Jak oswoić się ze smutkiem? O pozostawaniu przy samym sobie w smutku rozmawiają Natalia de Barbaro i Edyta Żmuda

Otwarty dostęp Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

Gdy czujemy smutek, zdarza się, że pierzchamy. Boimy się wtedy własnego towarzystwa, nie kontaktujemy się ze sobą, nie odbieramy swoich własnych telefonów. Ale uczucie nie znika tylko dlatego, że nas nie ma, że nie jesteśmy ze sobą w kontakcie. Raczej odwrotnie: smutek właśnie wtedy się nasila.

Edyta Żmuda: Choćbyśmy nie wiem ile razy powtarzali, że nie ma złych emocji, to wciąż niektóre z nich próbujemy odsunąć czy zagłuszyć, gdy się pojawiają. Taką porzuconą, niechcianą emocją jest smutek. Święty Tomasz z Akwinu, radząc, jak zdrowo go przeżyć, podpowiadał – obok snu i kąpieli – również rozmowę. Porozmawiamy zatem o smutku?
Natalia de Barbaro:
Chętnie, bardzo mi się ten temat spodobał. Tyle jest rozmów o tym, jak być szczęśliwym, jak dbać o siebie, jak przeżywać więcej radości czy odnieść sukces, że jakiś kawałek mnie – może ten smutny właśnie – ucieszył się na myśl, że będziemy mogły porozmawiać o smutku. Zdaje mi się, że przywracamy równowagę, kiedy możemy poświęcić czułą uwagę uczuciu, które ma zły PR. 

POLECAMY

Na grupie psychologicznej, w której uczestniczę, jedna z kobiet podzieliła się refleksją: „Czy też tak macie dziewczyny, że trudno jest wam przyznać się do tego, że coś się w życiu nie układa, coś się nie udało i nie jest u mnie za wesoło? Z automatu wtedy odpowiadam, że wszystko jest okej, czując jednocześnie, że to nieprawda”. Odezwały się na to dwa skrajne głosy. Część osób powiedziała: „Nie, mam to już na tyle przerobione, że wiem, jak ważne jest wyrażanie siebie”. Część zaś, spora, przyznała: „Też tak mam. Mam poczucie, że jeśli przyznam się do tego, że jestem smutna, odczuwam żal lub złość, to tak, jakbym przyznała się, że coś ze mną nie jest okej. Że sobie z czymś nie poradziłam”. Trudno nam doświadczać smutku. A Ty powiedziałaś, że umiejętność jego przeżywania jest w jakimś sensie przywróceniem równowagi. 
Przypomniała mi się sytuacja, kiedy pojechałam kolejny raz do Nowego Jorku. To była moja „pielgrzymka”. Nim nadeszły czasy pandemii, Nowy Jork był dla mnie miejscem, gdzie jeździłam, żeby się zresetować i oczyścić, czyli w takim celu, w jakim inni podążają do Indii. Ponieważ była to już kolejna wizyta, to miała charakter nieco inwentaryzacyjny. Sprawdzałam, kim jestem w porównaniu z tą, która poprzednio tam była. Ubrana w ulubione jeansy jechałam z poczuciem pewnego – użyję tu określenia, które jest wobec mnie samej złośliwe – progresu wobec „mnie poprzedniej”. Dotarłam i poczułam się po prostu bardzo smutna. Chodziłam ulicami Nowego Jorku w kompletnym smutku, na który nałożyło się uczucie podobne do tego, o którym pisała autorka przywołanego przez Ciebie postu – poczucie porażki. Ponieważ częścią mojego rytuału w Nowym Jorku jest pisanie pamiętnika (na co dzień tego nie robię, ale w Nowym Jorku tak), napisałam do siebie, że oblewam egzamin ze szczęścia. To było jak przegrana, ponieważ nie czułam tego, co sobie zaplanowałam. 
Gdyby przyjąć, że nasze życie jest wyścigiem czy dyscypliną sportową, w której uzyskujemy punkty, gdy jesteśmy radośni, a tracimy je, kiedy jesteśmy smutni, to faktycznie nie pozostaje nam nic innego, tylko wstydzić się przed samym sobą tego uczucia i ukrywać je przed innymi. Chciałabym już sobie tego nie robić. Kluczowa więc wydaje mi się refleksja nie tyle nad tym, jaka emocja się we mnie pojawia, lecz raczej: co ja na to? Czy, czując to co czuję, przeżywam porażkę, czy mam poczucie winy, złości na siebie samą o to, co czuję? Staram się mieć czuły stosunek do chwili, gdy pojawia się we mnie smutek. A jeśli mam potrzebę o tym porozmawiać, daję sobie do tego prawo. Jeśli zaś powiem sobie, że to jest wstydliwe, obrzydliwe i niegodne kogoś, kto ma tytuł magistra psychologii, to nie sięgnę po pomoc, bo to obciach. Jestem chyba w obu tych klubach, o których wspomniałaś w kontekście reakcji na przywołany post. Na pewno nie mam już poczucia, że nie przeżywam smutku. Zgadzam się na to, że on się pojawia, ale równocześnie czasem zdarza mi się czuć z nim głupio. Staram się jednak wtedy nie poddawać poczuciu winy czy porażki.

Emocje pojawiają się, kiedy coś jest dla nas ważne i głęboko to przeżywamy. Gdy planowałam na początku roku naszą rozmowę, myślałam, że ten początek jest nowym otwarciem, czymś świeżym, niewinnym, nieobciążonym niczym. I byłam zaskoczona, że z dnia na dzień czułam więcej smutku. Nie wiedziałam, z czego on wynika. Zaczęłam mu się przyglądać. Potrzebowałam zobaczyć, czy mam na niego przestrzeń, ile jej jest i z jakiego powodu to w ogóle ważne? Czasami trudno odgadnąć, o czym mówi nam tak naprawdę emocja, którą przeżywamy. 
Dobrze, że miałaś przestrzeń, by wejść w kontakt z uczuciem, które w Tobie było. Dobrze też, że go nie zasypałaś, bo mogą istnieć różne powody i różne sposoby, by to uczucie jakoś zamulić, zaklikać. Ja się złapałam na tym w kontekście innej emocji: złości czy frustracji. Jestem szaloną kibicką, moją ukochaną dyscypliną jest siatkówka, ale też piłka ręczna, w ostateczności piłka nożna. Lubię oglądać mecze i wielokrotnie złapałam się na tym, że kiedy tracimy punkt albo gol, to mam odruch, żeby sięgnąć po telefon. Żeby przerwać to uczucie, które się we mnie pojawia. Wydaje mi się, że ze smutkiem jest podobnie. W pierwszym odruchu nie mamy odwagi emocjonalnej, by się z nim spotkać. Musimy dopiero zebrać odwagę, żeby zostać z tym uczuciem, z tym smutkiem, który nie jest przecież stanem naszego pierwszego wyboru. Ty zrobiłaś na to przestrzeń. Pozwoliłaś smutkowi przepłynąć. Gdy mówisz o początku, to myślę też, że po pierwsze początek jest też zarazem końcem. 
 

Fotografia z archiwum „Charakterów”, wykonana podczas sesji towarzyszącej nagraniom 7 lekcji z Natalią de Barbaro - Jak żyć własnym życiem?
Po szczegóły zapraszamy na: https://www.uniqskills.com.


No właśnie…
To jest moment wyczuwany przez organizm, przez nasz wewnętrzny system jako rodzaj inwentaryzacji. Po drugie, myślę o tym, że od dwóch lat jesteśmy wszyscy w trudnej sytuacji emocjonalnej. Właściwie mało kto, jeśli w ogóle ktoś, nie musiał włożyć bezprecedensowego wysiłku, żeby funkcjonować na co dzień w tych szczególnych okolicznościach, które na dodatek się utrzymują, a czasami wręcz nasilają. 

Nic dziwnego, że czasem czujemy się wyczerpani. Powiedziałaś kiedyś, że warto czasami zrobić sobie Dzień Zmiętej. 
Wydaje mi się, że to sformułowanie pochodzi od mojej klientki coachingowej, a może nasunęło się w trakcie naszej rozmowy. Pamiętam, że wtedy sama musiałam być bardzo zmęczona, bo zrobiłam sobie zestaw typu: Netflix, lody i wino. 

Chipsy, tam były chipsy zamiast lodów.
To jeszcze gorzej. A lepsze – i to mi się rzeczywiście sprawdza – byłoby totalne zanurzenie się w smutku. Bliskie jest to temu, co Ty zrobiłaś. Nie znaczy to, że rekomenduję sobie i innym, by spędzić w smutku jak najwięcej czasu. Umówmy się, ogólnie fajniej jest być wesołym niż smutnym. Ale u mnie się to sprawdza i kiedy nie staram się smutku zatrzymać, on z czasem mija. A przy okazji mówi mi o czymś ważnym.

My zaś go traktujemy jak gorący ziemniak, którego jak najszybciej trzeba się pozbyć. W „Małych Charakterach” opublikowaliśmy niedawno bajkę o wstydzie. Samotnie przesiadywał w kąciku, wszyscy od niego uciekali. Odrzucali go. W końcu jednak ktoś usiadł obok niego i spytał: co się dzieje? Wstyd zaczął tłumaczyć, że nikt go nie lubi, nikt nie chce się z nim przyjaźnić, a on chce tylko pozwolić innym, żeby przeżyli to, co się im przydarza. Te odrzucane uczucia, którym nie pozwalamy przez siebie przepłynąć, tak naprawdę o czymś nas informują. Pojawiają się z jakiegoś powodu i często pozwalają wyleczyć ranę. Gdy ją oczyścimy, czyli przeżyjemy ten moment głębokiego bólu, to mamy szansę się wyleczyć, prawda?
Czuję podobnie. Moja fantazja idzie od razu w stronę alternatywy. Co to byłby za pomysł na życie, w którym nie byłoby miejsca na smutek? Przytrafiają się nam rzeczy dobre i trudne, piękne i te bolesne. Żyjemy i umieramy, ktoś przychodzi i kogoś tracimy, bywamy wypoczęci i bywamy wyczerpani… Co by to znaczyło, gdybyśmy żyli bez smutku, bez kontaktu z nim? 
To tak, jakby wziąć nożyczki i odciąć ten kawałek siebie, który reaguje na trudne, straszne albo męczące rzeczy, które nam się w życiu przydarzają. Kiedy myślę o takiej wizji, to budzi ona moje przerażenie. Kojarzy mi się z filmem sprzed lat – Truman Show. W tym świecie nie było smutku. Żona bohatera chodziła z przyklejonym do twarzy uśmiechem i wszystko ją zachwycało. Ludzie mieli jaskrawo zielone trawniki. Wszyscy cały czas się do siebie uśmiechali i powtarzali: „Jaki cudowny dzień”. To był horror. Truman podejrzewał, że coś tu nie gra; coś w jego środku mówiło mu, że to nie jest adekwatne. Wydaje mi się, że instynkt – jego i widzów, którzy mu kibicowali – by wydostać się z tego przekolorowanego świata, był instynktem poszukiwania prawdy. Robienie cały czas do siebie metaforycznego dziubka jest jakimś rodzajem kłamstwa. Gdy myślę o życiu bez kontaktu ze swoim smutnym kawałkiem uczuciowości, to moja wyobraźnia od razu prowadzi mnie do tego filmu, w którym cały świat był zorganizowany jak jedna wielka platforma reklamowa. Gdybym miała we wnętrzu ten rodzaj krajobrazu, była odcięta od swojej reakcji na ból, stratę, śmierć albo po prostu codzienne zmęczenie, to chyba wolałabym być w depresji, mając do wyboru tylko te dwie skrajności. 
Na szczęście mamy ich o wiele więcej. 

Wracając do bajki z „Małych Charakterów”, którą przytoczyłam, zastanawiam się, kim mogłaby być postać, która podeszła do odrzucanej emocji i ją zauważyła. Może wdzięczność lub nadzieja? Czy nadzieja mogłaby wyciągnąć rękę do smutku?
Ja myślę jeszcze o odwadze. Ale nie tej ułańskiej, lecz cichej wojowniczce, która nie boi się usiąść obok smutku. Skojarzyło mi się to z sytuacją, kiedy ktoś przeżywa jakąś wielką, osobistą stratę, np. śmierć kogoś bliskiego. Pamiętam młodą wdowę, która opowiadała, że ludzie wokół niej przychodzą na chwilę, a potem znikają. Nie wiedzą, jak znaleźć się obok rozpaczy, więc pierzchają. Jeżeli przyjąć, że smutek jest minirozpaczą, to my sami też czasem przed nim pierzchamy. Nie odbieramy swoich własnych telefonów, nie dzwonimy do siebie, nie kontaktujemy się ze sobą, nie siadamy obok siebie, gdy czujemy smutek. Boimy się wtedy własnego towarzystwa, ale uczucie nie znika tylko dlatego, że nas nie ma, że nie jesteśmy ze sobą w kontakcie. Myślę, że raczej jest odwrotnie: smutek właśnie wtedy się nasila. 
 


Zastanawiam się, dlaczego często uciekamy od smutku, a już szczególnie tego, który pojawia się w żałobie. Często myślimy wtedy: „Czy ja tej osobie pomogę? Jak mogę jej ulżyć?”. I od razu kiełkuje myśl, czym zasypać jej smutek. A może chodzi o to, by po prostu zauważyć jej smutek i odważyć się przy nim usiąść? Nie pierzchnąć, nie odrzucać go jak gorącego ziemniaka, tylko być.
Bardzo podoba mi się metafora siedzenia obok. Jeżeli czuję smutek i mam odruch, żeby pierzchnąć, to może warto nastawić czasomierz na dziesięć minut, by przez ten czas posiedzieć ze swym smutkiem. Chciałam powiedzieć: „i pomedytować”, ale wtedy od razu robi się z tego jakieś przedsięwzięcie, a chodzi o to, by po prostu z tym swoim smutkiem usiąść… Kilka dni temu miałam zły dzień i z perspektywy czasu bawi mnie, jak wyglądała tego wieczoru moja praktyka wdzięczności. Mogłabym powiedzieć, że dziękuję za księżyc, gwiazdy, za to, że ocean płynie i tak dalej… Ale to nie był mój nastrój, bo byłam tego dnia bardzo smutna. Powiedziałam więc: „Dziękuję, że ten okropny dzień się kończy”. Kiedy to powiedziałam, poczułam, że nie opuszczam samej siebie oraz tej rzeczywistości, której częścią był mój smutek. A równocześnie nie chciałam olać praktyki wdzięczności. Przemawia więc do mnie metafora, żeby być czy siedzieć przy sobie nie tylko wtedy, kiedy jesteśmy w wyjściowym ubraniu, ale też wtedy, kiedy jesteśmy w jakichś łachach emocjonalnych. Kiedy opuszczam samą siebie, odrzucam się we frustracji, zmęczeniu, smutku czy lęku, to staję się dla siebie takim rodzicem, który mówi: „Chłopaki nie płaczą, dziewczynki się nie złoszczą”. Cokolwiek mnie bolało w dzieciństwie, kiedykolwiek byłam opuszczana przez moich rodziców czy opiekunów, teraz jako dorosła kobieta, która nie jest w stanie usiąść ze swoim smutkiem, powtarzam i pogłębiam tę ranę. 

Wracam do tego, od czego zaczęłyśmy, do poszukiwania równowagi, ale też pewności, że ta równowaga jest do odnalezienia. Jeżeli żyjemy w świecie filmu Truman Show, gdzie jest tylko fajnie, to zaczynamy się dusić od tej fajności. Gdybyśmy popadli w drugą skrajność i myśleli, że ten cholerny dzień się nigdy nie skończy, to też byłaby jakaś nieprawda o świecie. Podoba mi się myśl zaczerpnięta od św. Tomasza, że w smutku dla równowagi warto sprawić sobie przyjemność. Opowiadałaś mi kiedyś, że któregoś dnia Twojemu synowi wydarzyło się coś nieprzyjemnego, a on dla równowagi potrzebował zrobić coś dobrego dla świata. Kupił różę i podarował ją przypadkowej osobie na ulicy. 
Rzeczywiście zdarzyło się coś, co Szymek uznał za niefajne. Stwierdził, że gdy dzieje się coś złego, to zaburza się równowaga w świecie i tym samym trzeba coś zrobić, żeby to wyrównać. Starsza pani w centrum Krakowa sprzedawała pojedyncze róże ze swojego ogrodu. Szymek kupił od niej tę różę drożej, niż ją wyceniła, po czym dał jej tę różę, by przywrócić równowagę. Często, gdy spotyka nas coś złego, skłonni jesteśmy raczej oddać cios niż zrobić coś dobrego. Dlatego bardzo spodobała mi się ta paradoksalna interwencja syna. Zrobienie sobie lub komuś przyjemności wtedy, kiedy spotyka nas coś smutnego, może być dobrym lekarstwem na smutek, pod warunkiem jednak że nie stoi za tym oczekiwanie, iż w efekcie smutek natychmiast przeminie. Mogę kupić sobie lody albo zrobić bukiet, ale jeśli patrząc na niego i nadal czując smutek, będę siebie za to opieprzać: „Ja ci kupuję kwiaty, a ty wciąż jesteś smutna”, znowu będzie to forma odrzucenia siebie. Powiedziałaś: „oswoić smutek”. Myślę, że to nie smutek wymaga oswojenia, ale my potrzebujemy się z nim oswoić. Nie on przed nami ucieka, lecz my uciekamy przed nim. Jak możemy oswoić się z tym stanem? Ja lubię smutek, pod warunkiem że nie trwa zbyt długo. Natomiast mam problem z tym, żeby polubić niepokój czy lęk. Nie potrafię tego – przynajmniej na razie – choć radzę sobie z tym lepiej niż kiedyś. Natomiast gdy myślę o smutku, widzę szaroniebieski kolor, głęboki i piękny. A przede wszystkim przyjmuję go jako stan, który jest częścią życia. Czy psychopata się smuci? Myślę, że bardziej się nudzi niż smuci. Ale u pozostałych smutek jest czymś, co czasem się po prostu wydarza.

Teraz odnajduję w sobie raczej uśmiech niż smutek. Dziękuję.
Ja też nie czuję teraz smutku, ale gdyby się czaił, to chcę mu powiedzieć, że… drzwi są otwarte. 

Przypisy