Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

17 czerwca 2016

Psuje własnej radości

63

Łudzimy się, że w większym mieszkaniu będziemy szczęśliwsi. Cieszymy się przez pierwsze tygodnie, a potem zaczynamy porównywać się z sąsiadem obok, który ma lepszy widok z tarasu.Na wiele sposobów psujemy sobie swoje szczęście - mówi Anna Braniecka.


MARTYNA HARLAND: – Szczęście to ruchome święto – mawiał Ernest Hemingway, nie bez racji. A psychologia udowadnia, że szczęście mamy w genach zapisane. I bardziej szczęśliwi, niż zwykle jesteśmy, być nie możemy. Czy tak?
ANNA BRANIECKA: – Nie do końca. Rzeczywiście przez wiele lat uważano, że szczęście jest przede wszystkim zdeterminowane genetycznie. Okazuje się jednak, że to nie do końca prawda. Dowodzą tego na przykład badania prowadzone nad bliźniętami jednojajowymi. Choć, jak wiemy, mają one identyczny materiał genetyczny, to różnią się między sobą odczuwanym poziomem szczęścia.

Jeśli nie tylko geny, to co jeszcze wpływa na nasze szczęście?
– Pionierem dociekań na ten temat jest amerykańska psycholog Sonja Lyubomirsky. Od wielu lat prowadzi na całym świecie badania, zarówno eksperymentalne, jak i korelacyjne. Według niej nasze poczucie szczęścia jest wprawdzie w połowie zdeterminowane genetycznie, ale pozostaje połowa, która od genów nie zależy.

A od czego?
– W 10 procentach nasze szczęście uwarunkowane jest sytuacjami losowymi, czyli takimi, na które wpływu nie mamy. Wygrana na loterii na moment uczyni nas szczęśliwszymi, a choroba osłabi nasze szczęście. Pozostałe 40 procent naszego poczucia szczęścia zależy od nas: od naszego stosunku do życia, od decyzji, jakie podjęliśmy, od naszych działań, a przede wszystkim od sposobów radzenia sobie z trudnościami.

Jak można „wykuwać” swoje szczęście?
– Wiele zależy od tego, jak interpretujemy sytuacje, które nam się przydarzają. Na przykład oblany egzamin czy nagłą chorobę możemy traktować jako katastrofę życiową, która przekreśli nasze cele; ale możemy też spojrzeć na takie wydarzenia jak na wyzwania, dające okazję do rozwoju. W każdej, nawet najtrudniejszej sytuacji możemy szukać jasnych stron, nowych możliwości, jakie przed nami otwiera.

Co dobrego może być w oblanym egzaminie?
– Możemy potraktować go jako okazję do pogłębienia wiedzy, choroba zaś daje nam sposobność do zweryfikowania swoich priorytetów. A wówczas może okazać się, że dzięki takim sytuacjom czujemy się lepiej i skuteczniej radzimy sobie w życiu. By być szczęśliwym, warto też pielęgnować w sobie emocje pozytywne. Możemy robić to na dwa sposoby: albo dostrzegać pozytywy w codziennych wydarzeniach, które nas spotykają – gdy widzimy szklankę do połowy pełną, lub też stwarzać sytuacje, które ucieszą nas i innych – czyli napełnią tę szklankę.

Co wtedy, gdy sprawy potoczą się nie po naszej myśli, kiedy zdarzy się nieszczęście?
– Wtedy trzeba umieć sobie z nim radzić, elastycznie dostosowując się do sytuacji i sięgając po różne strategie. Zwykle lepiej próbować rozwiązać problem, niż przed nim uciekać, ale czasem lepiej się wycofać, porzucić działanie, zadbać o własne emocje. Aby stać się szczęśliwszym, trzeba zmienić głęboko zakorzenione nawyki myślenia, przeżywania i zachowania, a to wymaga dużej konsekwencji i samodyscypliny. Rozwijanie szczęścia w dużym stopniu przypomina sytuację osoby z tendencją do tycia, która chce utrzymać ładną sylwetkę. Nie wystarczy schudnąć, przegłodzić się jednego dnia, a potem znów objadać. Trzeba stale pilnować się, by nie wrócić do dawnych nawyków – wciąż pielęgnować korzystne, szczęściodajne wzorce myślenia i reagowania, takie, które dają nam okazję doświadczania radości, podziwu, dumy, wdzięczności, nadziei czy miłości.

A co z uczuciami negatywnymi? Wydaje się, że wystarczy się ich pozbyć, nie czuć złości, żalu, gniewu, by być szczęśliwym?
– Nie do końca. Nie jest tak, że człowiek szczęśliwy doświadcza tylko emocji pozytywnych. Próba pozbycia się negatywnych emocji jest z góry skazana na porażkę. Nieuchronnie doświadczamy w życiu różnego rodzaju strat, nieszczęść, rozczarowań, musimy więc przeżywać żal, smutek czy gniew. Problem zaczyna się, gdy próbujemy te negatywne emocje wymazać, stłumić je lub im zaprzeczać. Na przykład bywa, że usilnie przekonujemy samych siebie, że wcale nie jesteśmy rozzłoszczeni czy smutni, dusimy te emocje w sobie albo uciekamy przed nimi w alkohol. Jak dowodzą dziesiątki badań, nie same emocje, ale właśnie niedopuszczanie ich kończy się dla nas niekorzystnie. Cała sztuka polega na tym, żeby je zaakceptować, pozwolić im istnieć. One są nam potrzebne, stanowią bowiem ważny sygnał, że w naszym życiu dzieje się coś złego i należy dostosować do tego swoje działanie. Na przykład smutek po rozstaniu z partnerem pomaga nam zatrzymać się i wycofać niepotrzebne zaangażowanie. Gniew umożliwia zadbanie o własne dobro i wyegzekwowanie należnych nam praw, poczucie winy sprzyja wyciągnięciu ważnych wniosków i zmianie zachowania.

Ewolucja wyposażyła nas w emocje negatywne, żebyśmy przetrwali. A po co nam emocje pozytywne?
– Przez długi czas psychologowie nie zadawali sobie takich pytań, zajmowali się głównie emocjami negatywnymi. Dopiero psychologia pozytywna zmieniła tę perspektywę. Barbara Fredrickson, autorka teorii „poszerzania – budowania” wykazała, że radość i inne emocje pozytywne są potrzebne, bo rozszerzają nasz repertuar myślenia i działania, ułatwiają kojarzenie bardziej odległych pojęć, sprzyjają odwadze i kreatywności. W efekcie pod wpływem radości jesteśmy bardziej skłonni wypróbowywać nowe, niekonwencjonalne rozwiązania i zachowania. Radość sprzyja poszerzaniu umysłu i budowaniu ważnych zasobów osobistych. Dzięki niej nabywamy nowe kompetencje.

Radośni gromadzimy zasoby, które mogą się okazać przydatne w trudniejszych sytuacjach?
– Dokładnie tak.

Możemy być szczęśliwi, doświadczając różnych emocji – i pozytywnych, i negatywnych?
– Ale w odpowiednim stosunku. Barbara Fredrickson mówi, że idealna proporcja to przewaga emocji pozytywnych nad negatywnymi w stosunku 3:1.

Czy jeśli...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy