Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zdrowie i choroby , Laboratorium

8 sierpnia 2018

Smutek w raju

39

W zamożnych krajach zadowoleni z życia ludzie coraz częściej zażywają antydepresanty. Jak to możliwe? Jak pogodzić depresję i dostatnie życie?

Popijając espresso i przegryzając słodkie pastéis de nata w Café A Brasiliera, jednej z najstarszych kawiarni w Lizbonie, patrzę na ludzi, którzy gromadzą się przed lokalem, grają i tańczą. Trudno mi uwierzyć, że Portugalczycy często odczuwają smutek i przygnębienie. A jednak, jak pokazują dane Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju z 2012 roku, w kraju Vasco da Gamy i Cristiano Ronaldo niemal 8 proc. osób sięga codziennie po antydepresanty. Więcej zażywają tylko Islandczycy i Duńczycy, notabene zajmujący pierwsze miejsce w różnych rankingach szczęścia. Co więcej, jeśli prześledzimy dane, okazuje się, że zarówno w Portugalii, jak i Danii, a także w innych krajach zamieszkanych przez całkiem szczęśliwych ludzi, spożycie antydepresantów rośnie – w minionej dekadzie (2000–2010) podwoiła się tam liczba osób sięgających po leki poprawiające samopoczucie.

Zadowoleni i nieszczęśliwi zarazem
Jak to możliwe, że niektórzy ludzie godzą w sobie ogólne zadowolenie ze swojego życia z przygnębieniem, lękiem, depresją, a nawet – w skrajnych przypadkach – z próbami samobójczymi? Dlaczego w bogatych i rozwiniętych społeczeństwach jest tyle osób, które – jak głosił niemiecki filozof Arthur Schopenhauer – rozprawiają o samobójstwie przy suto zastawionym stole? Wydawałoby się, że ludzie szczęśliwi nie połykają antydepresantów i nie kupują broni z myślą, by się zabić. Tym bardziej gdy żyją w bogatych, bezpiecznych krajach. Jak to możliwe, że smutek wkradł się do raju na ziemi, jakim wydają się Dania, Finlandia czy Wielka Brytania?

Finlandia i Szwajcaria zaskakują naukowców. Z jednej strony bowiem zamieszkane są przez ludzi bardzo szczęśliwych, z drugiej zaś, jak podaje Światowa Organizacja Zdrowia, cechuje je wysoki wskaźnik samobójstw. Podobne tendencje dotyczą Stanów Zjednoczonych, Australii i Szwecji. Ich mieszkańcy są bardzo zadowoleni z życia, a zarazem ujawniają w badaniach wysoki poziom odczuwanego na co dzień stresu i lęku – dowodzą profesorowie Bruce Headey i Mark Wooden z University of Melbourne.

W badaniach wykorzystuje się dwie przeciwstawne miary – szczęścia bądź jego braku. Well-Being Index wskazuje na poziom dobrostanu psychicznego osoby – a więc na to, jak dobrze postrzega ona swoje życie, jego warunki i perspektywy. Ill-Being Index zaś mierzy poziom stresu, lęku i podatność na depresję. Pierwsze wydaje się wykluczać drugie. Okazuje się jednak, że miary te są ze sobą jedynie umiarkowanie ujemnie skorelowane. Oznacza to, że prócz osób zadowolonych z życia i wolnych od stresu oraz takich, którym stres odbiera satysfakcję z życia, są wśród nas także osoby, które są zadowolone ze swojego życia, mimo że odczuwają silny stres i lęk oraz takie, które nie są zadowolone ze swojego życia, choć nie odczuwają ani silnego stresu, ani lęku. Well-Being Index i Ill-Being Index są do pewnego stopnia niezależne od siebie.

To może tłumaczyć, dlaczego we wspomnianych zamożnych krajach przybywa osób, które mimo dużej satysfakcji ze swojego życia doświadczają zarazem wielu negatywnych emocji, stresu, lęku, a nawet mają myśli samobójcze. Jak stwierdził amerykański dziennikarz Eric Weiner: „Czynniki powstrzymujące nas przed targnięciem się na własne życie różnią się od czynników, dzięki którym czujemy się szczęśliwi. Dla przykładu, kraje katolickie z reguły mają bardzo niskie wskaźniki samobójstw ze względu na potępienie tej praktyki przez Kościół. Nie oznacza to jednak wcale, że kraje te są szczęśliwe. Dobry rząd, sensowna praca, silne związki rodzinne – oto główne czynniki szczęścia, jednak

żaden z nich nie zdoła zapobiec samobójstwu w chwili nieszczęścia i prawdziwego przygnębienia”. Także w Polsce rośnie odczuwany dobrostan psychiczny, a zarazem wskaźnik samobójstw. Socjolog, profesor Henryk Domański z Instytutu Filozofii i Socjologii Polskiej Akademii Nauk, w rozmowie z Jackiem Żakowskim tak wyjaśnia to zjawisko: „Można mieć poczucie, że się jest szczęśliwym, a jednocześnie być z siebie niezadowolonym albo bać się jutra (…). Wzrost liczby samobójstw to wskaźnik dezorientacji, anomii, deficytu osadzenia w wartościach, nagłego rozchwiania norm. Liczba samobójstw rośnie, gdy ludzie tracą rozeznanie, co jest ważne w życiu i czym się kierować, bo dociera do nich zbyt wiele sprzecznych sygnałów”.

Co ja robię?!
Potwierdzają to wyniki najsłynniejszych badań nad niedoszłymi samobójcami, przeprowadzonych w latach siedemdziesiątych XX wieku przez Richarda Seidena, psychologa klinicznego z University of California w Berkeley. Dotarł on do ponad 500 osób, które usiłowały popełnić samobójstwo, skacząc z mostu Golden Gate w San Francisco. Ustalił, że 90 proc. z nich nigdy potem już nie próbowało targnąć się na życie, umarli śmiercią naturalną. W rozmowach z niedoszłymi samobójcami powtarzał się jeden motyw – mówili, że ich pierwszą myślą po skoku było: „Co ja robię! Nie chcę tego!”. Żałowali, że skoczyli.

Również inne badania wskazują, że decyzja o samobójstwie najczęściej jest podejmowana impulsywnie i nagle. Profesor John Mann z Columbia University ustalił, że dwie na trzy osoby, które próbowały popełnić samobójstwo, zaczęły je planować niecałą godzinę wcześniej. Niektóre badania sugerują, że taki impuls jest kwestią kilkunastu minut. Okazuje się więc, że myśl o samobójstwie bywa nagła i wszechogarniająca, ale przemijająca. Jeśli szczęśliwie minie, prawdopodobnie nie powtórzy się i taka osoba może dożyć sędziwego wieku – zwłaszcza jeśli podejmie terapię. Tym bardziej że nastrój i dobrostan psychiczny z czasem same powracają do stanu wyjściowego – profesor Robert A. Cummins nazwał ten proces homeostazą. Najważniejsz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy