Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

21 marca 2016

Zemsta, tragedia polska

120

Często się na tym łapię: mam komuś za złe, że mu się lepiej powodzi. I że łatwiej mu to przyszło. To chyba coś naturalnego, choć brzydkiego. Jakaś skaza ludzkiej kondycji - mówi ZBIGNIEW MIKOŁEJKO.

DOROTA KRZEMIONKA: – Większość Polaków, ponad 90 procent, deklaruje, że jest katolikami. Ale policzka, wzorem Chrystusa, nie lubimy nadstawiać. Jesteśmy raczej mściwi, skłonni do odwetu. Czy Pan Profesor ma podobne wrażenie?
ZBIGNIEW MIKOŁEJKO: – Tak, choć oczywiście nie wszyscy Polacy odczuwają pragnienie zemsty w jednaki sposób, nie wszyscy ulegają tej pokusie. Ale zasadniczo pragnienia tego typu są u nas dość powszechne, jakkolwiek często skrywane, utajone, podskórne. Przy czym daje się zauważyć swoista tandetność polskiej mściwości – jej niskie, banalne pobudki i sposoby spełniania. Jej – trudno to nazwać inaczej – bylejakość. Spełnia się ona w małych, mściwych podłościach, w brzydkich postępkach codziennych: nasikam komuś „na złość” do studni, i nieważne, że sam także będę pił z niej wodę. W polskiej mściwości brak patosu, który znamy na przykład z tragedii greckiej.

Skąd się to bierze?
– Głównie z racji historyczno-społecznych związanych z genezą nowoczesnego narodu polskiego. Tak naprawdę zaczął się on rodzić wraz z uwłaszczeniem
chłopów pańszczyźnianych, z zakończeniem ich półniewolnictwa czy wręcz niewolnictwa. A był to proces długi, bolesny i późny, zważywszy inne kraje Europy. Nasza mentalność z wierzchu przykryta jest polerką inteligencko-szlacheckiej mitologii, podstawowej ciągle materii polskiej „kultury wysokiej”. Tymczasem w głębi pracuje dziedzictwo „Polski zwierzęcej”, na którą składają się: bierność, zniewolenie, bieda, brutalność, ograniczone horyzonty, upodlenie, mentalność niewolnicza i przesycona nienawiścią, okrucieństwo i strach. To wszystko jest dziedzictwem zwierzęcego, chłopskiego losu. I zostało zafałszowane przez mity o szlacheckim rodowodzie naszego społeczeństwa. Nigdy uczciwie tego nie przepracowaliśmy, ani intelektualnie, ani moralnie.

Nie chcemy o tym wiedzieć?
– Nie chcemy. „Myśmy wszystko zapomnieli, mego dziadka piłą rżnęli” – wypomina Pan Młody w Weselu
Wyspiańskiego chłopskie „krwawe zapusty” roku 1846. Nadal wszelkie próby przypominania takich zdarzeń kończą się ostrą społeczną reakcją. Pojawia się ona, gdy przypomnieć dobijanie powstańców 1863 roku i obdzieranie ich trupów, Jedwabne i udział mieszkańców wsi w ostatniej fali Zagłady, w mordowaniu ocalałych z pogromu Żydów. Wszystko to osłania się heroicznymi mitami. Ulegamy obrzydliwej schizofrenii, fatalnej dialektyce zakłamania, obecnej już w Dziadach: że oto istnieje publiczna „skorupa” naszego życia, „z wierzchu zimna i twarda, sucha i plugawa”, i jakiś ukryty „wewnętrzny ogień” prawdziwej i godnej egzystencji. Ogień rzekomo nieskażony moralnym brudem zniewolenia. Fikcja takiego rozdarcia cały czas żyje i pracuje w nieświadomych, wypartych obszarach polskiego życia społecznego.

„Oto wznoszę swoje modły do Boga, Marii i Syna, zniszczcie tego s... syna. Mego rodaka sąsiada, tego wroga, tego gada. Żeby mu okradli garaż, żeby go zdradzała stara (...) żeby miał AIDS i raka, oto modlitwa Polaka” – to z „Dnia świra” Marka Koterskiego. Czy taka zawiść to rzeczywiście nasza specjalność narodowa?
– Profesor Mirosława Marody mówi o mechanizmie zwanym „zawistnym egalitaryzmem”. To zjawisko najlepiej charakteryzuje dowcip o „polskim kotle samoobsługowym”, który nie potrzebuje żadnych diabelskich nadzorców, bo sami rodacy – jeśli tylko któryś próbuje się z niego wydostać – wciągają go z powrotem za nogi. Ten mechanizm ma źródło w owym „pańszczyź[-]nianym” rodowodzie większości Polaków. I kojarzy się z innym mechanizmem: z „wyuczoną bezradnością”, umocnioną przez kilkadziesiąt lat komunizmu. Oznacza to połączenie zawiści, że „inni mają lepiej” – rzecz jasna niezasłużenie, dzięki „układom” i działaniu poza prawem – z biernością, z nieumiejętnością zmiany przekonania o niesprawiedliwym losie w aktywność, umiejętność osiągania celów poprzez zaradność, wysiłek intelektualny, pracę, oszczędność, odpowiedzialność.
Chłop pańszczyźniany albo szlachcic-szaraczek, który wieszał się „pańskiej klamki”, nie czuł się odpowiedzialny za swój los, podobnie jak jego współczesny potomek. Nie miał żadnych nawyków pracy umysłowej. Nie znał skrzętnej gospodarności zachodniego mieszczaństwa ani mechanizmów rynkowych. Na dodatek skromne nauki katolickiej kościelnej moralności, jakie otrzymywał – w odróżnieniu od surowych reguł protestantyzmu zachodniego, z których wziął się twórczy „duch kapitalizmu” – nie nakazywały mu wcale etyki pracy. A skutek? Łatwiej jest porysować sąsiadowi samochód gwoździem niż zapracować na własny... Łatwiej jest złożyć donos do urzędu czy urządzić buńczuczny, krzykliwy proteścik niż założyć i prowadzić małe i sprawne przedsiębiorstwo.

Najtrudniej wybaczyć drugiemu człowiekowi, że wiedzie mu się lepiej, tak? Jeśli jeszcze na dodatek dobrze go znamy...
– Sam się często na tym łapię: mam komuś za złe, że mu się lepiej powodzi. I że łatwiej mu to przyszło. To chyba coś naturalnego, choć brzydkiego. Jakaś skaza ludzkiej kondycji – obecnego w nas zła, które ku komuś musi się kierować, kogoś innego niż ja obwiniać. Myślę jednak, że chodzi tu o coś innego jeszcze. O skrywaną niechęć, żeby nie powiedzieć – nienawiść do siebie samego. Ktoś bliski, żyjący tuż obok i podobnie jak ja, jest jakby moim odzwierciedleniem, kopią. Niszcząc tę replikę, niszczę siebie samego. Tłukę lustro, w którym odbijają się wszystkie moje zmazy i grzechy.

Niszczymy replikę siebie, a zarazem mamy poczucie krzywdy. Polacy mszczą się za swoje urojone krzywdy. Krzywdzi ich rząd, politycy, los... Hodują w sercu poczucie krzywdy. Po co?
– To służy samousprawiedliwieniu. Wynika z bierności, z chęci zdjęcia z siebie odpowiedzialności za swój los. Erich Fromm nazywa to „ucieczką od wolności”.
Ona łączy się z ogromnym lękiem, pragnieniem autorytaryzmu i przyzwoleniem na przemoc – z pragnieniem, by przyszedł jakiś „mąż opatrznościowy”, „wódz narodu”. I wziął na siebie troskę i moje losy. Kiedyś w telewizji występowała jakaś rozwrzeszczana baba i krzyczała, że ma sześcioro dzieci, że z siódmym jest w ciąży, że ma męża pijaka i nie ma pracy. A jej się przecież należy – praca, dom, pieniądze, dobrobyt. A skoro tego wszystkiego nie ma, winni są rząd, Balcerowicz albo Żydzi. I trzeba ich wszystkich przegonić... Tak jakby rząd zrobił jej tę gromadę dzieci, jakby Balcerowicz kazał jej żyć z tym mężem pijakiem, jakby owi Żydzi zabronili jej chodzenia do porządnej szkoły. A przecież takich ludzi są tabuny. Są owładnięci poczuciem krzywdy i niesprawi...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy