Dołącz do czytelników
Brak wyników

Otwarty dostęp , Rodzina i związki

23 sierpnia 2022

Zwyczajne szczęście we dwoje

0 2662

To wielka tajemnica, może największa: jak to się stało, żeśmy się spotkali? Jak pokonaliśmy razem zakręty, przetrwali chwile zniechęcenia, nie dali się pokusom? I wciąż jesteśmy razem... W czym tkwi zagadka dobrej pary?

Nie będę wiązać się z żadnym alkoholikiem, pracoholikiem, megalomanem, związkofobem, emocjonalnym niedorostkiem i zboczeńcem – obiecuje sobie co roku Bridget Jones, bohaterka książki Dziennik Bridget Jones. I nadal marzy o Danielu Cleaverze, który jest uosobieniem wszystkich tych cech.

Jak nie pakować się w takie związki wysokiego ryzyka? Jak znaleźć kogokolwiek, gdy tylko pustka czterech ścian i butelki wina przed lustrem? Czy ktoś jeszcze się pojawi? Gdzie go szukać? Czy muszę coś zrobić ze sobą, by się zjawił? A może już jest za późno, bo wszyscy fajni faceci są zajęci?

A gdy już się zjawi, jak przez lata podtrzymać przyciąganie – nawet jeśli nie tak żarliwe, jak w pierwszych miesiącach w akademiku, to przynajmniej przyzwoite? Jak nie wpłynąć na mieliznę nudy, wspólnego oglądania telewizji albo oddzielnego przeglądania zawartości smartfona, zasypiania samotnego, budzenia się z rozczarowaniem, że znowu nic się nie zdarzyło?
Mnóstwo ludzi zwraca się z podobnymi pytaniami do psychoterapeutów, z wiarą, że oni znają odpowiedź. Z nadzieją, że taka odpowiedź w ogóle istnieje. Wierzymy, że można zdobyć receptę na miłość, tak jak umiemy zdobywać inne rzeczy.

Tajemnica współżycia przed ślubem
Poszukiwania klucza do udanych związków przypominają poszukiwania Świętego Graala. Skąd czerpać wiedzę na ten temat?
Nie dostarczą jej eksperymenty naukowe ani obserwacje statystycznych zależności w losach prawdziwych par (por. aplikacja „Statystyka pary”). Te ostatnie mogą być pozorne. Weźmy jeden ze znanych przykładów. Potoczne przekonanie głosi, że dobrze jest przed ślubem pomieszkać razem na próbę, by się lepiej poznać. A podjęcie współżycia pozwoli uniknąć późniejszych rozczarowań. Jak jest naprawdę? Badacze odkryli, że w parach, które przed ślubem mieszkały razem, ryzyko rozwodu jest niemal o połowę wyższe niż w tych, które z takiej możliwości nie skorzystały. Zauważyli też, że jeśli kobieta przed ślubem współżyje z mężczyzną, za którego później wychodzi, nie wpływa to na ryzyko rozwodu. Jeśli jednak ma więcej partnerów, rozwód staje się bardziej prawdopodobny. Konserwatystów te wyniki wprowadzają oczywiście w euforię i na ich podstawie gotowi są formułować zalecenia dla młodzieży: nie mieszkajcie razem, czekajcie z seksem do ślubu, a dłużej ze sobą pożyjecie. Zależność jest jednak pozorna i wynika z trzeciego czynnika, a są nim tradycyjne normy. Niektóre osoby nie mieszkają razem i nie współżyją bez ślubu ani się nie rozwodzą, bo tak im nakazują ich zasady. Ot i cała tajemnica.

To jednak tylko statystyki. Przydatne w rozmowach toczonych dla zabicia czasu, niewiele jednak mówią o konkretnych parach. Skąd więc pochodzi wiedza, którą chcę się podzielić? Od klientów, którzy przychodzą i opowiadają o sobie. Nie ma innej wiedzy. Nie jest to zresztą wiedza o miłości, ta bowiem żadnym sposobom nie podlega. Nie wiemy, co sprawia, że się zakochujemy w tej, a nie innej osobie... Nikt tego nie wie. Ja też nie wiem, jak przestać kochać tych, których kochać nie warto. Ani jak sprawić, by pokochali nas ci, których byśmy chcieli. Jedyna wiedza, jaką mam, dotyczy tego, jak ułożyć relację, w której da się żyć. Jak jej nie psuć.

Lepsze niż kino
Wiem, co w mówieniu o miłości nawet świętego wyprowadziłoby z równowagi. Na przykład rozliczanie: Kocham cię, dlaczego ty mnie nie kochasz? Weźmy dwa zdania. Pierwsze: Chodźmy do kina. Drugie: Nawet nie pomyślałeś, żeby mnie zabrać do kina. Czemu mnie nie zabierzesz?

Pozornie w obu przypadkach chodzi o to samo – ktoś chce iść do kina. W rzeczywistości tylko pierwsze zdanie stwarza ku temu warunki. Drugie uniemożliwia to, łączy się bowiem z zarzutem: dlaczego mnie nie zabierasz? Reakcją będzie zapewne tłumaczenie się i uzasadnianie, że ogólnie rzecz biorąc jestem niewinny. Jak najlepiej tego dowieść? Przerzucając odpowiedzialność na drugą stronę: nie zabieram, bo ty nigdy nie chcesz pójść… nie jesteś zadowolona... nie odpłacasz czymś równie dobrym. Czyli w gruncie rzeczy to twoja wina. I tak z pytania „czemu nie pomyślałeś, by mnie zabrać do kina”, po chwili mamy kłótnię.

Czy zatem wystarczy powiedzieć: „zabierz mnie”, zamiast „czemu mnie nie zabierasz”, a wszystko będzie dobrze? Nie tak prosto. Pojawia się bowiem pytanie: dlaczego ona tak się wypowiada? Zapewne dlatego, że mówi nie o swym pragnieniu, o gotowości, lecz o braku, niespełnieniu, frustracji, żalach, rozgoryczeniu i niemożności. O tym, ile ją ta relacja kosztuje. I to mówienie daje jej więcej mocnych przeżyć niż film. Oto jesteś tym, który mnie ciągle zawodzi. Nie zabierasz, a mógłbyś. Nie pomyślisz, a powinieneś pomyśleć. Nie zajmiesz się, a przecież na to czekam. Jesteś więc chodzącym symbolem niewypełnialnego braku we mnie. O tym ona mówi i śmiem twierdzić, że to jest dla niej lepsze niż kino. Są ludzie, dla których miłość i ból są dwiema stronami tej samej monety. Im więcej zaangażowania, tym więcej żalu, a mówienie o nim jest dla nich naturalnym sposobem istnienia w intymnej relacji. Nie jest łatwo zamienić to na pozytyw. Mówiąc „zabierz mnie do kina”, komunikujemy, czego chcemy, wierząc, że to się spełni. Natomiast „dlaczego mnie nie zabierasz” wyraża poczucie niemożności spełnienia czegokolwiek.

A co wtedy, gdy on faktycznie nigdy jej do tego kina nie zabiera? Można to pominąć raz, drugi, ciągle samej inicjując wyjście. Mówić „zabierz mnie”, gdy naprawdę to ja cię zabieram, i łudzić się, że jednak jest się gdzieś zabieraną, nie dostrzegać, że sama organizuję sobie czas przy biernej obecności obojętnego na wszystko partnera. Równie dobrze mogę przecież iść sama. Po co mi facet, który nic nie inicjuje? – pyta sporo zrozpaczonych kobiet. Tak naprawdę nie chodzi przecież o kino, lecz o to, by on chciał czegoś. By czuć, że mu na czymś zależy. A sprawia wrażenie, jakby wszystko było mu obojętne. No i co mam robić – pyta kobieta – gdy nawet nie mogę ujawnić swej frustracji?

Ciągle brać to na siebie?
Mnóstwo osób latami żyje w milczącej, narastającej furii. Zainicjowałby coś... oświadczył się, za[-]proponował wyjazd, wspólne mieszkanie, przejawił chęć, by związek się rozwijał w jakąkolwiek stronę. A on nic. Milczy. Jest i tyle. Czy jeśli zamiast kolejny raz mówić „chcę iść do kina”, powiem „czemu u diabła po dziesięciu latach nie wpadłeś na to, by mi kupić pierścionek zaręczynowy”, to znaczy, że jestem histeryczką? Oczywiście nie.

A swoją drogą, dlaczego on przez dziesięć lat tego pierścionka nie kupił? Jestem dość dobra, by ze mną być, ale nie dość dobra, by to podkreślić jakąś konkretną propozycją? Czeka na lepszą okazję? O co tu chodzi? Robię coś nie tak?

Żywa pułapka
Dlaczego on nie robi tego, na co najbardziej czekasz? Być może właśnie dlatego, że tego chcesz. Zrobić dokładnie to, czego ktoś oczekuje, pójść za jego lub jej pragnieniem. Dla niektórych ludzi to naturalne. Robią innym niespodzianki, próbując odgadnąć ich marzenia. Dopytują się, czy obiad im smakował. Ubierają się specjalnie dla kogoś, czytają te same co on lub ona książki, by móc razem o nich rozmawiać, starają się być spełnieniem czyichś marzeń. Inni jednak mają w tym względzie tendencję odwrotną. Są w pewnym sensie skąpcami. Mogą dać komuś coś tylko pod warunkiem, że tego zbyt silnie nie pragnie. Cudze oczekiwania wywołują ich opór. Robią wtedy na przekór, by nie czuć się od kogoś zależni. Trzeba pamiętać, że inna osoba ma swoją własną podmiotowość, nigdy nie będzie naszym przedłużeniem niczym własna ręka. To oczywiste, ale niektórzy mają nieodpartą chęć ciągłego podkreślania tego, jakby sami nie byli tego do końca pewni. Nie będę twoją kończyną. Nie będę taki, jak chcesz, tylko dlatego, że tego chcesz. Jestem odrębny i jak tylko się zorientuję, że czegoś ode mnie bardzo chcesz, natychmiast stawię opór.

Przeszłe doświadczenie bycia bezradnym, zależnym, użytym może rodzić taką obronną postawę, by nie dać partnerowi/partnerce tego, czego najbardziej pragnie. Dać trochę, ale jak tylko zdradzi, że tego chce, zaraz zabrać. Są tysiące sposobów, by taką grę toczyć w związku. W wersji skrajnej taki ktoś funkcjonuje niczym żywa pułapka. Wzbudza czyjeś pragnienie, stwarzając jednocześnie wrażenie, że nie wie o tym, rozbudza je tylko po to, by w pewnej chwili dać wyraz swemu zaskoczeniu, oburzeniu: My mielibyśmy...? Ja miałbym z tobą...? Nie, no chyba nie mówisz poważnie. Nie widzi, że wpędza w ten sposób partnerkę w poczucie nieadekwatności. W swoim poczuciu wydobywa się spod czyjejś wyimaginowanej władzy, po prostu chroni swą niezależność.
Z kimś takim da się żyć, tylko nic od niego nie chcąc. Żyć życiem bez życia. Będzie miał inicjatywę, gdy my żadnej nie przejawimy. Ujawnienie naszego pragnienia sprawia, że natychmiast się chowa, pokazuje „nie jestem dla ciebie, jestem dla siebie”.

Pojemnik na poczucie bezwartościowości
Niektórzy ludzie żyją w wewnętrznym świecie pełnym wielkich wymagań. Sporo oczekują od siebie i sądzą, że inni też wiele oczekują od nich. W ich przekonaniu nie wystarczy po prostu być. Trzeba istnieć w sposób jakoś wyjątkowy. Mieć wyjątkowe osiągnięcia, wyjątkowo atrakcyjny wygląd albo z innych przyczyn niezwykle korzystną pozycję. Być kimś niezwykłym. W historii życia takich osób często przewija się wątek traktowania ich przez opiekunów, a później przez ważne osoby z ich otoczenia nie jak ludzi, lecz fabryczne produkty, które ocenia się pod kątem jakości. W efekcie czują, że ważne są te ich cechy, którymi ktoś – najpierw rodzic, potem partner – może się pochwalić. Liczy się strój, wygląd, osiągnięcia – wszystko to, co może robić na innych wrażenie. Nie oczekują w zasadzie miłości, raczej szacunku, podziwu i uwagi. Gdy zaś ktoś kwestionuje ich właściwości lub gdy je tracą, czują się pozbawieni podstaw swego istnienia. I często reagują wściekłością.
Podobnie traktują partnera lub partnerkę – ma pełnić pewne funkcje, czemuś służyć. Na przykład być jednym z elementów autokreacji.

Dlatego musi spełniać pewne warunki: być kimś niezwykłym, niezwykle atrakcyjnym, wykształconym, z doskonałymi manierami, bogatym – by można się było z nim/z nią pokazać. Ma dobrze o nich świadczyć, potwierdzać ich status i wartość. Najlepiej być idealnym, by nie przynieść im wstydu. Sami oscylują pomiędzy dumą i wstydem, ostatecznie jednak prędzej czy później na wstydzie kończą. Niosą przez życie przeczucie, że czegoś im brak, i choćby zyskali wszystko, co można, i tak zawsze czują, że są nie dość... Podobnie z partnerem. Choćby miał zalety zachwycające dla otoczenia, zawsze znajdą w nim jakąś rysę, której istnienie wtrąca ich samych w poczucie własnej niedoskonałości, od którego rozpaczliwie próbowali uciec.

Czasem zaś partner ma być ich gorszą stroną, kimś w rodzaju pojemnika na ich poczucie bezwartościowości. Komunikują mu bardziej lub mniej wprost: Ja mam wszystko i jestem kimś doskonałym, ty nie masz nic i jesteś kimś żałosnym. Wszystko byłoby dla mnie prostsze, gdyby nie ty, obciążasz mnie swoimi brakami.

Jeśli czyjś wewnętrzny świat zbudowany jest wokół problemu własnej wartości, taki ktoś często za wszelką cenę próbuje podtrzymywać wyobrażenia, że ta wartość jest bardzo wysoka. Ale zdarza się, że kultywuje raczej odwrotne przekonanie – że jest najbardziej ze wszystkich beznadziejny. Staje się nadwrażliwy, nie ufa we własne możliwości, w swą atrakcyjność i zdolność wzbudzenia czyjegoś zainteresowania.

Wtedy to partner jest tym wspaniałym, a siebie widzi jako obciążenie. Ktoś, kto miałby ochotę związać się z taką osobą, napotka na zasadniczą trudność. W jej świecie psychicznym wszystko przebiega bowiem według schematu: Jeśli się mną nie interesujesz, być może faktycznie jesteś kimś wyjątkowym, ale jeśli się mną interesujesz, na pewno nie jesteś wart zainteresowania. Nikt wyjątkowy nie dałby się przecież oszukać. Jeśli nie widzisz, jak bardzo jestem beznadziejna, to dowód, że jesteś do niczego. Zatem cóż mi po tobie? Gdy patrzę na nas z boku, czuję tylko zażenowanie. Dajmy sobie więc spokój – im szybciej, tym lepiej. Jeśli ktoś ma taki styl, prawdopodobnie długo pozostanie samotny, a w zasadzie osamotniony.

Być bluszczem
Istnieje różnica między samotnością i osamotnieniem. W samotności nieźle czasem pobyć. Pozwala poczuć siebie – własną niezależność i odrębne istnienie – a także usłyszeć własne myśli. Osamotnienie zaś wiąże się z poczuciem wyobcowania, gdy szukamy bliskości i nie spotykamy nikogo, z kim moglibyśmy jej zaznać. Totalne wyobcowanie jest trudne do zniesienia. Niektórzy niosą przez życie doświadczenie braku oddźwięku ze strony ważnych osób i możności odzwierciedlenia siebie w ich reakcjach. Jeśli ktoś wcześnie tego doświadczył, możliwe jest, że przez całe życie będzie czuł obawę przed powtórnym przeżyciem tego. Wszystko, co robi w relacji, sprowadza się więc do prób uchronienia się przed porzuceniem. Sposobów jest mnóstwo: począwszy od obdarowywania stale partnera, poprzez ślepe przystosowywanie się do jego prawdziwych lub wyobrażonych oczekiwań, aż po ślepe za nim podążanie. Żyje jak bluszcz, owinięty wokół kogoś, lub jako jego karmiciel i wieczny zadowalacz.

Taka relacja może trwać jakiś czas. Jednak prędzej czy później nastąpi kryzys, bowiem nikt nie jest w stanie wiecznie być konstrukcją podtrzymującą ciężar bluszczu. Jeśli nawet mu się to nie znudzi, może zabraknąć możliwości, by dalej tak działać, bo partner się rozchoruje, straci pracę, sam będzie potrzebował opieki. Podobnie z karmieniem i ciąg[-]łym zadowalaniem partnera. Nie ma pewności, że zawsze będziemy w stanie to robić. Nasze zasoby nie są przecież wieczne. Poza tym może nas dopaść podskórna obawa, czy nasz partner w razie potrzeby byłby gotów robić tyle samo dla nas.
Dawniej, gdy zmiany społeczne nie były tak dynamiczne, udawało się nawet przez całe życie układać relację w ten sposób. W okresie międzywojennym wychodziło pismo dla kobiet pod tytułem „Bluszcz”, które proponowało czytelniczkom strategię bycia bluszczem jako najbardziej konstruktywną formułę podtrzymania związku. Dziś jest to raczej mało prawdopodobne, choćby dlatego, że mężczyźni odchodzą nawet po wielu latach związku i nie tracą przy tym twarzy, jak kiedyś. Dziś bycie bluszczem jest ryzykowne. Warto mieć jakiś własny, zapewniający stabilność pień.

Obawa przed porzuceniem i poczucie bycia niekompletnym bez kogoś u boku przejawiają się czasem drastycznie – jako obsesyjna zazdrość i tropienie zdrady. Niektórzy ludzie nie są w stanie znieść, gdy ich partner kogokolwiek obdarza choćby minimalną uwagą. I nie chodzi wcale o uwagę o charakterze erotycznym. Nawet najniewinniejsza rozmowa czy choćby obecność potencjalnej konkurencji może u niektórych wywołać panikę. Różnie sobie z nią radzą. Atakują partnera, próbują go kontrolować albo wycofują się i milczą urażeni.

Bywa, że zrywają związek lub prowokują, by partner zerwał pierwszy. Chcąc zredukować lęk przed porzuceniem, czasem wyprzedzają spodziewaną tragedię. Taka osoba myśli: Porzucę, zanim mnie porzuci. Zrobię awanturę, nim bezpowrotnie utracę jego/jej uwagę. Jeśli jest spokojnie, to oznacza, że jest nijak. Doprowadzę więc do awantury, będzie gorąco, co da mi poczucie, że w ogóle coś między nami jest. A po dzikiej awanturze będziemy się godzić i przez chwilę nie będę czuć pustki.

Cały związek przebiega więc w rytmie rozstawania się wśród dzikich awantur i melodramatycznych pogodzeń, napędzanych równie dramatyczną tęsknotą. Z takiego rytmu trudno się wyrwać, wymaga to bowiem od partnerów, prócz innych zmian, także nauczenia się czerpania przyjemności z normalnego, wspólnego życia. Bywa i tak, że kiedy już się tego nauczymy, odkrywamy, że da się to realizować jedynie z inną osobą. Rozstanie z tą, z którą przeszliśmy tyle dramatycznych scen, okazuje się nieuniknionym kosztem tego rozwoju.

Władza zamiast miłości
Władza to kolejny sposób, by nie czuć własnej samotności i odrębności. A raczej by nie mieć nieprzyjemnego wrażenia, że nasz partner jest osobą odrębną, a więc niemożliwą do kontrolowania i przez to nieprzewidywalną. Pragnienie totalnej władzy nad partnerem to w gruncie rzeczy rojenie o braku jakichkolwiek różnic między nami. Żadnych niespodzianek, nieporozumień i przeszkód w zjednoczeniu. Taka osoba dąży, by zbudować rzeczywistość intymną, w której dozwolone i możliwe jest wszystko.

Próbuje wyeliminować wszelkich świadków, osoby trzecie, wszystkie obce oceny, dzieci, znajomych, rodziny, prawa, dobry zwyczaj. Wszystko to w jej wewnętrznym doświadczeniu stanowi jedynie przeszkodę na drodze do „pełnej bliskości”, którą rozumie jako pełnię władzy nad partnerem. Albo przeciwnie – jako pełnię jego władzy nad sobą. Żadna różnica, autonomia, żaden opór nie są tolerowane. Wielu sprawców i sprawczyń rodzinnej przemocy wywodzi się z tej grupy. Na zewnątrz wygląda to na potrzebę kontroli i władzy. W rzeczywistości jednak kryje się za tym niezgoda na jakąkolwiek różnicę. Mamy być totalnie jednym. Jakikolwiek inny punkt widzenia przeżywany jest jako zdrada.

Jak być ze sobą
Możliwych trudności i przeszkód, by się z kimś szczęśliwie związać, jest tak wiele, że nie sposób pomieścić tego w jednym tekście. Może zamiast tego napiszę, jak związek budować? Jak z kimś przeżyć? Oto, co mi się zdaje.
Przede wszystkim pozwól jemu/jej być tym, kim jest. Nie zmienisz partnera. Z niczego nie wyleczysz. Jest kim jest i tym pozostanie. Jeśli nawet czasem cudownie się odmieni, to raczej przypadkiem i wtedy, gdy się tego nie spodziewasz. Mnóstwo problemów par wynika z tego, że któreś z nich lub oboje toczą wojnę o zmianę partnera w kogoś całkiem innego. Można rzecz jasna i trzeba postawić czasem granicę, gdy na coś destrukcyjnego nie chcesz się zgodzić. Jeśli jednak partner granicy uporczywie respektować nie chce, niewielka jest szansa, że staniesz się jego terapeutą i policjantem zarazem. Może raczej należy przemyśleć swój wybór?

Dotyczy to też wszelkich cech charakteru. Jeśli nie potrafisz się cieszyć drugą osobą taką, jaka ona jest, zadaj sobie pytanie: czemu z nią jestem? Koniec końców, gdy narzekasz na swojego partnera lub partnerkę, warto zrobić mały eksperyment myślowy i spróbować podstawić w jego miejsce kilka innych znanych ci osób tej samej płci. Czy inna na pewno byłaby inna? Inny byłby lepszy? Ile ze znanych ci osób w tej sytuacji zachowałoby się lepiej? Warto spróbować uczciwie odpowiedzieć sobie na to pytanie. Albo inne ćwiczenie – jak to jest patrzeć na świat jego/jej oczami? Spróbuj posiedzieć przez chwilę spokojnie i wyobrazić sobie, że jesteś nią i żyjesz z takim mężczyzną jak ty. Że jesteś nim i żyjesz z taką kobietą jak ty. Co można wtedy czuć?

Po drugie, nie próbuj zawsze wszystkiego przedyskutować z partnerem do końca i do spodu. Czasem warto po prostu dać żyć. Albo coś zrobić, zamiast mówić i mówić bez końca.

Pod wpływem przekonań psychoterapeutów ludzkość uwierzyła w moc rozmowy. Ale radzenie sobie z konfliktową sytuacją w związku nie zawsze musi akurat na rozmowie polegać. Pewne problemy w życiu pary po kilku godzinach mijają same, jeśli zajmiemy się swoimi sprawami i damy drugiej stronie ochłonąć. Czasem wielogodzinne dzielenie włosa na czworo nie tylko nie prowadzi do rozwiązania problemów, lecz tworzy nowe. Cała „kultura psychologiczna” oparta jest na założeniu, że problemy należy do końca nazywać i omawiać. W gabinecie terapeutycznym tak się robi. Jednak życie to nie psychoterapia, a my nie jesteśmy terapeutą naszego partnera, ani on naszym. Niektórzy ludzie, by dobrze się czuć, potrzebują się wygadać. Inni jednak potrzebują po prostu pomilczeć. Warto czasem, prócz umiejętności rozmawiania, popracować nad umiejętnością nierozmawiania. Odpuścić.

Po trzecie, nie stawiaj partnera publicznie w trudnych sytuacjach. Nie dewaluuj przy innych jego/jej osiągnięć czy wartości. Nie wywlekaj konfliktów. Z zazdrości o poklask i uwagę nie umniejszaj w oczach innych ludzi. Nie rób miłości swego życia obciachu. Nie wojuj z jego/jej rodziną czy przyjaciółmi po to tylko, by sprawdzić, ile dla partnera znaczysz. Jeśli sprawiasz, że czuje się zażenowany przy innych ludziach, działasz przeciw sobie, bo niszczysz własny związek. Bycie w relacji z drugą osobą jest w dużej mierze sztuką dyplomacji. Warto zadać sobie czasem pytanie: w jakiej sytuacji stawiam ją/jego, robiąc to, co właśnie robię? Czy sam chciałbym się w takiej znaleźć?

Po czwarte, nie szukaj sprawiedliwości. Szukaj bliskości. Nie zawsze najważniejsze jest to, które z was ma rację, które pierwsze zaczęło, kto komu gorzej powiedział albo więcej zapłacił. Zapłać i ciesz się, że masz komu dać. Niektórzy nie mają komu.

Po piąte, miejcie przestrzeń trójwymiarową, nie płaską. Prócz bliskości w parze ważne jest, by każde miało coś trzeciego, ważnego dla niego. Nie chodzi o „tę trzecią” lub „tego trzeciego”, ale o coś, co jest dla was istotne, a w czym partner nie do końca musi uczestniczyć. To może być klub, koło, pasja, misja... cokolwiek. Miejsce, do którego możecie udać się mentalnie, kiedy sytuacja między wami jest trudna. I znów – nie chodzi tu o garsonierę, w której się chronimy. Przyjęcie takiego rozwiązania zdradza czasem właśnie brak odrębnej mentalnej przestrzeni. Chodzi o coś, dzięki czemu możemy przez jakiś czas pozostawać we własnym świecie. Jeśli go mamy.

I ostatnie – nie żałuj drugiej stronie swoich emocji. Głupio jest kłócić się bez przerwy, bez sensu i celu. Niektórzy robią to nałogowo, ich życie staje się piekłem. Czasem jednak można spotkać osoby, które w ogóle nie pokłócą się z partnerem, choćby ten szalał ze złości. Zawsze pozostają w pozycji chłodnego, zdrowego rozsądku. Pokazują
wtedy komuś, że tak naprawdę nie ma w sobie niczego, czym byłby w stanie ich poruszyć. Cokolwiek zrobi, nie zwariują dla niego ani na moment. Ani na chwilę nie stracą dla niego równowagi i nie zrobią niczego głupiego. Jak żyć z osobą, która nigdy nie straciła i nie traci dla nas głowy? Nie wszystko można zrobić za pomocą mądrych metod. Czasem trzeba głowę stracić i zostać z drugą osobą w przestrzeni, do której nawet najmędrsi psychologowie ze swymi receptami żadnego dostępu nie mają. Warto być z kimś, dla kogo jest się w stanie zrobić coś głupiego. Coś, czego publicznie nikt by nie doradził. 

***

Statystyka pary
Jak stworzyć udany związek? Próbując rozwikłać tę zagadkę, badacze przyjrzeli się parom. I odkryli kilka ciekawych zależności.
Okazuje się, że trwalsze są związki, w których wykształcenie partnerów jest podobne. Wiadomo, że podobieństwa dobrze rokują. Jeśli partnerzy różnią się wykształceniem, to z dwojga złego nieco lepiej, gdy to mężczyzna ma wyższe.
Czy dobrze, jeśli partnerzy różnią się wiekiem? Potoczna wiedza mówi, że lepiej, gdy to mężczyzna jest starszy. Statystyki są nieubłagane: im większa różnica wieku w którąkolwiek stronę, tym większa szansa rozwodu.
A jak równy podział obowiązków domowych wpływa na życie seksualne? W starszych badaniach raczej je psuł. W nowszych już nie, a wedle niektórych wyników nawet je polepsza. Istnieje jednak grupa pań, które są niezadowolone, że ich mężowie wprawdzie dzielnie wypełniają obowiązki domowe, ale mniej zarabiają i są niżej wykształceni. Te panie więcej piją i zażywają antydepresanty.
Pamiętajmy jednak, że mówimy o zależnościach statystycznych, a one nie przesądzają o losach konkretnej pary.

Paweł Droździak

Dekalog
szczęśliwego związku
Co sprawia, że nasz związek jest udany?
Psychologowie sugerują, że aby tak się stało, trzeba uporać się z dziesięcioma zadaniami.
• Oddzielcie się emocjonalnie od rodziny, w której dorastaliście.
• Budujcie swój związek na zasadzie wspólnoty, jednocześnie zachowując swą autonomię.
• Bądźcie siebie ciekawi nawzajem, starajcie się zrozumieć, dlaczego partner/partnerka zachowuje się tak, a nie inaczej
• Dbajcie o życie seksualne. Niech do sypialni nie wkradają się obowiązki i konflikty.
• Gdy pojawią się dzieci, na nowo zdefiniujcie swoje obowiązki i role. Mimo natłoku rodzicielskich zadań pamiętajcie, by znaleźć czas na pielęgnację swojego związku.
• Nie próbujcie unikać za wszelką cenę konfliktów, one są nieuniknione. Nauczcie się je rozwiązywać.
• W obliczu przeciwności wspierajcie się wzajemnie.
• Planujcie robienie razem tego, co daje wam radość. Bawić się razem to najlepszy sposób na przeciwdziałanie nudzie.
• Gdy pojawiają się trudności, rozmawiajcie, jak razem możecie im zaradzić. Pamiętajcie, że gracie do jednej bramki.
• I zakładajcie, że partner ma dobre intencje.

Oprac. na podst.: www.apa.org, www.psychology.org

Oceń swoje małżeństwo
Małżeństwo to nie test, który można zdać lub nie. To ciągły proces uczenia się siebie nawzajem i wypracowywania kompromisów. Jakie obszary w Twoim związku są satysfakcjonujące, a w których trudniej dojść do porozumienia?
W skali od 1 do 10 oceń swoje zadowolenie z małżeństwa w następujących obszarach:
• Wspólne wartości _____
• Porozumiewanie się _____
• Rozwiązywanie konfliktów _____
• Intymność/Seks _____
• Kwestie finansowe _____
• Przywiązanie _____
• Styl życia _____
• Sposób spędzania wolnego czasu _____
• Podejmowanie decyzji _____
• Rodzicielstwo, zajmowanie się dziećmi _____
• Podział obowiązków domowych _____
8–10 pkt w danym obszarze oznacza, że jesteś zadowolona/zadowolony z tego aspektu związku.
4–7 pkt to umiarkowane zadowolenie, może nie zwracasz większej uwagi na dany obszar lub unikasz obszarów, które powodują konflikt.
1–3 pkt oznacza, że jesteś bardzo niezadowolona/niezadowolony z tego aspektu związku.
Możesz porównać swoje odpowiedzi z tymi, jakie dał partner. Jeśli Wasze oceny na dany temat różnią się o więcej niż trzy punkty, warto zastanowić się, dlaczego tak się dzieje.
Oprac. dg na podst.: www.foryourmarriage.org

Wielka próba miłości
Amerykański humorysta Dan Greenberg opisuje sekwencję w komunikacji, która uczucie w parze poddaje wielkiej próbie. Dlatego nazywa ją strategią „porzuć mnie”.
Ona: Kochasz mnie?
On: Tak, oczywiście, kocham cię.
Ona: Ale czy naprawdę mnie kochasz?
On: Tak, naprawdę cię kocham.
Ona: Ale czy jesteś pewien, że mnie kochasz, absolutnie pewien?
On: Tak, jestem tego absolutnie pewien.
(przerwa)
Ona: A czy ty w ogóle wiesz, co to znaczy kochać?
On: Czy ja wiem...
Ona: To znaczy, że nie wiesz. Skąd więc możesz być taki pewny, że mnie kochasz?
(przerwa)
On: Czy ja wiem... No tak... chyba nie mogę.
Ona: Ach, więc nie możesz? Cóż, skoro ty nie możesz nawet być pewien, że mnie kochasz, to ja nie mogę powiedzieć, dlaczego mielibyśmy nadal być razem.
A ty możesz?
On: Czy ja wiem... Nie, chyba nie.
(przerwa)
Ona: Długo trwało, nim w końcu to z siebie wydusiłeś, prawda?
To, czego z takim samozaparciem w tym dialogu dokonała dociekliwa partnerka, to samospełniające się proroctwo. Błagamy, nie próbujcie tego w swoim związku!

Oprac. dk na podst.: Bogdan Wojciszke, Psychologia miłości, GWP 2009

Pułapki na dwoje
Nawet w dobrym związku czyhają na partnerów pułapki, które mogą osłabić intymność między nimi. Wynikają z troski o związek, a efekt jest wręcz przeciwny.
Aniołem być, czyli pułapka dobroczynności. Jeśli mąż codziennie przynosi Ci bukiet, kolejna wiązanka już nie cieszy,
bowiem wartość powtarzających się nagród słabnie. A wszelkie negatywne zachowania partnera – jako nieoczekiwane – stają się bardziej dokuczliwe. Efekt? W miarę trwania udanego związku słabnie nasza zdolność sprawiania partnerowi przyjemności.

Szczęścia się wyrzec, czyli pułapka obowiązku. Pojmowanie miłości jako obowiązku potrafi uśmiercić miłość. Zgodnie z mechanizmem uzasadniania, jeśli swe zachowania wobec partnera uznamy za rezultat zewnętrznych nakazów, to możemy postrzegać swoje uczucia do niego jako same w sobie niewystarczające, by działać na rzecz partnera. Miłość sama w sobie jest nagrodą.
Święty spokój, czyli pułapka bezkonfliktowości.
Konfliktów uniknąć się nie da. Jeśli zamiast próbować je wspólnie rozwiązywać, unikamy ich ujawnienia, czujemy wprawdzie chwilową ulgę, ale finalnie napięcie narasta,
a życie każdego z partnerów zaczyna toczyć się gdzie indziej – tam, gdzie zwierza się z konfliktowych sytuacji.

Niezłomność zasad, czyli pułapka sprawiedliwości.
Dobro za dobro, wet za wet – to dobre w relacjach wymiany, np. w biznesie, W związkach, czyli relacjach opartych na wspólnocie, liczy się umiejętność powstrzymania się od rewanżu i odpowiedzenia dobrem nawet za zło.

Oprac. dk na podst.: Bogdan Wojciszke, Psychologia miłości, GWP 2009

CHRISTINA MASLACH i PHILIP ZIMBARDO
psychologowie, razem od 44 lat

Nadzwyczajnie zakochani
Phil: Myślę, co mogę wnieść do naszego związku, jaki nowy wymiar mogę dodać. Czasem wystarczy drobna zmiana, aby codzienność nie była nudna. To może być odwiedzanie nowych miejsc, poznawanie nowych ludzi, próbowanie nowego jedzenia, smakowanie wina. Kilka lat temu wprowadziliśmy w naszym życiu nowy zwyczaj. Christina nadal pracuje na pełnym etacie, ja jestem już na emeryturze. Zacząłem przygotowywać romantyczne kolacje: zapalałem świece, kupowałem świeże kwiaty, piliśmy wino. Stało się to naszym rytuałem – co wieczór jemy razem kolację, rozmawiamy o minionym dniu, o prowadzonych badaniach czy problemach. Spędzamy tak dwie godziny, a potem każde z nas zajmuje się swoimi obowiązkami. A czasem idziemy się kochać... Sekret tkwi w szukaniu czegoś nowego.
Christina: Wiem, co go uszczęśliwia. Mogę przewidzieć jego postępowanie. Rodzi się wzajemne zaufanie. Nie należę do osób, które oczekują czegoś zupełnie nowego w każdej chwili życia. Nie zastanawiam się już, czy Phil jutro będzie mnie nadal kochał.
Phil: Zatrzymujemy się w romantycznej wiosce, która oferuje zabiegi spa, masaż. Jemy romantyczną kolację. Oboje wiemy, że to preludium do czegoś więcej... Moglibyśmy się kochać w domu – znacznie mniej by nas to kosztowało, ale chcemy stworzyć ten specjalny nastrój.
Christina: Udaje się nam utrzymać wieczny zachwyt dzięki temu, że na wszystko, co spotykamy, staramy się patrzeć tak, jakbyśmy widzieli to po raz pierwszy.
 

Chcesz zbudować trwałą relację? Kurs „Sztuka dobrego związku” jest dla Ciebie!

Kurs „Sztuka dobrego związku” to lekcje video, komentarze ekspertów, testy, kwestionariusze oraz ćwiczenia i treningi, które pomogą Wam zadbać o Waszą relację. Kurs został przygotowany przez ekspertów, którzy na co dzień pracują z parami, a także są związani ze środowiskiem uniwersyteckim, dzięki czemu mają dostęp do najnowszych badań naukowych. To merytoryczne narzędzie, które wprowadzi do Waszego związku zrozumienie, ułatwi komunikację i nauczy Was wyznaczać granicę – z szacunkiem do drugiej osoby.

 

Czy kurs jest dla Was?

 

Jeżeli czujesz, że Ty i Twój partner/Twoja partnerka oddalacie się od siebie, a do codziennego życia wkrada się rutyna, spory i dużo nieporozumień, to inwestycja w kurs „Sztuka dobrego związku” jest najlepszym rozwiązaniem! Praktyczne wskazówki, które przekazują nasi eksperci, a także karty pracy i materiały dołączone do kursu, sprawią, że dowiesz się, jak rozwiązywać bieżące problemy, rozmawiać o pieniądzach, seksie i innych trudnych tematach, a także jak poradzić sobie ze zdradą ukochanej osoby.

 

Poznaj naszych ekspertów!

 

Jeżeli chcesz coś zmienić w swoim związku, ale nadal nie wiesz co, to kurs  „Sztuka dobrego związku” jest stworzony dla Ciebie! 

 

SPRAWDŹ KURS! ->>

Przypisy