Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

13 lipca 2018

Zachować różę

18

Nie jest tak, że mamy dwa worki: jeden z bolesnymi doświadczeniami, a drugi z przyjemnymi. Jedne i drugie doświadczenia są nalewane z tego samego naczynia, mieszają się. Nie wiem, jak odsunąć ból, nie odsuwając jednocześnie miłości.

Agnieszka Chrzanowska: Lęk nieraz powstrzymuje nas przed zrobieniem czegoś, o czym marzymy. Boimy się podjąć ryzyko związane z odkrywaniem nieznanego. Wyobrażamy sobie, że świat bez lęku byłby lepszy, że bez niego byłoby nam łatwiej, tymczasem w książce W sieci natrętnych myśli Pan Profesor zachęca, by pogodzić się z nim, oswoić go. Dlaczego?
Kelly G. Wilson: Patrząc z perspektywy ewolucyjnej, doświadczenie lęku jest częścią całego zespołu reakcji na zagrożenie – i to bezpośrednie, przed którym stoimy, i zagrożenie prawdopodobne. Ludzie tracili życie w wyniku urazów, ataków drapieżników, działań innych ludzi. Stąd nasza naturalna skłonność do rozpoznawania sygnałów mówiących o niebezpieczeństwie – przecież lepiej nie zjeść obiadu, niż stać się obiadem drapieżnika. Nieodczuwanie lęku byłoby zatem nienaturalne. Owszem, możemy tłumić lęk za pomocą leków, ale jeśli to zrobimy, jednocześnie stłumimy inne aspekty doświadczenia, również te przyjemne i ważne.
Możemy też próbować unikać rzeczy, sytuacji, myśli, które wywołują w nas lęk. Ale w ten sposób nasz świat zacznie się kurczyć: nie mogę tam iść, bo to wywołuje we mnie lęk; nie mogę o tym myśleć, bo to wywołuje we mnie lęk; nie mogę być w tym związku, bo to wywołuje we mnie lęk.
Przychodzi mi na myśl utwór Johna Erskine’a „Akteon”. W mitologii greckiej osoba, która trafia do Hadesu, pije z Lete, rzeki zapomnienia. Nieważne, jakie było jej życie, przyjemne czy bolesne, woda z Lete wymazuje to wszystko z pamięci. Akteon wypowiada jednak takie słowa: „Jeden łyk z Lete za wspomnienie świata pełnego bólu?/Łatwy warunek; zachowam jednak cierń,/By zatrzymać różę” [tłum. z ang. – red.].
Bardzo często to, co wywołuje w nas lęk, zawiera coś, co kochamy, za czym tęsknimy, w czym chcemy uczestniczyć. Nie chodzi zatem o to, by pogodzić się z lękiem dla niego samego, lecz o to, by zachować różę.

Na naszych praprzodków czyhało wiele niebezpieczeństw, dziś jednak nie zastanawiamy się, tak jak oni, czy kształt majaczący w dali to niedźwiedź, czy krzew owocowy. Co wywołuje lęk we współczesnym świecie?
Ludzie mają zdolność wyobrażania sobie przyszłości. Kreujemy w umyśle sytuacje, których nigdy nie doświadczyliśmy. Możemy wieść spokojne życie, mieć pełną lodówkę, wokół ludzi, których kochamy, a mimo to zdarza się, że budzimy się o trzeciej nad ranem z myślą: Tak, ale… Możemy sobie wyobrażać niebezpieczeństwa, które naszym przodkom żyjącym zaledwie kilkaset lat temu, czyli w skali ewolucji mniej niż mrugnięcie okiem, nawet nie przyszłyby do głowy. Martwimy się zagrożeniem nuklearnym na Półwyspie Koreańskim, a kilkaset lat temu prawdopodobnie nawet nie wiedzielibyśmy, że takie miejsce istnieje. Okazji do zamartwiania się jest mnóstwo.

A nasza wyobraźnia nie zna granic…
Oczywiście to, co sobie wyobrażamy, nie zawsze jest zupełnie niemożliwe. Jeśli jednak mielibyśmy poświęcać całą uwagę na chronienie się przed tym wszystkim, o co możemy się martwić, byłoby to więcej niż pełnoetatowa praca. Nie jesteśmy stworzeni do stałego zamartwiania się, jest to dla nas szkodliwe pod względem psychicznym i fizycznym.
Co więcej, unikanie osłabia nas. Nie ma niemal nic, co w efekcie unikania nie stawałoby się jeszcze bardziej dotkliwe, jeszcze gorsze. Tak się dzieje w przypadku bólu przewlekłego, lęku, depresji. Najbardziej efektywne terapie tych dolegliwości obejmują aktywne zdrowienie – osoba podejmuje aktywność, nawet jeśli wiąże się to z bólem, nawet jeśli jest to przerażające, nawet jeśli powoduje trudne myśli i emocje.
Pan Profesor radzi, aby zamiast tworzyć czarne scenariusze albo rozpamiętywać przeszłość – zachować kontakt z chwilą obecną, z tym, co jest teraz.
Jeśli spędzamy mnóstwo czasu, zamartwiając się tym, co może się wydarzyć, robimy to kosztem tego, co dzieje się tu i teraz – omija nas to, co dobre w naszym życiu. Niedawno w moim miejscu pracy zaszły pewne zmiany, które mi się nie podobają. Złościłem się, martwiłem się konsekwencjami tych zmian. Spędziłem mnóstwo czasu, myśląc o tym, co powinienem zrobić, jak ludzie powinni mnie traktować itp. Owszem, okoliczności mogą być niesprzyjające, ale ważne, co ja z nimi robię. Uzmysłowiłem sobie, że przecież oprócz tego, co mnie dręczy, dzieją się też inne rzeczy. W 2019 roku przechodzę na emeryturę. Już po raz ostatni prowadzę wykłady dla studentów pierwszego stopnia. Uwielbiam uczyć tę grupę. Mam wspaniałych doktorantów. Spotykam się z klientami w klinice. To dla mnie wielka radość. Traciłem jednak część tego, złoszcząc się na ten jeden aspekt mojego życia. Ważne zatem, by zatrzymać się, odpuścić to, czym się zadręczam, dostrzec to, co się dzieje tu i teraz, chwilę, w której się znajduję.

Bo w przeciwnym razie przegapimy to, co ważne.
Nie chodzi jednak o unikanie tego, co jest trudne, ale o to, by nie pozwolić temu zagarnąć całej przestrzeni w naszym życiu. Nie zachęcam nikogo, by nie myślał o złych rzeczach, bo nie mam pojęcia, jak można by to zrobić. Zauważajmy, na czym aktywnie koncentrujemy uwagę w danym momencie. Na przykład osoba praktykująca medytację mindfulness koncentruje świadomość na oddechu. Mnie udaje się to robić przez dwa czy trzy oddechy, a potem umysł zaczyna błądzić, np. myślę o zakupach. Gdy jednak to zauważam, ponownie kieruję uwagę na oddech. Nie chodzi zatem o unikanie wszystkiego innego, raczej mówię: teraz jest czas na to. I za każdym razem, kiedy zboczę z tej drogi, powracam na nią. Podobnie w życiu codziennym – zatrzymajmy się, zauważmy, gdzie jesteśmy w chwili obecnej, w co się angażujemy…

Odwracając uwagę od tego, co nas martwi?
Gdy pomagam klientom dostrzec to, co jest dobre w ich życiu, zawsze proszę ich, by zatrzymali się na chwilę i pomyśleli o trudnych doświadczeniach. Celowo przywołuję trudne przeżycia, bo chcę, by zauważyli bogactwo własnego życia. Nie jest tak, że mamy dwa worki: jeden z bolesnymi doświadczeniami, a drugi z przyjemnymi. Jedne i drugie doświadczenia są nalewane z tego samego naczynia, mieszają się. Nie wiem, jak odsunąć ból, nie odsuwając jednocześnie miłości.

Czasem jednak myśli mogą nas zupełnie obezwładniać. Myślimy: jestem beznadziejny, nie nadaję się do tego, na pewno mi się nie uda…
Kiedy takie sugestywne myśli dominują nad naszym zachowaniem kosztem innych spraw, mówimy o fuzji. Na przykład ktoś myśli, że nie jest tak kompetentny, jak uważają jego koledzy w pracy. Dziś ma mieć ważne zebranie i wciąż się zamartwia: a jeśli inni to dostrzegą? A może szef już wie? Takie myśli mogą zagarnąć całą uwagę tej osoby. W efekcie traci rano czas, który mogłaby spędzić z dziećmi, partnerem, potem ze współpracownikami, nie może się bowiem w pełni zaangażować w te relacje, cały czas myśli o spotkaniu, które ma się odbyć później. Słowa, myśli mają wielką moc, ożywiają potwory. Chodzi o to, by to dostrzec i nieść swoje myśli, nie pozwalając im jednak, by nami rządziły – na tym polega defuzja. Nie chodzi o to, by odpędzić te myśli. Nie są naszym wrogiem, one tylko próbują nas chronić, ale nie wiedzą, że wokół nie ma tygrysów i niedźwiedzi.
Głęboko we mnie tkwi myśl, która mówi, że nie jestem miły, że trudno mnie pokochać. Istniała, odkąd si...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy