Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

3 grudnia 2020

NR 10 (Grudzień 2020)

Skuteczni, choć nieprzewidywalni
O racjonalności i jej braku w zachowaniach społecznych rozmawiają prof. dr hab. Wiesław Łukaszewski i dr Dorota Krzemionka

0 215

Postrzegamy siebie jako kogoś, kogo zagrożenie mniej dotyczy. Mamy złudne przekonanie, że jednak sprawujemy kontrolę nad tym, czy zachorujemy, czy też nie. Wystarczy myć ręce, unikać zgromadzeń... Co więcej, przyczyny pandemii nie widać. Ona jest nieuchwytna i to daje nam dodatkowe argumenty, by ulegać złudzeniom.

Dorota Krzemionka: We francuskim dokumencie Schody żona pisarza Michaela Petersona w tajemniczych okolicznościach spada ze schodów i ginie. Peterson zostaje oskarżony, że przyczynił się do jej śmierci. Proces ma charakter poszlakowy. W końcu czas na mowy końcowe. Obrońca pisarza przypomina o domniemaniu niewinności. Podkreśla, że trzeba dowieść winy, a wszelką uzasadnioną wątpliwość interpretować na korzyść oskarżonego. Prokurator uderza w inny ton. Mówi: „Ta kobieta nie może się już bronić. Spójrzmy na te zakrwawione ściany, gdyby umiały mówić, co by do nas wołały?!”. Jak myślisz, niezależnie od dowodów, jaki wyrok wydali sędziowie przysięgli?
Wiesław Łukaszewski:
Myślę, że uznali go za winnego. Dobrze wiemy, jak skuteczne bywają etykiety, jak świetnie się mają korelacje pozorne. Trzeba też wspomnieć, że z punktu widzenia doświadczanych emocji, jeśli jest ofiara, to musi być sprawca, niekoniecznie prawdziwy, ale dający się łatwo powiązać ze zdarzeniem (tu kłaniam się czytelnikom powieści kryminalnych, do których sam należę). Co więcej, oskarżony znalazł się w pewnym kontekście. Przypomina mi to wspomnienie Aleksandra Wata, którego aresztowano, zaprowadzono do prokuratora. Ten wygłaszał różne zarzuty. Wat zdziwiony: „Towarzyszu prokuratorze, przecież nie jestem oskarżony, najwyżej podejrzany”. Na co prokurator: „Podejdźcie do okna, widzicie tych ludzi na ulicy, oni są podejrzani, a wy jesteście oskarżeni!”.

Czyli, gdy ktoś staje przed sądem… 
To jakiś zarzut już na nim ciąży. Oficjalnie – z niewielkimi wyjątkami – mamy domniemanie niewinności, ale w ukryciu zakładamy, że coś w tym musi być, że przecież nie przypadkiem ktoś tam był, a na pewno mógł być. I tak dalej…

Jak w eksperymencie Davida Rosenhana: jeśli ktoś trafił do szpitala psychiatrycznego, to wszelkie jego zachowania mogą być zinterpretowane jako przejaw choroby. Nie jesteśmy racjonalni?
Eksperyment Rosenhana to świetny przykład na działanie kontekstu i przyjmowanie apriorycznych, choć absurdalnych założeń. Co zaś się tyczy racjonalności, to wszyscy jesteśmy skłonni się nią przechwalać, tymczasem dowodów ludzkiej nieracjonalności jest bez liku. Potwierdzają to badania Dana Ariely’ego, Daniela Kahnemana czy Adama Galinsky’ego. W eksperymencie tego ostatniego badani najpierw podawali dwie ostatnie cyfry swojego security number. A potem mieli zadeklarować, ile by zapłacili za klawiaturę bezprzewodową. Okazało się, że im wyższa była wartość końcówki numeru ich ubezpieczenia społecznego, tym więcej gotowi byli zapłacić. A przecież mówimy o przypadkowej liczbie, niemającej nic wspólnego z ceną sprzętu komputerowego.

POLECAMY

Tak działa heurystyka zakotwiczenia. Innym skrótem, jakim się posługujemy w myśleniu, jest heurystyka dostępności. Akurat dzięki niej – oglądając pełne emocji doniesienia o pandemii i kolejne relacje osób chorych – powinniśmy docenić ryzyko zachorowania i chronić się przed nim. A wiele osób nadal nie nosi maseczek. Dlaczego?
Bo jak dowodzą badania zespołu kierowanego przez Dariusza Dolińskiego i Wojciecha Kuleszę, ulegają nierealistycznemu optymizmowi. Postrzegają siebie jako kogoś, kogo zagrożenie mniej dotyczy. Łudzą się, że to inni zachorują, ale nie ja. Tej iluzji może sprzyjać złudne przekonanie, że jednak sprawujemy kontrolę nad tym, czy zachorujemy, czy też nie. Wystarczy myć ręce, unikać większych zgromadzeń i tak dalej. Co więcej, zagrożenie dotyczyć miało głównie osób starszych, zatem młodsi częściej nie stosowali się do zaleceń. Obecna sytuacja ma też szczególną właściwość. Jeśli pytamy, jakie jest prawdopodobieństwo, że ktoś się rozwiedzie albo będzie miał wypadek samochodowy, to przyczyny i skutki są naoczne, natomiast w przypadku pandemii jej nie widać. Jest nieuchwytna i to daje ludziom dodatkowe argumenty, by ulegać złudzeniom. 

Jak to możliwe, że choć jesteśmy tak nieracjonalni, to dość dobrze sobie radzimy, skoro przetrwaliśmy jako gatunek? 
Przed laty Maria Lewicka zwróciła uwagę, że używamy dwóch sposobów myślenia o racjonalności. W jednym z nich racjonalność rozpatruje się z perspektywy poprawności logicznej. Tu rzeczywiście często bywamy nieracjonalni. Przykładowo: jeśli badani w eksperymencie Kahnemana mieli oszacować iloczyn ośmiu cyfr od 1 do 8 i zaczynali od 1, to wynik „wychodził” im mniejszy niż wtedy, gdy liczyli 
od 8… Ale łacińskie ratio ma też drugie znaczenie, bliskie skuteczności. I to jest drugie rozumienie racjonalności – pragmatyczna użyteczność, pragmatyczna słuszność. Nieważne, czy coś jest logiczne – ważne, że się przydaje. Wspomniani Kahneman czy Ariely w głównej mierze mówili o nieracjonalności jako niedyspozycji logicznej, czyli nieumiejętności wnioskowania czy rozwiązania sylogizmów. 
Ale w życiu codziennym nie rozwiązujemy sylogizmów, tylko myślimy: wyjdzie – nie wyjdzie; uda się – nie uda, przyda się albo nie. Mamy do czynienia z innym kodem. Z perspektywy skuteczności można powiedzieć, że najczęściej jesteśmy racjonalni.

Czyli można powiedzieć, że jesteśmy racjonalni i zarazem nieracjonalni, zależnie z jakiej perspektywy patrzymy…
I to prowadzi do zamieszania. Często słucham debat na temat racjonalności i mam wrażenie, że rozmówcy mówią o zupełnie innych rzeczywistościach. Pomstowanie na nieracjonalność człowieka jest domeną intelektualistów. Natomiast w praktyce codzienności mamy inne reguły.

Czy to znaczy, że ci, którzy nie noszą teraz maseczek, są racjonalni w sensie skuteczności?
Ze swojej perspektywy oni są racjonalni. Z perspektywy logicznej nie tylko są nieracjonalni, ale także są aspołeczni. Często racjonalność bądź nieracjonalność zachowania mylimy ze skutkiem, które to zachowanie przynosi. Nienoszenie maseczek może być racjonalne, bo człowiek nie musi się dusić, znosić oparów, nie mówiąc już o okularnikach, którym szkła zaparowują… Nienoszenie maseczki to sposób ułatwiania sobie życia. Natomiast jest to zachowanie aspołeczne, ponieważ potencjalnie zagraża drugiemu człowiekowi. Wynieśliśmy ze szkoły przekonanie, że racjonalne jest lepsze niż nieracjonalne. W pewnych warunkach tak, ale nie zawsze. Spójrzmy na tempo naszych zakupów. Ile czasu poświęcamy na decyzję o kupnie czegoś, co kosztuje więcej niż pralka? Prawie nic. Ile sklepów odwiedzamy wcześniej? Zazwyczaj jeden. Czyli nie do końca racjonalne są nawet te decyzje, które są związane z ponoszeniem sporych kosztów ekonomicznych, ale ile oszczędza to nam nerwów, jak bardzo uwalnia od mordęgi bywania w świątyniach konsumpcjonizmu. 

Co więcej, jak pokazały badania, które prowadził Ap Dijksterhuis, szybkie, intuicyjne decyzje prowadziły do lepszych wyborów niż przeanalizowanie wszystkich za i przeciw. Dowiódł, że gdy człowiek zaczyna myśleć nad smakiem dżemu, to podejmuje gorszą decyzję, niż gdy kieruje się pierwszym impulsem.
Byłbym jednak ostrożny z generalizacją podobnych danych: co innego dżem, a co innego przeprowadzka albo małżeństwo. Badania Dijksterhuisa pokazują jednak, że rygor logiczny nie jest ani koniecznym, ani wystarczającym warunkiem trafnych decyzji. Tomasz Zaleśkiewicz badał graczy giełdowych. I stwierdził, że biorąc pod uwagę ich wiedzę i kompetencje, a także dane, którymi dysponowali, powinni mieć lepsze wyniki niż osiągali. Choć i tak osiągali nienajgorsze. 

Dlaczego nie lepsze?
Bo zachowywali się w sposób bardzo sztywny i dość bezrefleksyjny. Skoro zainteresowali się jakimiś akcjami i powzięli postanowienie, by je nabyć, to trzymali się tego, pomijając inne oferty oraz zmiany okoliczności. Podobnie jak hazardziści, którzy wciąż obstawiają w ruletce jeden kolor. Proszę jednak zauważyć, jak skutecznie bronili się w ten sposób przed niepewnością.

Wpadali jednak w pułapkę konsekwencji. To dlatego – wbrew logice – tkwimy w związku, który się wypalił albo w pracy, która od dawna nie daje satysfakcji. Topimy dalsze pieniądze w chybionych inwestycjach. Ale jak być konsekwentnym w czasach pandemii, gdy dostajemy zmienne, często sprzeczne informacje i wskazówki od tych, którzy powinni tym kryzysem zarządzać?
To dramatyczna strona tej sytuacji. Rozmawiałem niedawno z Krzysztofem Kaniastym, znakomitym badaczem zachowań ludzi w sytuacjach skrajnych, o tym, jak to wygląda w USA. Okazuje się, że dość podobnie jak w Polsce. Tam też panuje chaos i podsycanie niepewności – nie wiadomo, czy intencjonalnie, czy nie. W Polsce obecnie widać jak na dłoni, że mamy do czynienia z polityką zmienną, koniunkturalną i aspołeczną, prowadzoną z perspektywy doraźnych korzyści władzy. Najpierw karmi się nas opowieściami, że wszystko jest pod kontrolą, że maseczki niczemu nie służą, a potem okazuje, że obowiązkowo mamy je nosić, że nie wolno wchodzić do lasu, że można iść do świątyni, ale nie można pójść do przychodni.

Lokale zamyka się po godzinie 21:00, jakby wirus dopiero wtedy zaczynał działać…
Nie można zrobić spotkania w księgarni, ale w kościele tak. To pokazuje dezintegrację polityczną i intelektualną. Władze nie wiedzą, czego się złapać i produkują ad hoc dyrektywy. Jeśli ktoś mocno zaprotestuje, jak właściciele siłowni, to się wycofują z dyrektyw, ale potem jednak znów do nich wracają. Zwolennicy teorii spiskowych twierdzą, że w ten sposób podsyca się niepewność, bo ludzie owładnięci niepewnością staną się bardziej ulegli. Nie przypuszczam, by to było celowe działanie… Po prostu chaos.

Nie wiemy, jak to się potoczy. Narasta złość. Czy wynika właśnie z niepewności?
Jak pokazano w badaniach nad zachowaniami ludzi po powodziach czy trzęsieniach ziemi, zazwyczaj pojawia się wtedy bezradność i depresja. Jest bowiem tak, że człowiek spotykający się z jakimś kataklizmem, który ma dające się dostrzec przyczyny, uświadamia sobie nieuchronność zdarzenia i własną słabość. Pociąga to za sobą typowe objawy wyuczonej bezradności opisanej przez Martina Seligmana i innych. Tymczasem w obliczu doświadczanej pandemii nie widać przyczyny, nie ma wroga, którego można obwinić za swój los. Ten wróg jest tu nieuchwytny, niewidoczny. W tej sytuacji uczucie bezradności zastępowane jest przez złość i skłonność do agresywnego odreagowania. Spójrzmy na hejt w sieci. Myślę, że fala agresywności przetoczy się przez Polskę. Już się przetacza. Wystarczy błahy pretekst, a poważne przyczyny mogą spowodować destrukcyjną rewoltę.

Na kogo tę agresję skierujemy? Złość zwykle mobilizuje do walki, tylko z kim walczyć w tej sytuacji? Kogo obwinić za to, co się dzieje?
Na przykład lekarzy, którzy heroicznie zmagają się nie tylko z wirusem, ale z brakami podstawowego wyposażenia. Albo na elity, na przykład na prawników, które – według niektórych – żerują na biednych ludziach i gnębią ich, zamiast im pomagać. Mamy tu do czynienia z efektem przemieszczenia agresji. Neal Miller pokazał, jak to działa. Kumulująca się złość, na przykład z powodu nieuchronnego w tych warunkach ograniczenia swobody wyboru, będzie się kierować na niewinne, a dostępne obiekty. W tej chwili są to lekarze. Wkrótce będą nimi nauczyciele, policjanci i inni, na przykład spekulanci. 

Można to przewidzieć. Można by skorzystać z wiedzy psychologicznej, by lepiej zarządzać tym kryzysem…
Oczywiście, istnieją badania dotyczące zachowań ludzi w skrajnych sytuacjach. Można je wykorzystać w przygotowaniu polityki społecznej tak, by zwiększyć gotowość ludzi do współpracy podczas pandemii, rezygnując z zakazów lub kar, bo to zazwyczaj nie działa. Daje przeciwny efekt. Aktywizacja myśli o śmierci paradoksalnie zwiększa gotowość zachowań ryzykownych. Pokazał to w swych badaniach między innymi Krzysztof Kaniasty. Jak sam mówił mi: „W Ameryce nikt tego nie chce słuchać. Mam poczucie bezużyteczności”. Wiedza, jaką mamy do dyspozycji, jest beztrosko marnotrawiona.

Nie jest to racjonalne. Z jednej strony dbamy o swoje interesy, a z drugiej robimy różne rzeczy, które nam szkodzą. Rzucamy sobie kłody pod nogi… 
Życie towarzyskie i imprezowe najbardziej kwitnie podczas sesji, gdy studenci powinni przygotowywać się do egzaminów. A jeden z wybitnych uczonych przyznał, że przed swoim kolokwium habilitacyjnym całą noc czytał kiepską powieść kryminalną. 

Dlaczego to robimy?
Skoro takie zachowanie jest powszechne, to czemuś zapewne służy. Najprawdopodobniej pomaga poradzić sobie z lękiem przed porażką czy kompromitacją. Częściej kłody pod nogi rzucają sobie kobiety. W powszechnym przekonaniu mają mniejsze szanse na sukces – same w to uwierzyły i bardziej obawiają się, że wynik działania będzie niekorzystny. Utrudniając sobie działanie, zyskują wygodne alibi. Wróćmy do wspomnianego uczonego – jeśli by nie poradził sobie z kolokwium, mógłby powiedzieć: „Gdybym nie czytał przez całą noc kryminału, na pewno bym zaliczył”. A jeśli mimo „kłód” wynik kolokwium okazałby się pozytywny, tym większe poczucie kompetencji i dumy z własnych zdolności. Strategia rzucania sobie kłód pod nogi pozwala odłączyć porażki od „ja”, a przyłączyć do niego sukcesy.

Powszechnym i równie przeciwskutecznym zachowaniem jest też odwlekanie. Odkładamy zadanie na ostatnią chwilę, ryzykując, że zabraknie nam czasu na jego realizację. Dlaczego?
To również może być przejaw samoutrudniania, powodowany obawą przed działaniem diagnostycznym dla n...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy