Dołącz do czytelników
Brak wyników

#zostańwdomu

29 kwietnia 2020

NR 4 (Kwiecień 2020)

Wola życia, ona zwyciężyła

132

Jeśli istnieje dobry i wszechmogący Bóg, to stworzył mnie i akceptuje taką, jaka jestem. Nie może stać po stronie tych, którzy mnie poniżają.

Andrzej Lipiński: Osiem lat spędziła Pani w rygorystycznej społeczności klasztornej. 

POLECAMY

Doświadczała tam Pani przemocy seksualnej, z gwałtem włącznie. Jak do tego doszło? 

Doris Reisinger: Byłam głęboko przekonana, że posłuszeństwo jest z gruntu czymś dobrym, a wszelkie formy pasji czy krytyki są zasadniczo złe. Wierzyłam, że dobra zakonnica zawsze jest uśmiechnięta i uczynna.

Chętnie wykonuje każdą, nawet najgorszą pracę. Nigdy nie zadaje pytań i nie ma żadnych własnych potrzeb. Kiedy próbowałam wyrazić najdrobniejszą choćby potrzebę, przełożona natychmiast dawała mi do zrozumienia, że jest mną rozczarowana.

Dlaczego godziła się Pani na takie traktowanie?

Zbyt mocno wierzyłam, że istnieje jedna prawda, a Kościół katolicki jest jedyną jej ostoją. Długo nie potrafiłam sobie wyobrazić, że mogą być różne wersje bycia katolikiem. Tak silnie wierzyłam w niepodważalność i czystość nauki Kościoła katolickiego, że z wyznania protestanckiego przeszłam na katolicyzm.

Co spowodowało, że jako 16-latka zatęskniła Pani za surowym życiem w klasztornej wspólnocie? 

Z pewnością wpłynęła na to m.in. niełatwa sytuacja mojej rodziny. Było nas siedmioro rodzeństwa, w tym dwójka upośledzonych. Mama nie pracowała i nasza sytuacja materialna była bardzo trudna. Kiedy miałam 11 lat, zdarzył się wypadek samochodowy – ojciec omal nie zginął, a trójka rodzeństwa wyszła z niego z ciężkimi obrażeniami. Jako najstarsza z rodzeństwa poczułam, że powinnam pomóc mamie i przejąć część jej obowiązków. Nie miałam nikogo, kto by mi dał choćby odrobinę wsparcia. Kto by mi powiedział, że mam prawo do beztroskiej młodości. Jedynym źródłem duchowej siły stała się dla mnie wiara katolicka. Częste modlitwy i świadomość, że mogę, tak jak Jezus, służyć innym, pomagały mi radzić sobie w tej trudnej sytuacji. Byłam dumna, że mogę poświęcić się dla rodziny.

To brzmi jak doskonała zaprawa do życia w klasztorze…

Dzisiaj widzę to podobnie. Wtedy jednak żyłam w głębokim przekonaniu, że Bóg tego ode mnie żąda. Przy czym nie odbierałam mojej sytuacji w klasztorze jako uległości, przeciwnie – czułam się bohaterką, radziłam sobie z wyzwaniami, które dla większości byłyby nie do udźwignięcia. Myślę, że to przekonanie o własnym bohaterstwie było kluczem, który pozwalał innym tak mną manipulować.

Pisze Pani o „prawdziwym formowaniu” przez przełożonych i całą społeczność, by doprowadzić do uległości i posłuszeństwa u młodych sióstr.

Życie w klasztorze opiera się na wielu tradycjach. Początkowo głęboko wierzący katolik nie widzi w nich niczego podejrzanego. Ale te pozornie niewinne wymogi zakonnej codzienności są w pełni świadomie wykorzystywane do tłamszenia i zniewalania młodych adeptów. Powoli dotarło do mnie, że moje życie zmieniło się nie do poznania – straciłam kontakt z rodziną, musiałam pytać o pozwolenie, żeby do kogoś zadzwonić albo napisać list. Nie wolno nam było rozmawiać o sprawach prywatnych, okazywać emocji ani wymieniać krytycznych uwag. Pracowałam od rana do nocy, najpierw w kuchni, potem w pralni. Bez przerwy musiałam chodzić na jakieś wykłady. Nie zauważyłam, że krok po kroku zostałam totalnie zniewolona.

Czy w takiej sytuacji nie powinien włączyć się alarm, że coś jest nie tak? 

Długo udawało mi się znajdować usprawiedliwienie dla tych metod, wyjaśnienie dla tej czy innej sytuacji. Tym łatwiej to przychodziło, że wszyscy wokół zachowywali się podobnie. Ciągle wmawiałam sobie, że nie ma w tym złej woli, że to wynik nieporozumień. Gdy przełożona czegoś zakazywała, przekonywałam siebie, że przemawia przez nią sam Stwórca. Ślepo wierzyłam, że wszystko, czego się ode mnie wymaga, ma jakiś sens. Jezus umarł za mnie na krzyżu, a ja miałabym stawiać mu warunki? Musiałam przejść długą drogę, nim zaczęło do mnie docierać, że matka przełożona nie jest przedstawicielką Boga. 

Przełożona zabroniła Pani zamykać oczy podczas modlitwy… Czy to nie było pogwałcenie autonomii cielesnej?

Wystarczy odwołać się do wielkich idei, by usprawiedliwić każde pogwałcenie godności, każdy atak i formę upokorzenia. Nie ma znaczenia, że cię boli albo jest ci przykro. Liczy się tylko sprawa, w którą wierzysz i dla której gotów jesteś ponieść każdą ofiarę. Nawet gdy zostaje przekroczona ostateczna granica intymności, wciąż trzymasz się przekonania, że chodzi o coś ważniejszego – o Kościół, wiarę, prawdę.

A co ze zdrowym rozsądkiem? Z samoświadomością, która otwiera nam oczy?

Problem w tym, że zniewolona część naszego „ja” natychmiast interpretuje takie momenty jasnego oglądu rzeczywistości jako pokusę. Robimy wszystko, żeby te odczucia odrzucić, bronimy się przed nimi i chcemy z nimi walczyć. Kiedy nam się to udaje, znów czujemy się silni: znów dokonaliśmy bohaterskiego czynu. W ten sposób sami skazujemy się na tkwienie w błędnym kole uległości i zniewolenia. Prawdziwe „ja” zaś jest tak długo miażdżone, aż traci swój pierwotny kształt. Ten mechanizm działa też w Kościele – oficjalnie i na wielką skalę księża ośmieszają i dezawuują ludzi, którzy otwarcie wyrażają odmienne poglądy i potrzeby.

Jeden z księży przez dłuższy czas molestował Panią, a potem kilkakrotnie zgwałcił. W swojej rozpaczy i bólu szukała Pani wsparcia w… konfesjonale.

W zasadzie nie było to poszukiwanie pomocy. Czułam, że coś zostało ostatecznie zniszczone. Kilka miesięcy wcześniej złożyłam śluby czystości, to było kluczowe dla mojej tożsamości. Nagle nie byłam już dziewicą i, co więcej, byłam przekonana, że to ja jestem za wszystko odpowiedzialna. Muszę więc to jakoś naprawić. Kiedy opowiedziałam spowiednikowi o gwałcie, ten zwymyślał mnie i nazwał narzędziem szatana… 

To charakterystyczne dla totalitarnej struktury – winę zrzuca się na ofiarę, a tym samym dochodzi do wtórnej wiktymizacji. 

Jeśli wystarczająco długo poddawani jesteśmy silnemu ograniczaniu wolności, z czasem uwewnętrzniamy ten mechanizm i już nie jesteśmy w stanie się bronić. Gwałt uświadomił mi nagle, że została przekroczona absolutna granica i nie może być w tym niczego dobrego. Dotąd w każdym ograniczeniu wolności potrafiłam dopatrzeć się jakiegoś aktu bożej woli. Jednocześnie gwałt zburzył moją wewnętrzną integralność i zniszczył siłę, dzięki której mogłabym się bronić, głośno mówić o doznanej krzywdzie.

Sprawcy i ludzie ich chroniący wmawiają ofiarom, że same na to zasłużyły.

 

Co jest najtrudniejsze po takim doświadczeniu?

Odbudowanie własnej tożsamości. Sprawcy i ludzie ich chroniący dają ofiarom do zrozumienia, a często wręcz im wmawiają, że same na to zasłużyły – że jest to kara za coś albo jakiś rodzaj nagrody, a czasem szczególna forma relacji miłosnej. Wyzwolenie się z roli ofiary wymaga uświadomienia sobie, że to wszystko jest jednym wielkim kłamstwem. Inna wyjątkowo nikczemna forma odwrócenia winy, stosowana w społecznościach zakonnych, polega na zrzucaniu odpowiedzialności na kobietę za to, że nie uchroniła mężczyzny przed seksualną pokusą. Uczyniła coś niestosownego albo czegoś nie zaniechała. Do tego dochodzi poczucie odpowiedzialności za dobro i nieskazitelny obraz zakonu, a także przekonanie, że mamy obowiązek chronić tę społeczność, zachowując milczenie. 

W pewnym momencie jedynym wyjściem wydawało się Pani odebranie sobie życia. 

Jednak ostatecznie znalazła Pani w sobie siłę, by się nie poddać. Co było jej źródłem?

Wola życia, ona zwyciężyła. Do tego momentu ślepo wierzyłam, że Bóg żąda ode mnie tej ofiary. Gdy przezwyciężyłam myśli o samobójstwie, odkryłam mojego własnego Boga. Zrozumiałam, że Bóg, który wymagałby ode mnie znoszenia tych cierpień, musiałby być sadystą, a takiemu Bogu na pewno nie chcę być posłuszna. Co więcej, samobójstwo i tak nie pozwoliłoby mi przed nim uciec. Jeśli zaś istnieje dobry i wszechmogący Bóg, to stworzył mnie i akceptuje taką, jaka jestem. Nie może stać po stronie tych, którzy mnie poniżają. To był przełomowy moment – po raz pierwszy poczułam w sobie siłę, z której zrodził się wewnętrzny bunt będący zalążkiem wyzwolenia.

Stało się ono możliwe dzięki szczęśliwemu zbiegowi różnych okoli...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy