Dołącz do czytelników
Brak wyników

#zostańwdomu

15 czerwca 2020

NR 5 (Czerwiec 2020)

To tylko PANDEMIA

124

Sytuacja pandemii oczywiście ujawniła problemy psychologiczne, ale na ogół takie, które już wcześniej w taki czy inny sposób istniały. Wyłoniło się i nasiliło to, co w nas już było i czekało na okazję.

Dorota Krzemionka: Jak sobie Pani radzi w sytuacji pandemii?
Zofia Milska-Wrzosińska:
Na razie jakoś sobie radzę, dziękuję. Jak u wszystkich, jest to kwestia możliwości adaptacyjnych, czyli tego, do czego jesteśmy w stanie się dostosować, jak szybko i jakim kosztem. Od początku, słusznie czy nie, byłam mało podatna na widzenie tej sytuacji jako wielkiej cywilizacyjnej katastrofy czy zagrożenia. I to mi pomagało. Wiele osób miało tendencję, by widzieć pandemię w kategoriach apokaliptycznych, a to oczywiście nie sprzyja zachowaniu spokoju, zimnej krwi.

Niezależnie od indywidualnych skłonności, mamy ogólnoświatową pandemię; nie jest to sytuacja codzienna czy łatwa. Co jest w niej najtrudniejsze?
Przede wszystkim jest ona niejasna, nieprzewidywalna, zmienna. Przecież nawet nie wiemy, co będzie w chwili publikacji tej rozmowy. Czy nie okaże się, że mamy szczyt zachorowań i nie bardzo nad nim panujemy, czy przeciwnie, zagrożenie minęło i cała ta rozmowa dotyczy chętnie zapominanej przeszłości. Początkowo przez większość z nas pandemia była przeżywana jako groźniejsza niż odczuwamy to w tej chwili. Można było nadawać jej różne znaczenia, w efekcie uruchamiała się indywidualna dynamika psychologiczna. Jeżeli ktoś ma skłonność do rozumienia rzeczywistości w kategoriach teorii spiskowych, trudno sobie wyobrazić lepszą okoliczność niż Covid.

Badania profesora Michała Bilewicza dowodzą, że rzeczywiście wzrosła tendencja do myślenia spiskowego.
Również dlatego, że nie do końca wiemy, co doprowadziło do wybuchu epidemii. Może były to tak zwane mokre targi chińskie, może mutacje wyhodowanego w laboratoriach wirusa… Jeśli widzimy świat przez dynamikę paranoidalną, zgodnie z którą wokół czai się sprytne zło, i knuje przeciw nam, to jesteśmy podatni na różne hipotezy – np. że ktoś wywołał pandemię celowo, by nami manipulować. Albo że w ogóle nie ma żadnego koronawirusa, tylko jakieś mroczne siły straszą nas nim dla swoich celów. Obie teorie sprowadzają się do tego, że tajny ośrodek władzy próbuje coś wbrew nam z nami zrobić.

To, jak reagujemy, zależy od informacji, jakie do nas docierają. Codziennie rano wstajemy i słuchamy wiadomości.
Dowiadujemy się, ile osób się zaraziło, a ile zmarło ostatniej doby. Informacje te są jak komunikaty wojenne – mówią, ile osób zginęło na tym froncie. W efekcie generują lęk. Niektórzy sądzą, że gdyby monitorować grypę podczas jej epidemii, efekt byłby podobny – też byśmy się dowiadywali, że na jej powikłania minionej doby zmarło kilkanaście osób i część z nas paraliżowałby lęk.

Trudniej byłoby wyjść wtedy z domu…
Bo balibyśmy się, że nas i naszych bliskich też to dotyczy. Jesteśmy informowani na bieżąco. Dowiadujemy się, że front się zbliża, tylu a tylu jest poległych. Aby sobie z tym poradzić, trzeba mieć dużą złożoność poznawczą, umieć mentalizować, patrzeć na rzeczywistość z różnych stron, poszukiwać wielu źródeł informacji i wyrabiać własny pogląd. Czyli widzieć to w szerszej perspektywie.

O to trudniej, bo docierające do nas informacje często były sprzeczne.
Najpierw dowiedzieliśmy się, że maseczki są nieskuteczne, nie chronią przed wirusem. Nie minęły trzy tygodnie i okazało się, że musimy je nosić obowiązkowo, a zarazem nie padło żadne wyjaśnienie, dlaczego przedtem mówiono inaczej. Trudno sobie z tym poradzić, zwłaszcza że obie informacje pochodziły z tego samego źródła. Potem się okazało, że maseczki, które sprowadzono do kraju, w zasadzie nie chronią przed niczym. O dziwo, ludzie jakoś się w tym gąszczu sprzecznych informacji odnajdywali. Była fala wykupywania ze sklepów wszystkiego, w szczególności makaronu i papieru toaletowego, ale jak się okazało, że nie ma problemów z zaopatrzeniem, zjawisko ustąpiło. Mam wrażenie, że wykazaliśmy wielkie możliwości dostosowania się do tej sytuacji i radzenia sobie. Patrzę na to z podziwem. Respektowano zasady, które wydawały się sensowne, np. by zachować odległość, nie gromadzić się, a sabotowano te, które wydawały się nieoczywiste i wynikające raczej z niepokoju i bezradności władzy niż z rzeczywistej potrzeby, jak np. to, by nie wchodzić do lasów albo nie spotykać się z rodziną. W najtrudniejszym okresie pierwszego miesiąca ludzie organizowali sobie możliwości wyjścia i obmyślali, jak to zrobić bezpiecznie. Mam wrażenie, że jako społeczeństwo dobrze się przystosowujemy; niezbyt sensowne zakazy wymijamy, inne – te przekonujące – respektujemy. Radzimy sobie ze sprzecznymi informacjami i nie czujemy się całkiem bezradni. Przekonujemy się, że zależność od autorytetów powinna być modulowana własnym rozeznaniem.

Choć niektórzy generalnie łamali zasady. W moim wiejskim sklepiku przez cały czas trwania epidemii klienci nie wkładają maseczek i witają się z właścicielem, podając sobie dłonie.
Rzeczywiście, niektórzy przejawili adolescentny bunt i sabotowali wszelkie zalecenia, co było tym łatwiejsze, że autorytet okazał się zawodny. Władza dała powody, by kwestionować jej wytyczne. Zmieniała decyzje i nie wyjaśniała, dlaczego.

Docierające na bieżąco informacje budziły lęk, do tego doszło ograniczenie wolności, zakaz wychodzenia z domu. Nie wszyscy sobie z tym poradzili.
Ta sytuacja mogła ujawnić problemy psychiczne, ale na ogół takie, które już wcześniej istniały. Ujawniło się i nasiliło to, co w nas tkwiło. Można to było zauważyć wewnątrz par i rodzin. Jeżeli brakowało bliskości, więzi, to wcześniej mogło być to przysłaniane codziennymi zajęciami, tempem życia i rozmaitymi możliwościami ucieczki od życia rodzinnego. Można było wychodzić, uprawiać hobby, nawet mieć romans kojący braki legalnego związku. Teraz okazuje się, że obecność bliskiej osoby przeszkadza, a dzieci irytują. Szczególnie, jeśli para nie dorobiła się domu z ogródkiem, gdzie łatwiej byłoby przetrwać sytuację zamknięcia. Staje się to dobrym pretekstem do obwiniania partnera, że tego nie zapewnił.

Jak wynika ze statystyk, skala przemocy domowej teraz rośnie…
To oczywiste. W warunkach izolacji sprawca przemocy ma poczucie bezkarności, ofierze trudniej uciec. Ale sytuacja zamknięcia działa jak wzmacniacz uczuć również u tych, którzy wcześniej nie uciekali się do przemocy, tyle że mieli do siebie złość czy żal. Możliwości rozładowania emocji gdzieś indziej zostały znacząco ograniczone. Różne niedopowiedziane, niewyjaśnione emocje teraz mogą się nasilić. W skrajnych przypadkach może to prowadzić do przemocy wobec partnera czy dzieci. Specyficzna jest sytuacja rodzin patchworkowych. 

Dlaczego?
Dotąd opieka nad dziećmi była dzielona – naprzemiennie lub były zagwarantowane formy kontaktu. Teraz często jest to trudne do zrealizowania. Na ogół w nowych warunkach gotowi są ze sobą współpracować ci rodzice, którzy dotąd też dobrze się porozumiewali. Jeśli matka ma dobre warunki, bo np. jej rodzice mieszkają w domu pod miastem, to ojciec akceptuje, że ona zamieszka tam z dzieckiem przez dwa miesiące, nawet jeśli będzie to oznaczało odstępstwo od dotychczasowych ustaleń i znaczne ograniczenie kontaktu. Natomiast jeśli w parze było dużo wrogości, w utrudnionych pandemią warunkach zaczynają się rozgrywki trudne dla dzieci, np. matka nie godzi się, by ojciec swoje tygodnie z dziećmi spędzał u swoich rodziców, którzy mają dom z ogrodem pod miastem, a do tego babcia jest emerytowaną nauczycielką i chętnie pomoże wnukom w zdalnych lekcjach. Nie tak się umawialiśmy – mówi była żona. Twoje tygodnie miały być w Twoim mieszkaniu, a nie u byłych teściów, którzy mnie nigdy nie lubili. 

Dla kogo jeszcze ta sytuacja może być szczególnie trudna? Doktor Sławomir Murawiec twierdzi, że – paradoksalnie – gorzej radzą sobie teraz osoby, które przed epidemią nie miały z tym problemu.
Nie da się powiedzieć, że ci, którzy dotąd radzili sobie dobrze, w obecnej sytuacji pandemicznej mają większe trudności. Raczej przeciwnie, bo zwykle ludzie sprawczy są wyposażeni w różne kompetencje. Owszem, mogą się złościć, odczuwać napięcie, bo nie wiadomo, co dalej będzie z ich pracą, dochodami, pozycją. To generuje w nich napięcie, ale na ogół są wyposażeni w środki, które ułatwiają im przetrwanie tej sytuacji. Mam na myśli środki materialne – mają gdzie wyjechać, kupili lub „załatwili” sobie od razu maseczki, rękawiczki i płyn do dezynfekcji, są właścicielami sporych mieszkań. Jako ludzie zaradni dysponują siecią kontaktów i umiejętności społecznych, nie stanowi dla nich problemu zamówienie sobie do domu jedzenia czy zaproszenie fryzjera; wiedzą, jak skorzystać z tutorialu na YouTubie. Poza tym człowiek, który własnymi siłami odniósł sukces, jest przygotowany psychicznie na wyższy poziom niepewności. Z pewnością nie ci, którzy sobie dobrze radzili, są największymi przegranymi obecnej sytuacji, choć to chwytliwa teza. Znacznie ciężej jest tym, którzy nie mają zasobów ułatwiających w miarę bezbolesne przetrwanie, dlatego też doświadczają oni więcej lęku. Ale jest jeszcze jedna grupa, która poniosła dotkliwe konsekwencje psychologiczne obecnej pandemii.

Ludzie starsi?
Tak, wielu z nich mogło poczuć, że są sami, opuszczeni, niepotrzebni, wręcz zbędni. Ich rodziny, często kierując się mniej lub bardziej szczerą troską, zwolniły się z kontaktu, przestały się z nimi widywać. Zwłaszcza jeśli ten kontakt dotąd był trudny, starszy ojciec czy teściowa uciążliwi, z ulgą przyjmowano, że można przestać ich odwiedzać, wystarczy podrzucić im jedzenie. Widać tendencję, by starszych opuścić, wykluczyć z naszego świata. Najlepiej niech nie wychodzą z domu, to dla ich dobra przecież! Niekiedy nawet sprawnym seniorom na siłę odbieramy możliwość decydowania o sobie, zakładając, że sami o siebie nie zadbają. Wyjdą, dotkną czegoś i się zarażą. Albo innych zarażą. Wielu z nich ma poczucie, że są źród...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy