Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

29 marca 2017

Wszystko jest w nas

14

Jakby każdy skupił się, jakby posłuchał siebie, to dokładnie wiedziałby, jak wychowywać dziecko, jak sobie radzić z codziennymi problemami, jak się dogadywać z samym sobą. Wiedziałby też, czego potrzebuje, żeby się choć trochę wyciszyć, zrozumiałby, na co tak naprawdę ma ochotę.

Magda Brzezińska: Jest Pani ikoną nadziei dla wielu Polaków. Od lat działa Pani z wielką wiarą i determinacją. Skąd Pani czerpie energię?
Ewa Błaszczyk: Z ludzi, z mojego zawodu, z mojej organizacji wewnętrznej. Nigdy nie odpuszczam, jeśli mam coś zrobić, to robię. A ludzie na ogół rezygnują, gdy napotykają jakąś trudność. Ich pokonywanie wymaga dyscypliny, a to jest nudne i mało przyjemne.

W książce Lubię żyć mówi Pani, że ma szczęście, bo często spotyka ludzi, którzy dają dobrą energię. A co się dzieje, jeśli Pani nikogo takiego nie spotka?
Prawdę mówiąc nic szczególnego. Takie sytuacje trzeba wpisać w normalny tok zdarzeń. Każdemu z nas zdarza się złe samopoczucie, bo ponuro na dworze i grypa bierze, beznadzieja, bo ktoś zachorował i psa trzeba zawieźć na operację. Bywa też, że zdarza się wszystko naraz. Czas ma jednak to do siebie, że płynie i zabliźnia rany. Pewne procesy muszą się toczyć w swoim rytmie, nie ma ich jak przyspieszyć. Ale to nie oznacza, że można odpuścić to, co ważne. Wtedy z uporem muła trzeba przeć przed siebie.

To, co Pani powiedziała, jest w zasadzie definicją umiejętności czekania…
Trudno się czeka. Ja mam ogromne kłopoty z czekaniem, bo jestem niecierpliwa. Są jednak pewne procesy, na przykład emocjonalne czy związane z wiarą, na które musimy mieć zgodę, cierpliwość i czas. W nich nic się nie przyspieszy.

To zaskakujące, jak Pani widzi samą siebie, bo i działalność zawodowa, i ta związana z kliniką świadczyłyby raczej o dużej cierpliwości. Przypomina mi się przejmujące zdanie Klary, którą zagrała Pani w filmie „Nadzór” w reżyserii Wiesława Saniewskiego: „Czekajcie na mnie, ja wrócę. Nie wiem kiedy, jak długo jeszcze, ale czekajcie”. I Pani też od wielu lat czeka.
Czekanie jest powiązane z taką grupą zdarzeń, na które nie ma się wpływu. Nic prawie nie mogę zrobić z tym, co dzieje się z Olą. To się toczy między nią a Panem Bogiem. Niczego nie można przyspieszyć. Wszystko ma swój czas. Oczywiście nie znaczy to, że stoję z założonymi rękami. Teraz będziemy się starać o macierzystą komórkę nerwową. Uważam, że jeśli o coś proszę, to nie mogę tylko czekać, muszę sama coś zrobić. Ola też musi wykonać jakąś pracę.

Budzik też już wykonał genialną pracę: 32 osoby wybudzone. I za każdym z tych cudów stoi codzienna, żmudna praca wielu ludzi, ich zmagania, zwątpienia i nadzieje.
Samo nie zrobi się nic. To najlepiej wiedzą właściciele firm. Wiedzą, jak ciężko trzeba pracować, żeby stworzyć nawet coś niewielkiego. Wiedzą, jaka ciąży na nich odpowiedzialność. I tej wiedzy właściwie nie można przekazać. Żeby ją zdobyć, trzeba to wszystko przeżyć.

W książce The White Album Joan Didion napisała: „opowiadamy sobie historie po to, by przeżyć, przetrwać”. Na podstawie jej bestselleru Rok magicznego myślenia przez trzy lata grała Pani monodram. Ciekawa jestem, jaką Pani opowiada sobie historię, by przeżyć.
Didion posługuje się piórem, więc wykonała najprostszą dla siebie rzecz, żeby się ratować. Przeczytałam jej opowieść i pomyślałam, że też się uratuję swoją pracą. Okazało się, że byli widzowie, którzy przychodzili na mój monodram po siedem razy, już ich rozpoznawałam. Potrzebowali tych słów, potrzebowali takiej instrukcji obsługi żałoby. Ten spektakl pozwolił mi zamknąć pewne drzwi i otworzyć następne. Bardzo wtedy potrzebowałam wypowiadania tych słów, odgrywania tych scen. Ale jednocześnie bardzo skupiałam się na tym, aby nikt nie miał wątpliwości, że gram jakąś postać, a nie siebie. Wielu widzów przychodziło do teatru przekonanych, że zobaczą moją własną historię. Potrzebowali nieco czasu, żeby zrozumieć, że opowiadam im o kimś innym. Niedawno obejrzałam najnowszy film Jima Jarmuscha „Paterson”. Trudny film, z takim wisielczym poczuciem humoru pośród nudy i banału, ale też urokliwy przez to, że Jar[-]musch kocha te postaci. W filmie padło zdanie, że gdyby nie miłość, to wszystko byłoby bez sensu. Musimy więc wplatać w nasze opowiadania emocje, bo one nadają treść życiu. Dlaczego ludzie nie chcą wracać do pustych domów, wolą siedzieć do późna w pracy? Bo nie mają do czego wracać, bo nikt na nich nie czeka. Gdy ktoś na nas czeka, to sytuacja zupełnie się zmienia. Gram w spektaklach, śpiewam, pojawiam się w filmach i za każdym razem mam do czynienia z innymi ludźmi, z innymi emocjami i relacjami. To ci ludzie i ich emocje sprawiają, że moje życie nie jest puste. To swego rodzaju cud.

A jak się dokonuje takiego cudu, jak Klinika Budzik? Przed Panią też byli ludzie, którzy mieli bliskich w śpiączce i pewnie też byli zdeterminowani, a jednak im się nie udało…
Na świecie ośrodki tego typu tak właśnie powstają – dzięki determinacji grupy czy nawet jednej osoby. Ojciec, którego córka wróciła w śpiączce z wyprawy motocyklowej do Włoch, doprowadził do stworzenia w Wiedniu ośrodka zajmującego się opieką nad ludźmi z poważnymi uszkodzeniami mózgu. Technologie są coraz doskonalsze, specjaliści mają coraz lepsze wykształcenie, ale to ludzka wytrwałość i wyobraźnia doprowadzają do powstania takich ośrodków jak Budzik. Oczywiście stworzenie ośrodka to nie wszystko. Równie ważny, a może nawet ważniejszy jest odpowiedni pomysł na jego funkcjonowanie. Marzy mi się, żeby obok Budzika powstała druga stacja – dla tych, którym się nie udało wybudzić, ale mają minimalną świadomość. Dla nich jest jeszcze komórka macierzysta czy stymulator. Neurorehabilitanci mogliby pracować w obu miejscach i więcej zarabiać, ale prowadzenie obu placówek byłoby znacznie tańsze.

Jak jest teraz z Olą? Przeczytałam w komunikatach medialnych, że pod względem medycznym można mówić o wybudzeniu. Co to jednak tak naprawdę oznacza?
Ola nie jest przytomna. Ma zbyt mocno uszkodzony mózg. Taki człowiek się degraduje, bo nie pracuje ani fizycznie, ani psychicznie, jednak Ola jakoś broni się cały czas. W tej chwili ma wszczepiony stymulator układu nerwowego. Dzięki temu jest bardziej reaktywna, więc niewątpliwie nastąpiła jakaś zmiana. Ale to są małe kroczki. Ludzie, którzy niewiele wiedzą o śpiączce, uważają, że jeśli ktoś wybudzi się z niej, to od razu wstanie, zacytuje Einsteina, zapali światło, włączy telewizor. W rzeczywistości wybudzanie oznacza drobne, często mikroskopijne zmiany, ale każda z nich ma duże znaczenie. U części chorych, którzy mają wszczepiony taki sam stymulator jak Ola, uruchomił się proces myślenia. Późną jesienią 2017 roku planujemy rozpocząć wszczepianie macierzystych komórek nerwowych. Odkrycie ich właściwości i możliwość przeprowadzania takich zabiegów kompletnie zmieniają medycynę.

Dają też nadzieję na leczenie zaburzeń do tej pory nieuleczalnych…
Jeśli macierzysta komórka nerwowa może rozpocząć budowę nowych połączeń, to do naprawienia są ubytki czy uszkodzenia spowodowane wypadkami, wylewami, parkinsonem, alzheimerem, udarami. To bardzo działa na moją wyobraźnię.

Pod koniec 2016 roku pojawiła się informacja o mężczyźnie, który od urodzenia nie miał dłoni. Lekarze przeszczepili mu dłoń zupełnie obcego człowieka i okazało się, że nerwy mają pamięć kończyny, która nigdy nie istniała.
Bo przekazujemy sobie kod gatunku, a nie jednostek. To niesamowite, jak niewiele wiemy o ludzkim organizmie. Jeszcze do niedawna medycyna akademicka stanowczo rozdzielała ciało i duszę. Teraz następuje zwrot o 180 stopni i coraz częściej słyszymy o holistycznej naturze człowieka, o przenikaniu się i uzupełnianiu jego fizyczności i duchowości.

W Budziku holistyczne podejście do chorego...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy