Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

24 sierpnia 2021

NR 9 (Wrzesień 2021)

Wewnętrzna matka
O tym, co Tobą kieruje i dlaczego możesz pójść inną drogą

38

Zastanawiałaś się kiedyś, dlaczego w życiu postępujesz tak, a nie inaczej? Dlaczego mówisz, że coś wolno, a czegoś nie wolno? Co sprawiło, że nasiąkłaś tymi zasadami jak gąbka? A może tak bardzo chciałabyś powiedzieć: „Ja tak nie chcę”, ale ktoś w Twoim wnętrzu znów karci Cię palcem? Poznaj swoją wewnętrzną matkę.

Zauważyłam kiedyś, że czas spędzony u fryzjera staje się dla mnie czasem świętym. To taki moment spokoju, w którym mogę odetchnąć. Musi być coś szalenie pilnego, żebym tę wizytę odwołała. Zazwyczaj jest tak, że inne rzeczy dopasowuję do tego wyjścia. Zastanawiałam się kiedyś, czym to się różni od spaceru, wyjścia na masaż czy od jeszcze innej alternatywy zadbania o siebie. Po wielu latach zrozumiałam – czas wyjścia do fryzjera był czasem świętym również dla mojej mamy. Zazwyczaj wychodziła tam sama, ale zdarzało się, że zabierała mnie ze sobą. Obserwując ją, nauczyłam się, że tak wygląda świat: zupę jemy łyżką, wieczorem idziemy spać, a fryzjer jest czasem własnym każdej kobiety. W dorosłości nieświadomie podchodziłam do tego rodzaju wyjść podobnie. Dopiero po latach zdałam sobie sprawę, że moje wewnętrzne modelowanie objęło nie tylko tę sytuację, ale też szereg innych. Wzorowałam się na mamie, na babci, na innych kobietach, szukając odpowiedzi na pytanie: co znaczy być kobietą, żoną i matką?

Jak nauka ułamków 

Jedno z kultowych haseł rodzicielskich mówi, że matka jest tylko jedna. Jest w tym trochę prawdy. Co ciekawe, ukryta w tym haśle dodatkowa lekcja jest taka, że nawet gdy matki już nie ma, to ona nadal jest obecna. W pewnym momencie matka – czy to biologiczna, czy taka, która nas chowała, ale nie urodziła, czy ciocia lub babcia, która zajęła jej miejsca – odchodzi, ale w nas samych zostawia tzw. wewnętrzną matkę. I to na całe lata.

Jak to możliwe, że nawet nieobecna fizycznie mama jest obecna duchem? Zachodzi tu magiczny proces internalizacji. Jest to włączanie zewnętrznych nauk do naszego wewnętrznego świata w taki sposób, że oryginalne źródło tych nauk po pewnym czasie nie jest nam już potrzebne, żeby te nauki stosować. To trochę jak z każdą inną wiedzą, którą nabywamy, np. nauką ułamków. Ktoś nam je kiedyś pokazał, nauczył stosować i potem – choć nauczyciela matematyki już obok nas nie ma – korzystamy z nich przez całe życie. Podobnie jest ze skryptem świętowania urodzin, spędzaniem wolnego czasu, sposobem podejścia do pracy. 

POLECAMY

Dokładnie tak jest z wewnętrzną matką, która zagościła w naszym wnętrzu na dobre – fizycznie nie potrzebujemy jej już obok, żeby pamiętać o ścieleniu łóżka, posprzątaniu ze stołu czy umyciu zębów, ale też żeby budować relacje, być otwartym na błędy czy radzić sobie z lękiem. Wyposażyła nas w pewien specyficzny zestaw schematów w postaci nakazów, zakazów, powinności, możliwości, które wykształciły się w nas w dzieciństwie, a które teraz w dorosłości stanowią część repertuaru naszych myśli, uczuć i zachowań, których często nie jesteśmy świadomi. 

Uczyliśmy się tego wszystkiego poprzez obserwację albo wprost, otrzymując szereg lekcji słownych. Potem zwyczajnie włączyliśmy to we własny sposób bycia i zatrzymaliśmy aż do dorosłości. Stąd każdy z nas ma „swój” konkretny sposób gotowania jajek na twardo, wyjeżdżania na wakacje, układania sztućców, świętowania urodzin, przyjmowania gości, pracowania czy sprzątania domu. Uczyliśmy się w podobny sposób również tych ważniejszych rzeczy, które można byłoby zamknąć w określeniu „sposób patrzenia na świat”, w tym o rolach kobiet i mężczyzn. 

W domu się nie gwiżdże

Zanim przejdziemy do ról społecznych, przytoczę pewien zabawny przykład z mojego domu. 

Wychowałam się w otoczeniu, w którym jedną z zasad było: „W domu się nie gwiżdże”. Na zewnątrz, na łąkach, na stadionach, w ogrodach, na ulicach można, ale w domu absolutnie nie wolno. Nie kwestionowałam tego, tylko pokornie i z wdzięcznością przyjęłam tę zasadę jak swoją. Tak samo jak tę, że w sobotę myjemy włosy, a w niedzielę po obiedzie idziemy na lody do cukierni na ul. Mieszka I w Rzeszowie. Jak ogromnie byłam zdziwiona kiedy w czasie studiów, mieszkając z innymi osobami, okazało się, że inni nie wynieśli takiej nauki z domu i gwizdali w studenckim mieszkaniu. Gwizdali w domu! Powtórzę! G-w-i-z-d-a-l-i w domu. Niedopuszczalne. Zszokowana zapytałam ich, dlaczego to robią, odpowiedzieli ze zdziwieniem manifestowanym wytrzeszczem oczu, że „Dlaczego nie?! Co to znaczy, że nie można gwizdać w domu? Co to za dziwna zasada?”. I to był moment, w którym zaczęłam się zastanawiać, co jeszcze innego wyniosłam z domu, uznałam za swoje, a potem zaczęłam według tej zasady funkcjonować, która w rzeczywistości była tylko lokalnym regulaminem. Stopniowo wyłaniało się, że jedne z tych nakazów były błahe, ale inne miały na mnie potężny wpływ, np. sposób patrzenia na własne ciało. Część z nich z pewnością już odkryłam w toku własnej pracy, ale część nadal jest do odkrycia.

Nie być jak gąbka 

Ile jest takich zasad, które przejęliśmy od naszych rodziców, a w szczególności od naszych mam, cioć czy babć i ile z nich stało się osią, której trzymamy się świadomie lub nie? Wiele z nich pomaga nam w codzienności, ale ile jest takich, które stały się nam kulą u nogi albo przynajmniej ciężarem w plecaku na drodze życia. Rodzina to taki system, w którym nasączamy nasze wewnętrzne gąbeczki umysłu, ciała i duszy. Chłoniemy wszystko w pełnym zaufaniu, że tak jak mówią nasi dorośli, właśnie jest. Zapatrzeni w rodziców, opiekunów, matki i ojców kształtujemy w sobie, a raczej jest w nas kształtowany system reguł i zasad działania. I tak jak wspomniałam na początku, my ten system sobie internalizujemy i staje on się naszym wewnętrznym kodeksem działań na lata, a czasem na całe życie. 

Zdarzają się jednak punkty przełomowe i pojawia się szansa na uświadomienie sobie tych blokad i uwolnienie od nich. W toku dojrzewania stopniowo odkrywamy, że jednak rodzice nie są nieomylną wyrocznią i część wprowadzonych przez nich zasad kwestionujemy, a nawet mamy odwagę odrzucić. Nie chodzi tylko o te zasady, które były z gruntu złe, np. wyśmiewanie osób otyłych, ale też o takie, które sprawdzały się w tamtym kontekście, ale teraz już po prostu nie mają zastosowania, np. bycie cały czas uśmiechniętą, bo jak głosiła zasada: „Ludzie nie lubią smutnych ludzi”. 

Narzędziem niezbędnym do ustalenia, co jest nasze, a co nie, bo stało się nieaktualne albo nigdy nasze nie było, jest samoświadomość. To dzięki niej możemy dostrzegać różnego rodzaju uwikłania i stopniowo się z nich uwalniać. Takie ćwiczenie możemy sobie wykonywać, kiedy jedziemy odwiedzać rodzinę i z perspektywy czasu widzimy pewne zachowania już zupełnie inaczej. Coś nas dziwi, śmieszy, mierzi, złości. To sygnały, że tamte schematy działań już do naszych nie należą. 

Jak mówi profesor Bogdan de Barbaro, od rodziny nie uciekniesz, i właściwie dokładnie o to chodzi, by od niej nie uciekać. Chodzi o to, żeby dać się tej rodzinie dogonić i na nowo w dorosłości ustalić, co jest dla nas w porządku, a co już nie jest. Zrobić remanent tej nasączonej gąbki. Oczywiście nie musimy tego robić w Wigilię, szumnie ogłaszając, co jest „nie tak” z tą rodziną i jej zasadami – tego nie polecam. Tu chodzi o ustalenie z samym sobą na nowo, co nam służy, a co nam nie służy, uczciwie odpowiadając sobie na serię pytań: „Jak chcę żyć? Czy chcę żyć tak jak oni? Czy chcę traktować innych, jak oni? Czy chcę wierzyć w to, co wierzą oni?”.

Pogodzić się z wewnętrzną matką

Rolą matki, jej zadaniem, powołaniem jest karmienie, chronienie, opiekowanie, usamodzielnianie, uczenie, wyposażanie nas w to, co nam się może przydać w dorosłym życiu – to w idealnym świecie. A w mniej idealnym ta sama matka może dodatkowo tłamsić, blokować, ograniczać, karmić lękiem, wypełniać przestrzeń umysłową niewspierającymi przekonaniami, np. że spotykanie się z chłopcami w zbyt młodym wieku jest ryzykowne. A ponieważ nie ma idealnych mam, to często dostajemy w pakiecie i jedno, i drugie. Różnica tkwi w proporcji. 

Dlatego też w trakcie budowania samoświadomości może przyjść moment złości, frustracji i żalu do matek, że dały nam czegoś za mało albo czegoś za dużo. Że nie kochały albo kochały za bardzo. Że pilnowały i wymagały albo nie interesowały się. Że nie znosiły cielesności albo zbytnio się na niej skupiały. To naturalny moment rozpoznawania, że nosimy w tym plecaczku coś, co nam nie pasuje. W jakimś sensie trzeba po prostu przejść przez ten etap – jest on naturalnym krokiem kontaktu ze sobą. Najważniejsze jednak na tym etapie rozwojowym jest, by się nie zatrzymać, nie utknąć we frustracji, złości czy żalu, choć to bywa kuszące. Trzeba mieć siłę i odwagę przejść do kolejnego etapu pracy wewnętrznej, bo dopiero ten kolejny prowadzi do wewnętrznej wolności. 

Ile jest takich zasad, które przejęliśmy od naszych rodziców a w szcze...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy