Dołącz do czytelników
Brak wyników

#zostańwdomu

15 czerwca 2020

NR 5 (Czerwiec 2020)

To tylko PANDEMIA

282

Sytuacja pandemii oczywiście ujawniła problemy psychologiczne, ale na ogół takie, które już wcześniej w taki czy inny sposób istniały. Wyłoniło się i nasiliło to, co w nas już było i czekało na okazję.

Dorota Krzemionka: Jak sobie Pani radzi w sytuacji pandemii?
Zofia Milska-Wrzosińska:
Na razie jakoś sobie radzę, dziękuję. Jak u wszystkich, jest to kwestia możliwości adaptacyjnych, czyli tego, do czego jesteśmy w stanie się dostosować, jak szybko i jakim kosztem. Od początku, słusznie czy nie, byłam mało podatna na widzenie tej sytuacji jako wielkiej cywilizacyjnej katastrofy czy zagrożenia. I to mi pomagało. Wiele osób miało tendencję, by widzieć pandemię w kategoriach apokaliptycznych, a to oczywiście nie sprzyja zachowaniu spokoju, zimnej krwi.

POLECAMY

Niezależnie od indywidualnych skłonności, mamy ogólnoświatową pandemię; nie jest to sytuacja codzienna czy łatwa. Co jest w niej najtrudniejsze?
Przede wszystkim jest ona niejasna, nieprzewidywalna, zmienna. Przecież nawet nie wiemy, co będzie w chwili publikacji tej rozmowy. Czy nie okaże się, że mamy szczyt zachorowań i nie bardzo nad nim panujemy, czy przeciwnie, zagrożenie minęło i cała ta rozmowa dotyczy chętnie zapominanej przeszłości. Początkowo przez większość z nas pandemia była przeżywana jako groźniejsza niż odczuwamy to w tej chwili. Można było nadawać jej różne znaczenia, w efekcie uruchamiała się indywidualna dynamika psychologiczna. Jeżeli ktoś ma skłonność do rozumienia rzeczywistości w kategoriach teorii spiskowych, trudno sobie wyobrazić lepszą okoliczność niż Covid.

Badania profesora Michała Bilewicza dowodzą, że rzeczywiście wzrosła tendencja do myślenia spiskowego.
Również dlatego, że nie do końca wiemy, co doprowadziło do wybuchu epidemii. Może były to tak zwane mokre targi chińskie, może mutacje wyhodowanego w laboratoriach wirusa… Jeśli widzimy świat przez dynamikę paranoidalną, zgodnie z którą wokół czai się sprytne zło, i knuje przeciw nam, to jesteśmy podatni na różne hipotezy – np. że ktoś wywołał pandemię celowo, by nami manipulować. Albo że w ogóle nie ma żadnego koronawirusa, tylko jakieś mroczne siły straszą nas nim dla swoich celów. Obie teorie sprowadzają się do tego, że tajny ośrodek władzy próbuje coś wbrew nam z nami zrobić.

To, jak reagujemy, zależy od informacji, jakie do nas docierają. Codziennie rano wstajemy i słuchamy wiadomości.
Dowiadujemy się, ile osób się zaraziło, a ile zmarło ostatniej doby. Informacje te są jak komunikaty wojenne – mówią, ile osób zginęło na tym froncie. W efekcie generują lęk. Niektórzy sądzą, że gdyby monitorować grypę podczas jej epidemii, efekt byłby podobny – też byśmy się dowiadywali, że na jej powikłania minionej doby zmarło kilkanaście osób i część z nas paraliżowałby lęk.

Trudniej byłoby wyjść wtedy z domu…
Bo balibyśmy się, że nas i naszych bliskich też to dotyczy. Jesteśmy informowani na bieżąco. Dowiadujemy się, że front się zbliża, tylu a tylu jest poległych. Aby sobie z tym poradzić, trzeba mieć dużą złożoność poznawczą, umieć mentalizować, patrzeć na rzeczywistość z różnych stron, poszukiwać wielu źródeł informacji i wyrabiać własny pogląd. Czyli widzieć to w szerszej perspektywie.

O to trudniej, bo docierające do nas informacje często były sprzeczne.
Najpierw dowiedzieliśmy się, że maseczki są nieskuteczne, nie chronią przed wirusem. Nie minęły trzy tygodnie i okazało się, że musimy je nosić obowiązkowo, a zarazem nie padło żadne wyjaśnienie, dlaczego przedtem mówiono inaczej. Trudno sobie z tym poradzić, zwłaszcza że obie informacje pochodziły z tego samego źródła. Potem się okazało, że maseczki, które sprowadzono do kraju, w zasadzie nie chronią przed niczym. O dziwo, ludzie jakoś się w tym gąszczu sprzecznych informacji odnajdywali. Była fala wykupywania ze sklepów wszystkiego, w szczególności makaronu i papieru toaletowego, ale jak się okazało, że nie ma problemów z zaopatrzeniem, zjawisko ustąpiło. Mam wrażenie, że wykazaliśmy wielkie możliwości dostosowania się do tej sytuacji i radzenia sobie. Patrzę na to z podziwem. Respektowano zasady, które wydawały się sensowne, np. by zachować odległość, nie gromadzić się, a sabotowano te, które wydawały się nieoczywiste i wynikające raczej z niepokoju i bezradności władzy niż z rzeczywistej potrzeby, jak np. to, by nie wchodzić do lasów albo nie spotykać się z rodziną. W najtrudniejszym okresie pierwszego miesiąca ludzie organizowali sobie możliwości wyjścia i obmyślali, jak to zrobić bezpiecznie. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo dobrze się przystosowujemy; niezbyt sensowne zakazy wymijamy, inne – te przekonujące – respektujemy. Radzimy sobie ze sprzecznymi informacjami i nie czujemy się całkiem bezradni. Przekonujemy się, że zależność od autorytetów powinna być modulowana własnym rozeznaniem.

Choć niektórzy generalnie łamali zasady. W moim wiejskim sklepiku przez cały czas trwania epidemii klienci nie wkładają maseczek i witają się z właścicielem, podając sobie dłonie.
Rzeczywiście, niektórzy przejawili adolescentny bunt i sabotowali wszelkie zalecenia, co było tym łatwiejsze, że autorytet okazał się zawodny. Władza dała powody, by kwestionować jej wytyczne. Zmieniała decyzje i nie wyjaśniała, dlaczego.

Docierające na bieżąco informacje budziły lęk, do tego doszło ograniczenie wolności, zakaz wychodzenia z domu. Nie wszyscy sobie z tym poradzili.
Ta sytuacja mogła ujawnić problemy psychiczne, ale na ogół takie, które już wcześniej istniały. Ujawniło się i nasiliło to, co w nas tkwiło. Można to było zauważyć wewnątrz par i rodzin. Jeżeli brakowało bliskości, więzi, to wcześniej mogło być to przysłaniane codziennymi zajęciami, tempem życia i rozmaitymi możliwościami ucieczki od życia rodzinnego. Można było wychodzić, uprawiać hobby, nawet mieć romans kojący braki legalnego związku. Teraz okazuje się, że obecność bliskiej osoby przeszkadza, a dzieci irytują. Szczególnie, jeśli para nie dorobiła się domu z ogródkiem, gdzie łatwiej byłoby przetrwać sytuację zamknięcia. Staje się to dobrym pretekstem do obwiniania partnera, że tego nie zapewnił.

Jak wynika ze statystyk, skala przemocy domowej teraz rośnie…
To oczywiste. W warunkach izolacji sprawca przemocy ma poczucie bezkarności, ofierze trudniej uciec. Ale sytuacja zamknięcia działa jak wzmacniacz uczuć również u tych, którzy wcześniej nie uciekali się do przemocy, tyle że mieli do siebie złość czy żal. Możliwości rozładowania emocji gdzieś indziej zostały znacząco ograniczone. Różne niedopowiedziane, niewyjaśnione emocje teraz mogą się nasilić. W skrajnych przypadkach może to prowadzić do przemocy wobec partnera czy dzieci. Specyficzna jest sytuacja rodzin patchworkowych. 

Dlaczego?
Dotąd opieka nad dziećmi była dzielona – naprzemiennie lub były zagwarantowane formy kontaktu. Teraz często jest to trudne do zrealizowania. Na ogół w nowych warunkach gotowi są ze sobą współpracować ci rodzice, którzy dotąd też dobrze się porozumiewali. Jeśli matka ma dobre warunki, bo np. jej rodzice mieszkają w domu pod miastem, to ojciec akceptuje, że ona zamieszka tam z dzieckiem przez dwa miesiące, nawet jeśli będzie to oznaczało odstępstwo od dotychczasowych ustaleń i znaczne ograniczenie kontaktu. Natomiast jeśli w parze było dużo wrogości, w utrudnionych pandemią warunkach zaczynają się rozgrywki trudne dla dzieci, np. matka nie godzi się, by ojciec swoje tygodnie z dziećmi spędzał u swoich rodziców, którzy mają dom z ogrodem pod miastem, a do tego babcia jest emerytowaną nauczycielką i chętnie pomoże wnukom w zdalnych lekcjach. Nie tak się umawialiśmy – mówi była żona. Twoje tygodnie miały być w Twoim mieszkaniu, a nie u byłych teściów, którzy mnie nigdy nie lubili. 

Dla kogo jeszcze ta sytuacja może być szczególnie trudna? Doktor Sławomir Murawiec twierdzi, że – paradoksalnie – gorzej radzą sobie teraz osoby, które przed epidemią nie miały z tym problemu.
Nie da się powiedzieć, że ci, którzy dotąd radzili sobie dobrze, w obecnej sytuacji pandemicznej mają większe trudności. Raczej przeciwnie, bo zwykle ludzie sprawczy są wyposażeni w różne kompetencje. Owszem, mogą się złościć, odczuwać napięcie, bo nie wiadomo, co dalej będzie z ich pracą, dochodami, pozycją. To generuje w nich napięcie, ale na ogół są wyposażeni w środki, które ułatwiają im przetrwanie tej sytuacji. Mam na myśli środki materialne – mają gdzie wyjechać, kupili lub „załatwili” sobie od razu maseczki, rękawiczki i płyn do dezynfekcji, są właścicielami sporych mieszkań. Jako ludzie zaradni dysponują siecią kontaktów i umiejętności społecznych, nie stanowi dla nich problemu zamówienie sobie do domu jedzenia czy zaproszenie fryzjera; wiedzą, jak skorzystać z tutorialu na YouTubie. Poza tym człowiek, który własnymi siłami odniósł sukces, jest przygotowany psychicznie na wyższy poziom niepewności. Z pewnością nie ci, którzy sobie dobrze radzili, są największymi przegranymi obecnej sytuacji, choć to chwytliwa teza. Znacznie ciężej jest tym, którzy nie mają zasobów ułatwiających w miarę bezbolesne przetrwanie, dlatego też doświadczają oni więcej lęku. Ale jest jeszcze jedna grupa, która poniosła dotkliwe konsekwencje psychologiczne obecnej pandemii.

Ludzie starsi?
Tak, wielu z nich mogło poczuć, że są sami, opuszczeni, niepotrzebni, wręcz zbędni. Ich rodziny, często kierując się mniej lub bardziej szczerą troską, zwolniły się z kontaktu, przestały się z nimi widywać. Zwłaszcza jeśli ten kontakt dotąd był trudny, starszy ojciec czy teściowa uciążliwi, z ulgą przyjmowano, że można przestać ich odwiedzać, wystarczy podrzucić im jedzenie. Widać tendencję, by starszych opuścić, wykluczyć z naszego świata. Najlepiej niech nie wychodzą z domu, to dla ich dobra przecież! Niekiedy nawet sprawnym seniorom na siłę odbieramy możliwość decydowania o sobie, zakładając, że sami o siebie nie zadbają. Wyjdą, dotkną czegoś i się zarażą. Albo innych zarażą. Wielu z nich ma poczucie, że są źródłem kłopotów. Czują się balastem dla społeczeństwa. Spójrzmy na sytuację mieszkańców domów opieki – najpierw zostali przez społeczeństwo wyrzuceni do tych domów, zmarginalizowani, umieszczeni w swojego rodzaju obozie koncentracyjnym, a teraz tam umierają, bez troski i opieki. 

Z drugiej strony, paradoksalnie, niektórym w czasie pandemii mogło się polepszyć. Tym, którzy już wcześniej mieli jakieś problemy psychiczne. Jedna z teorii mówi, że w czasie wojny neurotycy zdrowieją… Czy tak?  
To taki obiegowy, acz nie poparty dowodami, mit – jakoby np. w czasie okupacji nie było psychosomatyki, a w obozach zagłady ludzie nie mieli objawów nerwicowych. Objawy zapewne były, tyle że obiektywnie i subiektywnie na pierwszy plan wysuwało się coś innego – walka o przetrwanie. Ale skądinąd rzeczywiście, spora część tych, którzy psychologicznie radzili sobie źle, poczuła się teraz lepiej. Ich mechanizmy obronne, różne racjonalizacje czy projekcje okazały się bowiem prawdą. Mogą powiedzieć: A nie mówiłem! Świat jest groźny i nieprzewidywalny; kontakt z drugim człowiekiem stanowi zagrożenie. A wszędzie są śmiercionośne mikroby. Osoby obsesyjno-kompulsyjne, które myją ręce wiele razy dziennie albo boją się nacisnąć klamki, widzą nie bez satysfakcji, że ich szaleństwo jest teraz zalecaną regułą postępowania. Jeden z naszych pacjentów wpadał w panikę, jeśli przed dotknięciem poręczy nie założył rękawiczek. I wyszło na jego. Gdy ktoś sądził, że tylko w domu rodzinnym jest bezpiecznie, a wokół czyha niebezpieczeństwo, teraz siedzi sobie w domu, nie musi kontaktować się ze światem, mierzyć się z jego wyzwaniami, np. znosić humorów przełożonego albo widywać się z teściami, którzy się go czepiali. W efekcie może mu się poprawić. W depresji ważnym objawem może być lęk przed katastrofą. Ten lęk przed czymś, co dopiero ma nastąpić, jest psychologicznie znacznie trudniejszy niż sama reakcja na wydarzenie, które już miało miejsce. 

A teraz katastrofa już nastąpiła. Przypomina mi się bohaterka Melancholii von Triera, która uspokaja się, gdy zagrożenie staje się realne.
Tak, nie musi się więcej bać, bo to już się stało. Spora część lęku wynika z przewidywania czegoś złego. Jeśli się zdarzyło, przestaje nam ciążyć. I jeszcze coś – obecna sytuacja wydaje się spełnieniem marzeń człowieka, który jeszcze nie osiągnął emocjonalnej i społecznej dojrzałości. 

W jakim sensie?
Kontakt z różnymi wyzwaniami dorosłego życia jest mu oszczędzony. Ma poważny powód, żeby siedzieć w domu, nie musi szukać pracy (teraz i tak nikt mnie nie przyjmie), wychodzić do świata. Jeżeli miał trudności z separacją od rodziny, teraz ma powód, by się nie oddzielać, tylko tkwić w znanych sobie warunkach. Młodzi dorośli wracają do rodziców. Ich próby separacyjne zostały zablokowane. To może wywoływać w nich trochę złości, ale też wiele ulgi. Znowu można być dzieckiem. 

Poziom lęku u różnych osób wzrósł. Włączają się mechanizmy obronne. Niektórzy zaprzeczają zagrożeniu i uważają całą sytuację za wymysł polityków. Czy to przychodzi im z pomocą?
Mechanizm obronny może pomóc, jeśli jest dojrzały, czyli w minimalnym stopniu deformuje rzeczywistość, a w maksymalnym chroni nas przed destrukcyjnymi uczuciami i zachowaniami. Na przykład mechanizmy paranoidalne wiążą się z dużą deformacją, bo naszą złość czy furię widzimy wtedy na zewnątrz, w ogóle nie rejestrując jej u siebie, wobec tego nie możemy nią sensownie zarządzić. Z kolei inny mechanizm obronny, racjonalizacja, nie deformuje rzeczywistości w takim stopniu, pomaga nam znaleźć dla naszych trudnych uczuć jakieś uzasadnienie, oczywiście nie zawsze stuprocentowo prawdziwe. Tym, którzy są w kontakcie z rzeczywistością, żyje się lepiej, ale z drugiej strony nieustanny z nią kontakt byłby nie do zniesienia. Mechanizmy obronne oddalają nas np. od ciągłej świadomości, że nasze ciało jest bardzo kruche, a koniec końców wszyscy umrzemy. Jakbyśmy o tym wciąż myśleli, to większość z nas zapewne popełniłaby samobójstwo. Z drugiej strony, jeżeli po to, by nie czuć wszechogarniającego lęku czy złości, deformujemy rzeczywistość, to nie potrafimy w niej sprawnie funkcjonować. Dlatego zbyt sztywne mechanizmy obronne nie są adaptacyjne.

Czyli witanie się przez podanie dłoni z obcymi osobami nie jest adaptacyjne?
Tak, nawet jeśli istnieje tylko promil prawdopodobieństwa, że ten ktoś ma coś na dłoniach i ja to od niego przejmę. Ludziom przynajmniej na początku trudno było porzucić dobry obyczaj, jakim jest witanie się przez podanie ręki. Wkrótce po ogłoszeniu pandemii przyszła do mnie do gabinetu para i jak zwykle podaliśmy sobie ręce. A potem zerknęliśmy na siebie z zaskoczeniem czy niepokojem; pojawiało się wyczekiwanie. Trudno być tym pierwszym, który odmówi podania ręki.

Nie chcę pokazać, że się boję drugiego człowieka.
Pokazać, że mu nie ufam. Mechanizm polegający na całkowitym zaprzeczeniu okazał się jednak trudniejszy, gdy pokazano nam kondukty ciężarówek z trumnami we Włoszech. Jeśli ktoś reaguje paranoidalnie, może powiedzieć: A jaką mam gwarancję, że to są prawdziwe zdjęcia, specjalnie nam to pokazują. Ale nie mówimy tu o skrajnych psychotycznych reakcjach, lecz o ludziach, którzy starają się zaprzeczać przykrej stronie rzeczywistości, myśląc np.: To jest tam, u nas nigdy do tego nie dojdzie. 

Czekaliśmy na apogeum. Epidemia miała trwać tygodnie, potem zmieniło się to w miesiące… Teraz nie wiadomo, ile potrwa. Lekarz i terapeuta Karl Friston mówi, że mózg jest maszyną do przewidywania; tworzy sobie modele rzeczywistości. 
A być może nie da się przewidzieć, jak dalej się to potoczy…
Większość ludzi jednak tworzy sobie jakieś modele przyszłości, nawet zawodne. Mechanizmy obronne mamy też po to, by nie zobaczyć, jak bardzo nas one zawodzą. Albo tłumaczymy sobie, że zawiodły, bo jakaś grupa ludzi postąpiła niezgodnie z zaleceniami – gdyby ci niezdyscyplinowani ludzie nie zaczęli spotykać się masowo nad Wisłą, to wszystko na pewno by wygasło. Świadomie lub nie próbujemy sobie tę sytuację nazwać i określić. Trudno żyć w pustce poznawczej, nie przewidując, co będzie dalej, dlatego na różne sposoby usiłujemy sobie z tym radzić. Część ludzi powiedziałaby: Jest taki wirus, musimy się nauczyć z tym żyć, podobnie jak z wirusem grypy.

Borys Szyc w jednej z rozmów powiedział: Nie ma nic stałego, nauczyłem się nie snuć planów. Może przyjść taki moment, gdy wszystkie nasze plany ulegną zawieszeniu.
Które nasze plany trzeba było teraz zawiesić? Te na najbliższe wakacje, na imprezy towarzyskie? Gdyby porównać to z wybuchem II wojny światowej, wtedy rzeczywiście dotychczasowy świat się skończył. Jeśli ktoś planował, co będzie robić po wrześniu 1939 roku, szybko się przekonał, że żadne jego plany nie mają sensu. Teraz większość naszych planów nadal pozostaje w mocy albo szukamy planów B. Restauratorzy przestawili się na catering. Fryzjerzy proponowali, aby za połowę ceny odebrać zestaw do farbowania włosów, bo to pozwalało im przetrwać. Gdy słyszę, jak ktoś twierdzi, że jego życie zostało zniszczone, to zastanawiam się, co powoduje, że on to przeżywa w tak dramatyczny sposób. 

Co pomaga nam przetrwać ten czas? Lekarz Gabor Mate radzi: Nie mówmy teraz ludziom, co mają robić, mówmy, by obudzili ciekawość tego, co się w nich rozgrywa. Trafna uwaga?
Generalnie autorefleksja jest zdrowa i sprzyjająca. Warto zadać sobie pytanie, co powoduje, że się tak okropnie czuję w tej sytuacji. Albo – co sprawia, że doznaję teraz ulgi? Może to, że nie muszę już codziennie chodzić do korporacji, gdzie – jak mi się wydawało – wszyscy próbowali mnie przyłapać na jakimś potknięciu? Jeśli ktoś przeprowadzi takie rozumowanie, może z tego wyciągnąć wniosek na przyszłość, coś zrozumieć i zmienić. Czego się tak naprawdę boję w tej sytuacji? Czy rzeczywiście coś mi grozi? Po jakie informacje sięgam? Co czytam chętnie, a co pomijam? Kogo słucham? Każda taka refleksja jest pożądana, bo lepiej być bliżej rzeczywistości, również naszej wewnętrznej. 

Jak obecna pandemia zmieni świat?
Gdy słyszę, że wiele osób widzi ją w kategoriach ogólnoświatowej traumy, która zmieni nas wszystkich, myślę, że na razie nie ma podstaw do tak daleko idącego – zależnie od perspektywy – pesymizmu czy optymizmu. Ludzie wrócą do dawnego życia. Adaptacja polega na tym, że potrafimy po różnych trudnych i lękotwórczych wydarzeniach iść dalej. 

A ja mam nadzieję, że dla wielu będzie to moment zatrzymania się i przewartościowania różnych rzeczy. Uświadomi nam, jak bardzo nasze życie jest kruche i że nie warto tak gonić.
Może zdarzy się tak w pojedynczych przypadkach, gdy ktoś został zatrzymany w pędzie i spojrzał na swe życie z szerszej perspektywy, ale nie sądzę, by było to powszechne zjawisko. Głównie skupiamy się na tym, jak przetrwać i wrócić do poprzedniego stanu. Nadzieja jest, być może, w naturze, która teraz odżyła. Może ludzie to zobaczą i powściągnie ich to przed dalszą destrukcją środowiska. Może uświadomimy sobie wartość związaną z kontaktem bezpośrednim z ludźmi. Zwłaszcza że – jak się okazało – kontakt online go nie zastępuje, choćby ze względu na techniczne kwestie; na Skypie czy Zoomie nie można komuś patrzeć w oczy, tylko w kamerę. Wiele osób doświadcza takich niedogodności. Część pacjentów wypada z terapii grupowej, prowadzonej na Zoomie, brakuje im bowiem czegoś nie do końca nieokreślonego, substancjalnego, co zyskiwali w kontakcie bezpośrednim. On coś dawał, sycił, a online tego brakuje. Wygląda na to, że inne procesy neuronalne się wtedy uruchamiają, podobnie jak inaczej mózg reaguje, gdy widzimy reprodukcję obrazu na ekranie niż wtedy, gdy widzimy obraz fizycznie przed sobą, nawet jeśli nie możemy go – jak w muzeum – dotknąć. 

Wielu z tych, którzy przenieśli pracę na online, już nie wróci do realu. Może na tym będzie polegać zmiana. 
Jest takie ryzyko. Myślę, że byłoby to niekorzystne. Przekonaliśmy się w czasie pandemii, że kontakt online jest gorszy. Nie karmi, bodźce są tu ograniczone, sam głos i obraz, do tego nieco zniekształcony. W kontakcie na żywo odbieramy – często nieświadomie – znacznie więcej bodźców: widzimy całe ciało, a nie tylko ikonkę z twarzą. Kontakt online jest gorszy, ale łatwiejszy i atrakcyjny – i dla pracodawcy, bo daje mu oszczędności, i dla pracownika, gdyż jest wygodniejszy. Mam nadzieję, że wielu z nas doświadczyło, że jest to gorsza forma kontaktu, jedynie jego namiastka.

Jak pomóc sobie w czasach pandemii? Psychiatra Katarzyna Simonienko radzi, by zażywać kąpieli leśnych. Czy to dobry pomysł?
Przede wszystkim, jak we wszystkich sytuacjach trudnych, szukajmy tego, co nas koi. Umiejętność samokojenia jest ważnym aspektem dojrzałego funkcjonowania. Kontakt z lasem na pewno dobrze podziała na ciało i duszę, spacerujmy zatem, zwłaszcza w lasach iglastych. Zdradzę własny przesąd (podobno naukowo potwierdzony), który jest moją psychologiczną obroną – otóż podobno Covid w lesie sosnowym ginie w ciągu 17 sekund! A może lepiej poczujemy się np., gdy zaczniemy uczyć się języków obcych… Jest nadzieja, że ta sytuacja pomoże nam wyraźniej poczuć, co niesie ulgę. Dobrze, by to były sposoby, które na dłuższą metę nie są destrukcyjne, takie jak objadanie się czy kompulsywny seks. Szukajmy tego, co nas koi, a jednocześnie nie degraduje. Jeżeli nie zdarzy się nic bardziej groźnego niż dotąd, nie przewidywałabym jakichś większych negatywnych skutków psychologicznych obecnej pandemii. Być może część osób wyjdzie z tej sytuacji wzmocniona – że potrafiły sobie z nią poradzić. A po latach będziemy ją wspominać tak, jak osoby z mojego pokolenia mówią o stanie wojennym albo o wybuchu elektrowni w Czarnobylu. Nie ma u nich przekonania: Moje dotychczasowe życie się skończyło. Było to dramatyczne wydarzenie, ale w sumie jakoś daliśmy radę. 

Przypisy