy zaskoczyć samych siebie odkryciem nieznanych dotąd atutów (i słabości).
Dla Elliota Aronsona takim testem życia była praca w wesołym miasteczku. Nieśmiały chłopiec przekonał się, że potrafi wpływać na innych ludzi. I zaczął zastanawiać się nad mechanizmami wpływu, co zaprowadziło go na psychologię.

Wydaje się, że nie musimy pytać ludzi ani testować siebie w zachowaniu. Wystarczy spojrzeć w głąb siebie. W introspekcji możemy przecież przywołać swoje myśli, uczucia, plany. Kiedy jednak zaczynamy przyglądać się sobie, pojawia się szczególna dwoistość, na którą już pod koniec XIX wieku zwrócił uwagę William James. Ja poznaje siebie, czyli Ja. Patrzymy na siebie i zarazem jesteśmy obserwowani, też przez siebie. Gdy poznajemy siebie, samoświadomość wnika w treść samoświadomości za pomocą samoświadomości. Można się zapętlić. Trudno przeżywać emocje i jednocześnie obserwować ich przebieg; jak być sędzią we własnej sprawie?

Stąd poznając siebie jesteśmy tendencyjni. Rzadko chcemy wiedzieć, jak naprawdę z nami jest. Prof. Yaacov Trope z New York University sprawdzał, kiedy ludzie wybiorą zadania, które dadzą im wiarygodny, choć może niekorzystny wynik. Dzieje się tak, gdy zadanie dotyczy nowej dziedziny, w której nie znamy swoich możliwości, albo wzbudzono w nas niepewność co do tego, czy posiadamy jakąś cenną zdolność. A także gdy wierzymy, że można tę zdolność rozwijać. W pozostałych sytuacjach wolimy potwierdzać sobie to, co już wiemy, a nade wszystko upewniać się, że nie jest z nami źle.

Uniwersalny horoskop

To dlatego popularnością cieszą się różne quizy i psychozabawy. Ich wynik zawsze nas zadowoli. Oto przykład. Spójrz na następujący opis, czy pasuje do ciebie?: Chcesz, by inni ludzie cię lubili. Sam wobec siebie bywasz krytyczny. Masz wiele zdolności, których dotąd nie wykorzystałeś. Na zewnątrz wydajesz się opanowany, ale wewnątrz odczuwasz niepokój i niepewność. Czasem masz wątpliwości, czy słusznie postąpiłeś. Lubisz niezależność w myśleniu i nie przyjmujesz na wiarę tego, co inni mówią. Bywa że stawiasz sobie nierealistyczne cele. Trafnie cię opisano? Zastanawiasz się, skąd tyle o tobie wiemy?

Pewnego wieczoru w klubie do Bertrama R. Forera podszedł grafolog i zaproponował, że stworzy jego profil osobowości. Forer nie skorzystał, ale zaczął zastanawiać się, dlaczego tak chętnie ulegamy ofertom astrologów i grafologów. Rozdał swoim studentom test osobowości. Tydzień później każdemu z nich wręczył krótką charakterystykę ich osobowości. Poprosił, by unieśli ręce ci, którzy uważają, że trafnie ich opisuje. Prawie wszyscy unieśli ręce. Aż 87 proc. oceniło jego trafność maksymalnie – na 4 lub 5 pkt. Problem w tym, że wszyscy dostali ten sam opis – kilka zdań, takich jak powyżej, które Forer wybrał z różnych analiz astrologicznych.

Po trzech tygodniach Forer wyznał studentom, że przez nieuwagę wymazał ich nazwiska z formularzy. Poprosił, by wpisali, jak ocenili wcześniej opis. Połowa tych, którzy wcześniej dali mu maksymalne oceny, twierdziła, że ocenili go niżej. Jak stwierdził Forer: „Najwyraźniej ci najbardziej łatwowierni wolą oszukiwać samych siebie, niż pogodzić się z tym, że to ich oszukano”.

Lepsza wersja siebie

„Sam dla siebie człowiek jest zbyt wyrozumiały. Jak może, tak się broni przed sobą. Kluczy, wymija się, omija, aby nie dalej, nie głębiej, nie tam, gdzie coś ukrywa. Sam przed sobą każdy chciałby wyjść jak na ślubnej fotografii” – pisze Wiesław Myśliwski w Traktacie o łuskaniu fasoli.

I najczęściej tak wychodzimy. Wierzymy, że jesteśmy uczciwi i gotowi do współpracy, a gdyby zdarzyła się awaria wody na osiedlu i przyjechał beczkowóz, wzięlibyśmy wody mniej, aby innym starczyło (badanie Bogdana Wojciszke i Janusza Grzelaka). Niezależni, nie ulegamy reklamom; tolerancyjni, nie kierujemy się rasą kandydata. Wrażliwi, chętnie wspieramy akcje charytatywne. Miło tak o sobie myśleć. Inni zaś nie wspierają, ulegają, rywalizują i wody wezmą sobie na zapas, nie licząc się z potrzebami sąsiadów. Nie doceniamy innych, czy przeceniamy siebie?

Badania nie pozostawiają złudzeń – trafniej oceniamy innych. Nick Epley i David Dunning wręczyli studentom po 5 dolarów i pytali, ile ofiarują na rzecz organizacji dobroczynnej, a ile dadzą inni. Badani wierzyli, że sami ofiarowaliby więcej (przeciętnie ok. 2,44 dolara) niż inni (średnio 1,83 dolara). Kiedy w kolejnym badaniu poproszono uczestników o datek, średnia realna kwota wyniosła 1,53 dolara. Choć trudno to przyjąć – inni to my. To, co sądzimy na temat ludzi, trafniej odnosi się do nas samych.

Wierzymy, że jesteśmy dobrzy, lepsi od innych. U...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy