Sprawdzam

To właściwie miała być formalność – chciałem upewnić się, co do skuteczności motywowania z wykorzystaniem wzbudzania pożądanych emocji, których siłę oddziaływania wzmacnia dodatkowo metaforyczny charakter komunikatu.
Czytaj więcej

Popyt na chandrę

„Jestem melancholikiem i jestem z tego dumny”. Z takim zdaniem wielu mogłoby się utożsamić, w tym również i ja sam. Wiem to od czasu, gdy usłyszałem, że „jestem depresyjny”. Co nie znaczy, że mam depresję. Ot, w przekładzie na polski, lubię zrzędzić. A przynajmniej tak to zrozumiałem. Ale nie w tym rzecz, mam wrażenie, że ci „depresyjni” to już nie odosobnione przypadki, ale masowy trend. Wisielczy nastrój może być już czymś więcej niż chwilowym, indywidualnym zaburzeniem: mam na myśli modę, a to już zjawisko trwalsze. Późną jesienią mam osobliwy rytuał. W jednym z poznańskich klubów w tym czasie zazwyczaj urządza sobie popas jakaś gotycka kapela. Idę na taki koncert nie po to, by wsłuchiwać się w ich egzaltowane teksty. Wersy o płaczących krwią niebiosach, upadłych aniołach, bezsensie życia, tęsknocie za słodyczą śmierci, bólu istnienia – po prostu mnie śmieszą. Mimo to chodzę w takie miejsca, by obserwować młodzież (młodszą i starszą) gotową spijać słowa z ust trupiobladych wokalistów. Fani takich grup na ogół powciskani są w kruczoczarne fatałaszki, jak w filmach o wampirach klasy C lub D. Mogą to być rozkloszowane koronkowe suknie, sznurowane od kostek po same szczęki gorsety, i tak dalej. I makijaż! Czerń i biel. Ewentualnie kropla czerwieni, bo nawet trupie serca tłoczyły wcześniej jakąś tam krew. …I to czarne morze na dźwięk wybranych refrenów, zaczyna ożywać i faluje. Ale rytuałowi temu bliżej jest do samobiczowania, niż do tańca. Trochę jak w „Sali samobójców”. Czego to ludzie nie wymyślą! Doświadczenie – jak dla antropologa – bardzo ciekawe, za każdym razem. Może myślisz, drogi Czytelniku, że podobne zjawiska są generalnie rzadkie, że to pewne ekstremum. Otóż nie! Może jest tak w kwestii formy, ale nie treści. Dowód? Proszę bardzo. Wakacje się skończyły. No i się zaczęło. Back to work blues, czyli pourlopowa bolączka powrotu do pracowniczego kieratu zbiera swoje żniwo. Blues tego typu pobrzmiewa już w ostatnich dniach wakacji, jednak prawdziwe serenady mają miejsce po przekroczeniu progu zakładu pracy. Ponowne przysposabianie do czynności tak słodko zaprzestanych potęguje wrażenie życiowej porażki: idę tylko do pracy, jak zawsze, a czuję się, jakbym wstępował na szafot. Ratunku! I nieważne, do jakich wniosków dochodzimy. Idziemy na biurową kawę i nagle okazuje się, że nie jesteśmy sami. Szybko rozmowy na temat tego, jak bardzo komu się po wakacjach nie chce, zaczynają przypominać licytację. Zupełnie tak, jakby był to jakiś pokrętny sposób chwalenia się przed całą resztą. Kto kogo przebije? (...) ...Więcej w jesiennym SlowLife Food [&] Garden!
Czytaj więcej

Moc na pół siły

Akty przemocy to bardzo często dzieła półsilnych, którzy w ten prosty sposób dostarczają sobie poczucia siły i skuteczności. Z czasem dorabiają do tego ideologię – i tak powstają Czarne Pantery albo Samoobrona.
Czytaj więcej

O wspólnym załatwianiu powstałego problemu

Dopóki mamy do czynienia nie tylko z bezkarnością, ale wręcz z przyzwoleniem, szanse na wyeliminowanie korupcji nie wydają się duże.
Czytaj więcej

Ptaki śpiewają w Kigali

Najnowszy film Joanny Kos-Krauze i Krzysztofa Krauzego w kinach już od 22 września.
Czytaj więcej

NICZEMU WINNE – ANNA KRZYCZKOWSKA

Szczęście nie zawsze można urodzić. Bywa, że trzeba je pochować.
Czytaj więcej

Ogarnąć się

Porządek tak, ale niekoniecznie wszystko musi być „w kancik”. Nieporządek tak, ale nie totalny chaos.
Czytaj więcej

Po śladach

Była w tych kolejach losu, zarówno Barbary Sadowskiej, jak i jej syna, jakaś nieuchronność, coś jakby zbliżanie się ćmy do płomienia świecy - mówi Cezary Łazarewicz.
Czytaj więcej

Z ciszą w głowie

Żeby zrozumieć, czym naprawdę jest komunikacja, trzeba zobaczyć, jak dwieście dzieci zgromadzonych w ogromnej auli porozumiewa się za pomocą języka migowego. Jest w tym taki ładunek emocji i taka ekspresja, że każde z nich wydaje się piękne jak anioł.
Czytaj więcej

Historia pewnego czworonoga

Czy mówiłem już, że mam kota? A dokładniej kotkę. Mam. To, że ją mam jest bardziej wymowne, niż można by sądzić. Bo już miałem ją wydawać. Nie dorobiłem się jakichś sensownych dobrych zdjęć. Pomogę sobie Googlem. Mały dziko umaszczony abisyńczyk – Lola jakieś pięć lat temu – wygląda tak: Forma dorosła – i Lolens dziś – prezentuje się tak: Można się zabujać? Można jak cholera. Mimo to po pewnym czasie każdy miał jej po kokardę, jako że Lolka upatrzyła sobie tylko mnie, a całą resztę traktowała chłodno. Tak to z kotami bywa, że jak sobie człowieka wybiorą na przewodnika stada, to nie chcą się nim dzielić, nawet (w szczególności) z jego własną żoną, nie mówiąc już o reszcie rodziny. Do przewodnika stada zresztą też jakoś kontrargumenty niezupełnie po prostej trafiają. Nikt nie chciał o niej słyszeć, choć przyznawał ku memu zadowoleniu: spójrzcie jak ona na niego patrzy! Co z tego, skoro generalnie syczy. I nie daje się głaskać. I w końcu zagryzie której nocy! Tomek, odpuść sobie to zwierzę. Życie na przekór wszystkim i wszystkiemu staje się na dłuższą metę nie do zniesienia. Zacząłem się zatem powoli przyzwyczajać do myśli o rozstaniu z moją sierściuchą, prawdopodobnie najlepiej wytresowaną w tej części Europy – gotową turlać się na komendę, podawać łapę, prawą, lewą, dawać lekkiego buziaka w czubek nosa, obchodzić dookoła, no, czego dusza zapragnie – ze świadomością, że pewnie amputuję jej spory kawał rozumienia świata. Sobie zresztą też. Trudno mi było pojąć, że już nie będzie: jej pourlopowych powitań od samych drzwi (i podłogi wzorowo zarzyganej z tęsknoty i stresu), zwalania mnie z poduszki w środku nocy, ciasta poobgryzanego z kruszonki, budzenia z łapką na policzku, gruchania z prośbą o napełnienie michy, towarzystwa przy myciu zębów, a z mojej strony – wąchania poduszki, która pachnie sierścią i sierści, która pachnie poduszką, jedzenia śniadań z nią na kolanach, dzielenia się z nią boczkiem z jajecznicy (wiem, nie powinienem), brzucha obolałego ugniataniem, ściągania z klawiatury laptopa albo z najwyższego regału, brania śpiącej kulki nocą z fotela do łóżka. Już, już szukałem jej spokojnych zastępczych kolan należących do jakiejś cierpliwej emerytki. To było ładnych kilka miesięcy temu. I wiecie co? Wciąż tu jest. Nie pytajcie mnie, jak to zrobiła. Długo mówiłem jej: "ja cię tylko bardzo lubię, Loluś". Już jej tak nie mówię i chyba jej to pasuje. Mruczy i mruży oczy.
Czytaj więcej

Back to work blues...

...w tym roku mnie dziwnym trafem ominął. Czego i Wam życzę!
Czytaj więcej

Pokusy

Gdyby nie pokusy, wszyscy bylibyśmy świętymi – powtarzała moja przyjaciółka… sama skłonna do nagminnego ulegania pokusom.
Czytaj więcej