Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

16 czerwca 2021

NR 7 (Lipiec 2021)

I że cię nie opuszczę
O tym, co wpływa na trwałość związku i jaki jest klucz do satysfakcji partnerów? Z Zofią Milską-Wrzosińską rozmawia Dorota Krzemionka

0 238

Miłość to nie tylko ekscytacja i dreszcz. Gdy początkowa namiętność do kogoś nieuchronnie gaśnie, pamiętajmy, że z jakichś powodów z tym kimś się związaliśmy. Przecież te powody nie zniknęły całkiem. Jeśli zaś się trochę rozwiały, mamy w tym swój udział. Zamiast myśleć o rozstaniu, spytajmy siebie: „A co, jeśli to odpowiednia osoba, tylko nie wiem, jak być z nią w relacji? Co robię, żeby temu drugiemu lepiej się żyło? Co czyni ze mnie osobę nie najłatwiejszą we wspólnym życiu?”. Może to wystarczy, by ocalić związek?

Dorota Krzemionka: Królowa Elżbieta II i zmarły niedawno książę Filip byli z sobą przez 73 lata, na dobre i na złe! Co pozwoliło ich związkowi przetrwać tyle, często niełatwych lat? Czy płynie stąd jakaś lekcja dla nas? 
Zofia Milska-Wrzosińska:
Nie wiem, czy lekcja. Na pewno ta królewska para dała dowód, że jest możliwe spędzić z kimś całe, nawet bardzo długie, życie. Oczywiście nie możemy mieć pewności, dlaczego przetrwali razem, ale zapewne ważne było, że ich związek był wspierany przez zewnętrzną strukturę społeczną. Ale także przez nienaruszalne poczucie misji, którą ma królowa, a zapewne miał ją także książę Filip. Dla świata i zapewne dla nich obojga nie do pomyślenia było, żeby się rozstali.

Być może misją księcia Filipa było chronić królową… Przynajmniej tak wynika ze scenariusza serialu The Crown.
A dla obojga tą misją było dawanie przykładu. Niezależnie od tego, co by się między nimi działo, ich związek miał trwać, by poddani mogli czerpać z tego trwania otuchę. Silna norma, że związek jest nierozerwalny, niezależnie od tego, jak ludzie się dobrali i co dla siebie znaczą, umacniała go od zewnątrz. Tego typu umocnień, które stałyby na straży trwałości związku, jest dziś coraz mniej. Jak pokazuje dalsze życie królewskiej rodziny, poczucie misji nie przetrwało w kolejnych pokoleniach; potomkowie królewskiej pary dopuszczają zerwanie związku. 

Mimo wszystko wielu z nas nadal pokłada nadzieję, że miłość będzie trwać wiecznie…
Opisana przez Helgę Flatland w książce Współczesna rodzina historia zaczyna się od imprezy, podczas której siedemdziesięcioletni rodzice ogłaszają swoim dorosłym dzieciom, że zamierzają się rozwieść. Dla dzieci, choć same nie prowadzą konwencjonalnego życia, perspektywa rozstania rodziców jest niezrozumiała i nieakceptowalna. Wygląda na to, że trójka dorosłych ludzi czerpała z wizji nienaruszalności relacji rodziców podobną otuchę jak poddani Elżbiety i Filipa z ich wiecznego małżeństwa. Wielu z nas nadal nosi w sobie marzenie o wiecznotrwałym związku – niekoniecznie własnym, ale choćby właśnie rodziców. Jak wiemy, w rozmaitych kulturach związki małżeńskie nadal są nienaruszalne aż do śmierci. Istnieją jednak różne sposoby ich przerwania, np. w katolicyzmie rozwodów się nie dopuszcza, ale można unieważnić małżeństwo. Najprostszą drogą jest zeznanie, że jedna ze stron była niedojrzała do zawarcia związku. 

POLECAMY

A któż jest?
Właśnie! Ale jeszcze kilkadziesiąt lat temu kobieta, która się rozstała bądź mąż ją opuścił, a nie należała np. do środowiska awangardowego obyczajowo, była w zasadzie marginalizowana. A ponad sto lat temu w ogóle takiej możliwości nie było – chęć rozstania się była dla kobiety równoznaczna ze zniszczeniem swojego życia i utratą dzieci, by wspomnieć Annę Kareninę albo Charlottę, bohaterkę Dzikich Palm Faulknera. A dziś? Dwa na trzy pozwy rozwodowe wnoszą właśnie kobiety – już nie muszą obawiać się ostracyzmu społecznego, wykluczenia i braku perspektyw na dalsze życie. 

Na szczęście. Andrzej Wiśniewski, zmarły przed pięciu laty psychoterapeuta par, mówił jednak, że związek na początku musi być „na zawsze”, choć rozum podpowiada, że może być inaczej. Z przekazów medialnych wiemy, że królowa Elżbieta była bardzo zakochana w księciu Filipie i musiała pokonać opór rodziny, która nie akceptowała jego pochodzenia. Czy początek związku jest ważny? Czy silne uczucie wtedy sprawia, że związek będzie trwalszy i lepszy?
Myślę o tym dwojako. Z jednej strony para, która zaczyna od dużego poziomu zaangażowania i przeświadczenia, że ich związek będzie trwać wiecznie, ma szansę stworzyć sobie swój własny prywatny mit założycielski. Składają się na niego opowieści o tym, jak się dostrzegli, poznali, zbliżyli i poczuli, że są sobie przeznaczeni. Nawiasem mówiąc, dziś, gdy tak wiele osób poznaje się przez internet, z tym mitem może być trudniej. Ładniejsza jest opowieść, że poznaliśmy się w harcerstwie, ona nie potrafiła rozłożyć namiotu i jej pomogłem… Albo że widywała go wielokrotnie na ulicy, zawsze w dużym towarzystwie, roześmianego. A kiedyś szedł sam, był poważny, spojrzeli na siebie i wtedy wszystko się zaczęło.

A nie, że kliknąłem w ofertę na portalu randkowym…
Choć niektórzy mimo wszystko próbują taki mit tworzyć. Na przykład „Już nie miałem nadziei, że kogoś znajdę. W real­nym życiu nie mam takiej możliwości. Szukałem w internecie. Któregoś dnia byłem tak zniechęcony, że pomyślałem: już dam sobie spokój, ostatni raz kliknę. I okazało się, że to była ona”. Czyli nawet w ramach nowych technologii para próbuje stworzyć własną magię. Element magiczny jest potwierdzeniem, że to nie mógł być przypadek, coś ich do siebie przyciągnęło, rozpoznali się w tłumie i pokochali. Maria Czubaszek zadała kiedyś sobie pytanie, czy jest coś gorszego niż trwanie w związku z mężczyzną, którego przestało się kochać. I odpowiedziała: „Tak, trwanie w związku z mężczyzną, którego nigdy się nie kochało”. Lepiej, żeby na początku było coś ważnego, pięknego, wyjątkowego, do czego można się odwołać w trudnym czasie. Z drugiej strony niektórzy badacze, w Polsce na przykład prof. Bogdan Wojciszke, mówią, że w jakimś sensie romantyzm zabija miłość. 

Jest pułapką?
Może nią być, bo grozi nam rozczarowanie i zespół odstawienny, gdy stan silnego zakochania się kończy. 

Agnieszka Osiecka w liście do Jeremiego Przybory pisała, że ich relacja przybrała od razu tak wysoki ton, że trudno było przejść potem do codziennego życia i smażenia mu jajecznicy.
Badania nad mózgiem dowodzą, że to, co się dzieje na etapie ostrego zakochania się, przypomina stan psychozy. Można tej ekscytacji pragnąć, ale ona się nieuchronnie kończy. Relacja z tą samą osobą na kolejnych etapach będzie mniej olśniewająca niż początkowe uniesienie. A stąd już krok do myślenia, że pewnie prawdziwe uczucie w nas gaśnie, więc nie ma sensu ciągnąć tego dalej. Ludzie niekiedy mówią: „Nie potrzebujemy żadnego papierka, nas łączy prawdziwa miłość. A jak się skończy, po co byłoby trwać ze sobą? Tylko ze względu na papierek?”. A przecież miłość to nie tylko ekscytacja i dreszcz. Fantazja, że prawdziwa miłość trwa póty, póki doświadczamy romantycznego zakochania, może powodować kolejne rozczarowania i komplikacje życiowe. 

A propos „papierka”, czyli przysięgi ślubnej. Obie – zarówno kościelna, jak i cywilna – uwzględniają trwałość związku: „Nie opuszczę Cię aż do śmierci”, „Uczynię wszystko, by nasze małżeństwo było trwałe”. Odmienne są jednak akcenty: w cywilnej jest, że to ja uczynię wszystko, aby tak było; a w kościelnej „tak mi dopomóż Bóg i wszyscy święci”. Pytanie, na ile ludzie wstępując w związek małżeński dziś, w płynnej rzeczywistości, tę trwałość uwzględniają? 
Być może różnica między przysięgami tkwi właśnie w odwołaniu się do sił zewnętrznych, które miałyby to małżeństwo wspierać. „Tak mi dopomóż Bóg” oznacza nadzieję, że jeżeli będę słaba, zachwieję się, to Bóg mnie wesprze. Niektórym takie mocne usankcjonowanie związku przez siłę wyższą jest potrzebne i może dawać poczucie ochrony. Mam jednak wrażenie, że treść przysięgi nie zaprząta uwagi większości nowożeńców. Więcej znaczenia przywiązują do przygotowania sali weselnej, zaproszeń itd. Ślub bowiem to wydarzenie rodzinno-towarzyskie i z tym raczej wiążą się ich przeżycia. Gdyby młodym zależało tylko na sakramencie czy związaniu się na stałe, to może nie byłoby tak wielu ślubów odwołanych ze względu na związane z pandemią ograniczenia weselne. 

Czy jest coś, co z Pani perspektywy jako psychoterapeutki dobrze rokuje dla związku? 
To, co się dzieje na początku, w fazie romantycznej, często nie określa tego, co się potem wydarzy. W Kanadzie przeprowadzono badania jedenastu tysięcy par. Sprawdzano, które czują się w małżeństwie spełnione i zadowolone. Okazało się, że ważniejsze jest to, jaką relację ta para między sobą wypracowała i co się dzieje między nimi, niż to, kim każdy z nich jest z osobna i z jakich rodzin pochodzą.

Pamiętam, że na jednym z amerykańskich kursów dla par padało pytanie: „A co, jeśli wybrałeś odpowiednią osobę, tylko nie wiesz, jak być z nią w relacji?”.
Może się wydarzyć, że ktoś spotka osobę, która wydaje się ideałem i może nawet nim będzie, ale coś stanie im na przeszkodzie i nie stworzą dobrej relacji. 

Jaka to ma być relacja?
Ze wspomnianych badań wynika, że kluczem do poczucia satysfakcji w związku jest to, że ludzie dzielą ze sobą doświadczenia, ustalili wspólne normy odnośnie do tego, co jest dozwolone, a co nie w ich związku, a także wytworzyli wspólne poczucie humoru. Niekoniecznie muszą lubić to samo albo robić wszystko razem. Nie jest tak, że jak jedno tańczy w zespole tańca ludowego, to drugie też powinno. Mogą mieć odrębne pola zainteresowań, lecz przez lata bycia razem wytworzyli obszar wspólny, a także w ważnych sprawach wyznają wspólne wartości. To dziś ważne, bo nie tylko w szerokiej płaszczyźnie społecznej wartości dzielą ludzi, również wewnątrz par następuje czasem nagły zwrot, co prowadzi do polaryzacji. 

Na przykład ona dokonuje apostazji…
Albo się nawraca, a on pozostaje neutralny w kwestii wiary. Ważne, by podzielali podobne wartości, a także towarzyszyli sobie w trudnych momentach. Jeśli żadna z osób nie zawiodła wtedy drugiej, to buduje to stabilność i zadowolenie ze związku. I nie dotyczy to tylko sytuacji dramatycznych – choroby czy straty pracy – ale również codziennych chwil. Jedno wraca do domu zgaszone, czy drugie to dostrzega i jak wtedy reaguje? Czy pyta, okazuje troskę i daje partnerowi poczucie: „Nie wiem, czy mogę się przydać, ale jestem tu z Tobą, widzę, co się dzieje”. Czy potrafi mu przekazać, że się nim interesuje i chce, żeby mu było dobrze. Czy patrzy na niego, stara się zrozumieć.

Czasem trudno mieć przestrzeń na problemy partnera, bo budzą one we mnie dużo lęku. 
Na przykład żona, słysząc, że mąż prawdopodobnie straci pracę, a to on utrzymuje rodzinę, może być bardziej przerażona od niego. Trudno wtedy o zrozumienie. Albo on w pandemii ma trudną sytuację w firmie. Wraca do domu zmęczony z poczuciem, że walczy o przetrwanie rodziny, a ona mu mówi: „Słuchaj, okazało się, że opiekunka w przedszkolu uderzyła jedno z dzieci w grupie naszej Marysi. Boję się”. Na co on może zareagować: „Kobieto, co ty mi opowiadasz. Czy ja ci zawracam głowę swoimi kryzysami w pracy?”. Wtedy ona czuje, że zostaje ze swoją obawą sama. Takie błahe na pozór rzeczy mocno wpływają na satysfakcję z małżeństwa, co w konsekwencji przekłada się na jego trwałość.

W rezultacie może pojawić się kryzys w parze, do czego można się wtedy odwołać?
Terapeutka par, Ellen Wachtel, która pracuje ze związkami będącymi w stanie dużego konfliktu, mówi im: „Przecież po to jesteście ze sobą, żeby było wam razem lepiej niż w pojedynkę”. I zadaje pytanie: „To, co każdy z was robi, żeby temu drugiemu lepiej się żyło?”. Wielu ludzi w ogóle tak nie myśli: „Jak to, ja mam coś robić, żeby temu drugiemu się lepiej żyło?”. Przeciwnie, przychodzą z listą żalów do partnera. Nawiasem mówiąc, amerykańskie pary zgłaszają się na terapię w dużo lepszym stanie, w efekcie chętniej współpracują. Polskie pary często decydują się skorzystać z pomocy, gdy ziemia jest spalona i zniszczyli między sobą wszystko, co dało się zniszczyć. Obie strony tak bardzo wzajemnie się zawiodły, tak były wobec siebie nielojalne, że niełatwo to naprawić. Mają wobec siebie dużo żalu, za który odpowiedzialnością obciążają tę drugą osobę.

Zwykle wszystkiemu winny jest partner…
Dlatego Ellen Wachtel zadaje im kolejne pytanie: „Jak myślisz, co czyni z ciebie osobę nie najłatwiejszą we wspólnym życiu?”. Warto sobie takie pytania zadawać, zamiast dowodzić, jak okropny jest ten drugi. Spojrzeć na swoją część odpowiedzialności za to, co się w parze wydarza. Ale im więcej było złego, tym trudniej o taką perspektywę. Ważne jednak, by to branie odpowiedzialności za problemy nie miało charakteru przewrotnego usprawiedliwienia. Miewam w terapii pary, gdy jedna ze stron mówi: „Tak, robiłam złe, nielojalne rzeczy, ale nie mogę obiecać, że nie będę ich więcej robić, bo takie są moje potrzeby, a ty zdecyduj, czy mnie taką kupujesz”. 

Związek, jak Pani powiedziała, to budowanie wspólnego obszaru, poczucia „my”. Jak w tym „my” zachować swoje „ja”? Czasem trzeba je schować, zapewne zrobił to książę Filip, by móc być partnerem królowej. Ile wspólnoty, a ile wolności w związku? 
Myślę, że książę Filip był na swój sposób widoczny i zachował swoją odrębność, choćby przez to, że nie przyjął do końca konwencji poprawności. Mówił czasem rzeczy zupełnie niepoprawne i chyba miał na to przyzwolenie Elżbiety, która z kolei była jak najdalsza od niekonwencjonalności. Wydaje mi się, że kiedyś była większa zgoda na pewną niesymetryczność w związku, choćby tę tradycyjną: jedno – zwykle mężczyzna – miało większe prawo do samorealizacji na zewnątrz, zdobywało pieniądze i pilnowało spraw urzędowych, a drugie – częściej kobieta – miało dbać o to, co wewnątrz: żeby było co jeść, dzieci były zadbane, a dom był ładny. Dziś coraz więcej jest par, w których obie strony chcą mieć równe szanse pójścia własną drogą i próbują pogodzić to z życiem rodzinnym. 
 

Pułapki miłości

Na partnerów w udanym związku czyha wiele pułapek. Paradoksalnie wynikają one właśnie z tego, że związek jest udany, a partnerzy pełni najlepszych chęci.

Aniołem być, czyli pułapka dobroczynności wynika z tego, że różne miłe gesty i przyjemności, jakie sprawiamy partnerowi, w miarę trwania związku tracą na wartości. Stają się czymś zwyczajnym i nie wzbudzają w partnerze większych emocji.

Święty spokój, czyli pułapka bezkonfliktowości oznacza, że stałe unikanie konfliktów w imię utrzymania poczucia wspólnoty z czasem prowadzi do zaniku tej wspólnoty. Nieujawniane żale i rozczarowania rozsadzają związek, a święty spokój z czasem staje się śmiertelny.

Poświęcić się, czyli pułapka obowiązku polega na tym, że stałe podpieranie i uzasadnianie uczuć do partnera poczuciem obowiązku prowadzi do ich zaniku. Miłość znika, a obowiązek coraz bardziej ciąży.

Wet za wet, czyli pułapka sprawiedliwości wynika z tego, że stałe rozliczanie się partnerów i domaganie się wzajemnych „świadczeń” z czasem sprowadza się do odwzajemniania głównie zachowań negatywnych.

Na podst. Bogdan Wojciszke, Psychologia miłości, GWP, Gdańsk 2019.


Musi czasem dochodzić do zderzeń…
Szczególnie kiedy w związku pojawiają się dzieci. Okazuje się wtedy, że zasób, jakim jest czas, staje się bardzo ograniczony, a przez to cenny. Na przykład mężczyzna chce dwa razy w tygodniu ćwiczyć na siłowni, a w tym czasie kobieta ma zajmować się dwójką małych dzieci. W jakimś sensie on zaciąga u niej pewien rodzaj długu, nawet jeśli początkowo tego nie dostrzega. Dziecko bardzo zmienia dynamikę i rodzaj relacji. Gdy się pojawia, pewne rzeczy muszą się wydarzać, a inne wydarzyć się już nie mogą. 

Nie da się potrzeb dziecka odłożyć na później. 
Nie da się też, na przykład, jak to było na początkowym etapie związku, spontanicznie zdecydować się na romantyczny nocny wypad z Krakowa nad morze. Para traci coś ze swojej wolności. Mogą pojawić się wątpliwości, czy jedno nie traci z tej wolności więcej niż drugie. Musimy, rozmawiając o poświęcaniu czasu, brać pod uwagę, że to jest nasze wspólne dobro, zasób, z którego musimy korzystać spr...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy