Dołącz do czytelników
Brak wyników

inne , I

6 września 2017

Po śladach

205

Była w tych kolejach losu, zarówno Barbary Sadowskiej, jak i jej syna, jakaś nieuchronność, coś jakby zbliżanie się ćmy do płomienia świecy - mówi Cezary Łazarewicz.

DOROTA KRZEMIONKA: – Kiedy Grzegorz Przemyk, maturzysta, został zamordowany, ja kończyłam studia. Wiedziałam, co się stało, ale gdy czytam w Pana książce, jak zacierano ślady zbrodni, to pięści mi się zaciskają...
Cezary Łazarewicz: – Mnie ta książka przeorała, bo nie wyobrażałem sobie, że skala zacierania śladów była tak wielka i misternie tkana. W głowie mi się to nie mieściło, choć przecież pamiętam tamte czasy, miałem kontakty z opozycją, byłem w Warszawie miesiąc po pogrzebie Przemyka. Pamiętam atmosferę pod kościołem akademickim św. Anny, czytanie ulotek..., ale nie miałem pojęcia, że takie siły i środki zostały zaangażowane, że tyle osób pomagało w zacieraniu śladów, każdy stanowił cząstkę tej machiny. Ktoś tym wszystkim sterował z pełną świadomością. A przecież chodziło o życie dziewiętnastolatka... Z punktu widzenia PRL-u to była zupełnie nieważna sprawa. Do dziś nie jestem w stanie zrozumieć, dlaczego państwo włożyło tyle energii w tuszowanie sprawy Grzegorza Przemyka. Państwo! To jest najgorsze, że ślady po tym morderstwie zacierał nie jakiś jeden urzędnik, tylko państwo. Minister, szef komendy głównej milicji, partia...

D.K.: – A także znany naukowiec, prof. Włodzimierz Szewczuk. Kierował Instytutem Psychologii, gdzie studiowałam. Poraża mnie, że psychologia była zamieszana w proceder zacierania śladów zbrodni.
– Nie psychologia, tylko ten konkretny psycholog, który dostał „kosz smakołyków” za sporządzenie opinii. Tak to się wtedy odbywało. Dziś politycy, dyktatorzy skorzystaliby z usług agencji PR-owej, a w tamtych czasach brało się dyrektora Instytutu Psychologii na Uniwersytecie Jagiellońskim. W tę machinę zacierania śladów zaangażowani byli też profesorowie z Wojskowej Akademii Politycznej i, jak rozumiem, robili to z rozmysłem. Gdy przeglądałem dokumenty, uderzyło mnie, że tam nie mówiło się wprost, co się wydarzyło. Mówiło się tylko, jak „załatwić tę sprawę”. Z jednym wyjątkiem: podczas spotkania w Komitecie Centralnym PZPR, w którym brali udział generał Czesław Kiszczak, szef MSW, i Mirosław Milewski, sekretarz od bezpieczeństwa, pada wprost stwierdzenie: „nawet jeśli to zrobili milicjanci, nie możemy się do tego przyznać”. W dokumentach rzadko spotyka się takie świadectwa.

MAGDA BRZEZIŃSKA: – Á propos naukowców z zespołu Wojskowej Akademii Politycznej. Byłam ciekawa, jakie były ich losy i czym zajmowali się po udziale w tuszowaniu „sprawy Przemyka”. Jeden z nich, pułkownik profesor Józef Borgosz, zajmował się potem filozofią pokoju. Tytuł jego ostatniej publikacji naukowej to Drogi i bezdroża filozofii pokoju (od Homera do Jana Pawła II).
– To ciekawe, co ten człowiek mógł napisać o Janie Pawle II... Z dokumentów, które przejrzałem, wynika, że pułkownik Borgosz był bardzo aktywny w sprawie Przemyka, w książce zacytowałem tylko kilka fragmentów z ekspertyz zespołu Wojskowej Akademii Politycznej. Lektura całej ekspertyzy jest wstrząsająca, bo widać jak na dłoni, że ci naukowcy wiedzą, że kłamią, i że służy to zatuszowaniu zbrodni. A mimo to tworzą przeróżne scenariusze, jak ukryć prawdę.

D.K.: – W przypadku prof. Szewczuka władze zwróciły się do fachowca – znane były jego eksperymentalne badania nad pamięcią. Wiedział, jakim zniekształceniom ona ulega i jak można nią manipulować.
– Wydaje mi się, że zwrócono się do niego przede wszystkim dlatego, że był głęboko partyjny. Z dokumentów wynika, że gdy pułkownik Romuald Zajkowski z kontrwywiadu wojskowego leciał do niego samolotem, bo sprawa była pilna, to leciał do osoby zaufanej, która już nieraz była wykorzystywana w podobnych sprawach.

D.K.: – Za radą psychologów wykorzystano kilka metod manipulacji. Prof. Szewczuk sugerował, by pokazać „wroga” w złym świetle – na przykład, że matka Grzegorza Przemyka pije, źle się prowadzi, że Grzegorz był narkomanem. Gdy pogłoski o pobiciu przez milicję przybierały na sile, zaproponował odwrócenie intencji, czyli pokazanie, że jest to próba skompromitowania służb bezpieczeństwa. A równocześnie ocieplanie wizerunku tych służb – na przykład pokazywanie w telewizji, jak milicjant ratuje kogoś z rąk bandytów.
– Zaplanowano jakieś programy telewizyjne, pokazujące dobrych milicjantów, jak koszą trawniki, przeprowadzają dzieci przez ulice. Widziałem nawet część tych programów, gdzie zomowcy włączali się w porządkowanie parków, zbierali ziemniaki podczas wykopków.

M.B.: – Z kolei zespół prof. Borgosza radził, by zamiast skupiać się na taktyce obrony – zaatakować i znaleźć innego winnego.
– Wydaje mi się, że zespół Borgosza miał większe „zasługi” niż prof. Szewczuk. Borgosz wskazał, jak skompromitować zeznania jednego z najważniejszych świadków, czyli Kuby Kotańskiego, który stał pod komisariatem przy Jezuickiej i słyszał, jak Przemyk krzyczał, gdy go tłukli. „Zasługą” prof. Borgosza był pomysł, by te krzyki bólu uznać za okrzyki karateki. Czytałem zeznania milicjantów – wszyscy jak jeden mąż powtarzali: „Przemyk nie krzyczał z bólu, to były okrzyki karateki”. Ireneusz Kościuk, oskarżony o śmiertelne pobicie Przemyka, to samo powtórzył podczas wznowionego procesu, jeszcze w 2004 roku.
M.B.: – Czytając Pana reportaż o Przemyku, miałam wrażenie, że siłą tej książki jest nie tylko obnażenie kłamstw i manipulacji państwa i systemu, ale – może nawet jeszcze większą siłą – przedstawione koleje losów konkretnych osób. Historia najbardziej odsłania się w tych indywidualnych przypadkach. Pan przeorał te biografie, losy ludzi związanych ze sprawą Przemyka. Historia której osoby dotknęła Pana najmocniej, najgłębiej w Panu siedzi?
– Zdecydowanie los Barbary Sadowskiej, matki Grzegorza Przemyka. Ona była najtragiczniejszą postacią w tej historii. Miała całe życie nieudane, a śmierć syna była dla niej tragedią, z którą już nie potrafiła sobie poradzić. Tak naprawdę Barbara Sadowska umarła 14 maja 1983 roku, razem z Grzegorzem Przemykiem – te jej trzy ostatnie lata po śmierci syna to było takie dogorywanie, dogasanie. Jeszcze przez pierwszy rok trzymał ją przy życiu ks. Jerzy Popiełuszko. Pewnie dlatego nie chciała uwierzyć w jego śmierć. Gdy został porwany, dodawała innym otuchy i łajała, kiedy brakowało im wiary. Trzymała się wersji, że na pewno żyje. Wierzyła w to do końca. Jej przyjaciółka opowiedziała mi, że gdy ktoś w to wątpił, Sadowska strasznie się denerwowała i krzyczała: „jak możecie w to wątpić? ja wierzę!”. Gdy młody Fogg przyszedł z informacją, że ksiądz Popiełuszko nie żyje, Sadowska dosłownie się osunęła. Jej przyjaciele mieli świadomość, że to koniec matki Przemyka.

D.K.: – Pisze Pan o rysie tragicznym w życiu Barbary Sadowskiej, jakby jakimś fatum... Zastanawiam się, czy losy jej i jej syna mogły potoczyć się inaczej? Grzegorz mógłby skończyć studia, znaleźć pracę. Ale, jak Pan pisze, milicjant Kościuk „już rozpoczął służbę”. Brzmi to fatalistycznie, trochę jak „Anuszka już rozlała olej” u Michaiła Bułhakowa...
– Tak miało zabrzmieć! Była w tych kolejach losu, zarówno Barbary Sadowskiej, jak i jej syna, jakaś nieuchronność, coś jak zbliżanie się ćmy do płomienia świecy. Oni wybrali taki styl życia, który po części determinował ich losy. Bo przecież gdyby byli posłuszni... Gdyby Barbara Sadowska nie angażowała się w działalność opozycyjną, a jej syn podał swój dowód milicjantowi, to może sprawy potoczyłyby się inaczej. Trochę tak jak z Lechem Wałęsą – gdyby za PRL-u siedział cicho, to dzisiaj nikt by mu nie wyciągał teczek. Gdyby Sadowska i Przemyk byli innymi osobami, żyli inaczej, to dziś pewnie nie rozmawialibyśmy o nich. Wiedzieli, że mogą być aresztowani, pobici, internowani, ale chyba nie sądzili, że może zdarzyć się coś gorszego. Aresztowania i przesłuchania Sadowska miała wkalkulowane w swoje działania i tego się nie bała. Na przesłuchaniach mówiła do milicjantów: „Ale co mi możecie zrobić? Ja mam tyle chorób, że zaraz mogę umrzeć”. Ale miała też słaby punkt i śledczy go znaleźli. „Tobie nie możemy nic zrobić, ale masz jeszcze syna...” – mówili. Tylko że ona myślała, że te pogróżki dotyczą co najwyżej wsadzenia Grzegorza do wojska. Spowodują, że nie zda matury i będzie musiał „iść w kamasze”. Tego on i ona bardzo się bali – wiedzieli, że go tam zgnoją. Nie był typem człowieka, który nadaje się do wojska. Był poetą wychowanym w artystycznym środowisku. Tamtego dnia, gdy świętował zdaną maturę na placu Zamkowym, zomowcy podeszli do niego, bo był inny. I dostał pałami za to, że był inny. Nieokazanie dowodu to był tylko pretekst. Równie dobrze mógł dostać za to, że miał za długie włosy albo koszulę rozchełstaną.

D.K.: – I to wystarczyło, by kogoś pobić na śmierć? Czyli nie była to zaplanowana akcja?
– Nie, to pobicie nie było zaplanowane. Od wprowadzenia stanu wojennego, czyli od 13 grudnia 1981 roku, w okolicy Jezuickiej ciągle organizowano manifestacje, na Starym Mieście stale były jakieś zadymy, więc służby były tam postawione w stan gotowości. Niejeden „Kościuk” i niejeden „Bielec” przyłożyli tam pałą wielu takim chłopakom jak Przemyk, wielu skopali, bo tak się wtedy traktowało manifestujących. Tego dnia, kiedy zomowcy zatrzymali Przemyka, była rocznica śmierci Piłsudskiego. A tydzień wcześniej, 3 maja, milicjanci wpadli do Komitetu Prymasowskiego, porwali ludzi, bili. Sadowskiej, działającej przy komitecie, połamali ręce – przecież z niej było chuchro, a przeciwko wysłano komandosów. To była demonstracja siły, poczucia mocy... I ta słaba kobieta – w książce próbuję odtworzyć jej historię, chcę przywrócić pamięć o niej.

M.B.: – Matka Przemyka była krucha, chorowita, a jednak była w niej wielka siła. Tę siłę widać w filmie nagranym przez kogoś z jej otoczenia – Barbara Sadowska mówi przed kamerą, że nie ma żalu do tych zomowców, bo byli „chorymi narzędziami”...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy