Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Zdrowie i choroby

4 czerwca 2018

Przytul się

36

Ciało jest czymś jedynym, co mamy. Jest z nami zawsze. Choć rozsądek podpowiada, że powinniśmy o nie dbać najbardziej na świecie, często jest inaczej – eksploatujemy je, zatruwamy, odrzucamy. Dlaczego tak się dzieje?

Bohaterom „Grubasów”, filmu Daniela Arevalo, ich ciała ciążą. Nie lubią ich, mają do nich żal, jak Enrique, który wciąż tyje, a nie powinien, bo reklamuje środek odchudzający. Nie radzą sobie z cielesnymi pragnieniami, jak Paula, która chciałaby kochać się ze swoim chłopakiem, ale ten broni się, bo traktuje ciało jak świątynię. Ciała budzą w nich niechęć i przerażenie, jak u Andresa, który jest gruby podobnie jak jego przodkowie, a żaden z nich nie dożył pięćdziesiątki. Andres zbliża się do tego wieku i śmiertelnie się boi.

Zgłaszają się na terapię w nadziei, że gdy zrzucą zbędne kilogramy, uwolnią się od swych problemów. Nie wiedzą, że chudnąc, będą musieli skonfrontować się z tym, co otyłość wywołało. Ich nadmierna waga jest wyrazem wszystkiego, co łykają dzień po dniu – nie tylko pizzy i słodyczy, ale także pożądania, poczucia winy, lęku, tęsknoty, samotności i wielu uczuć, które trudno im wyrazić, zaakceptować, a nawet sobie uświadomić. Ich ciała reagują na to, z czego oni nie zdają sobie sprawy. Myśli i emocji nie można dotknąć, ale przejawiają się w ciele. Dzięki niemu wiemy, czy jest nam dobrze, czy nie. Rzeczy nabywamy, ale możemy stracić, podobnie jak relacje z ludźmi. Ciało jest z nami zawsze: w szczęściu, pracy, złości, miłości, stresie, śnie... Próbuje za nami nadążyć. A któregoś dnia mówi: dość!

Niedawno trafiła do mojego gabinetu zapłakana czterdziestopięciolatka. Po raz pierwszy doświadczyła swojej śmiertelności. Nie przeżyła wypadku, nie otarła się o zagrożenie życia – odkryła, że ma ciało… bo zaczęło szwankować. Czuła przerażenie. Nigdy wcześniej nie patrzyła na siebie przez pryzmat ciała. Była swoją głową, myślami, emocjami, ale nie ciałem. Aż ono upomniało się o swoje prawa.

Wina i martwienie się

Małe dzieci kochają siebie bezwarunkowo. Z czasem niektóre z nich przestają. Przejmują bowiem to, jak ważne w ich życiu osoby traktowały je i same siebie. Jeśli matka nie dba o siebie i swoje ciało, chcąc nie chcąc uczy dziecko, że ciało nie jest ważne. Dziecko powiela jej błędy, nieświadomie zaczyna działać jak matka. Przyjmuje toksyczne schematy reagowania, takie jak poczucie winy i zamartwianie się. Oba negatywnie wpływają na umysł i na ciało.

Poczucie winy dotyczy przeszłości. Niesiemy różne swoje niechciane zachowania i nie umiemy ich sobie odpuścić. Rozpamiętując to, co było, przegapiamy obecną chwilę, a przecież tylko w niej naprawdę żyjemy, tylko tu i teraz jesteśmy. Nie mamy wpływu na to, co już się zdarzyło. Możemy z tego wyciągnąć naukę na resztę życia albo przeprosić, to wszystko. Gdy zauważam, że zbytnio wracam do przeszłych wydarzeń, przypominam sobie przypowieść o uczniu i mistrzu, którzy wędrowali od klasztoru do klasztoru. Nie mogli dotykać kobiet, bo byli mnichami. Pewnego dnia nad rzeką spotkali kobietę, która bała się przejść przez nurt. Mistrz bez wahania wziął ją na ręce i przeniósł na drugi brzeg. Potem poszli dalej. Uczniowi jednak coś nie dawało spokoju, w końcu spytał: „Mistrzu, nie wolno nam dotykać kobiet, a ty to zrobiłeś. Jak to zrozumieć?”. Na co mistrz odpowiedział: „Widzisz, ja ją tylko przeniosłem przez rzekę, a ty niesiesz ją do tej pory”. Tak powstają ruminacje – powracające myśli o negatywnych zdarzeniach, które są podłożem depresji.

Martwienie się odnosi się do przyszłości. Tak silnie jest zakorzenione w naszej kulturze, że nawet go nie zauważamy, albo traktujemy jako coś normalnego. Martwimy się, co będzie – o dzieci, pieniądze i losy świata. Na tym często opiera się przekaz marketingowy. Czy jednak z martwienia się wynika cokolwiek, prócz kupowania niepotrzebnych rzeczy? Czy nasze dzieci będą szczęśliwsze, bo się o nie martwimy? Czy dzięki temu będziemy mieć więcej pieniędzy? Czy na świecie będzie lepiej, bo martwimy się, że tyle jest wojen i biedy? Martwiąc się, uciekamy w przyszłość. Nie pozwalamy sobie doświadczać tego, co jest tu i teraz. Czy to przypadek, że martwienie się ma wspólny źródłosłów z byciem martwym? Stajemy się zdrętwiali, nie reagujemy na to, co jest, bo martwimy się tym, co być może.

Żyjąc z poczuciem winy i martwiąc się, nie zauważamy, ile radości można poczuć teraz, wsłuchując się w śpiew ptaków wiosną lub szum deszczu w lecie. Gubimy spojrzenie bliskich osób. Tracimy kontakt ze sobą. Bieżące odczucia są katalizatorami procesów psychicznych. Im więcej bodźców dostaje ciało, tym lepiej czuje się dusza.

W więzieniu powinności

Przyszedł do mnie tata dwojga małych dzieci, pracujący w korporacji. Miał poczucie winy, że nie zajmuje się dziećmi, jak by chciał, bo wraca do domu późno, zmęczony. Martwił się, że jego małżeństwo się rozpada, bo nie ma czasu na rozmowy z żoną, na przytulanie i seks. Siedział skurczony, nogę założył na nogę, ręce skrzyżował na brzuchu. Od miesięcy borykał się z infekcją, która nie mijała, choć brał różne leki. Czułam, że jest zatopiony w swych powinnościach. Zapytałam, co poczucie winy i martwienie się zmienia w jego życiu? Zadajmy sobie to pytanie, gdy złapiemy się na podobnych odczuciach. Odpowiedź brzmi: nic. Zmienić cokolwiek w nas lub w świecie może tylko i wyłącznie działanie, wyjście z utartego schematu. Ponieważ u mojego klienta nie wchodziła w grę zmiana pracy, przestawiliśmy trochę tryb życia. Skoro wracał do domu późno, na bycie z rodziną pozostawał ranek. Wykorzystał ten czas na zabawę z dziećmi i tulenie żony. Przestał się martwić i dręczyć poczuciem winy. Po tygodniu znikła infekcja i poczucie zmęczenia.

W podejściu kontekstualnym mówi się, że jeśli nie prowadzimy życia zgodnego ze sobą, bo robimy rzeczy, których tak naprawdę nie chcemy robić, to wcześniej czy później pojawia się depresja. Czy jest coś, co robimy, bo wypada, trzeba, należy lub musimy? Może wolelibyśmy pływać, a nie biegać, bo nasz partner biega? A może chcielibyśmy pracować w urzędzie, a nie w rodzinnej firmie? Może lepiej się czujemy, jedząc trzy posiłki dziennie, a nie pięć, jak zalecają dietetycy? Zobaczmy, co się dzieje w naszym ciele, gdy myślimy o tym, co robimy ze względu na powinności. Prawdopodobnie pojawia się skurcz w brzuchu albo ucisk w klatce piersiowej, czujemy suchość w gardle, zalewa nas fala gorąca albo zaciskają się szczęki. Czujemy się jak w więzieniu, z którego pozornie nie ma ucieczki.

Żyjąc pod dyktando powinności, robimy sobie krzywdę. Reagujemy napięciem, które negatywnie wpływa na układ odpornościowy. Z czasem pojawiają się choroby. I choć wielu z nas to czuje, to jednak nic z tym nie robimy. Więzienie powinności bywa silniejsze niż instynkt samozachowawczy.

Tyrania zegara

Do powinności dołącza się tyrania zegara, w której żyjemy. Licząc sekundy w ciągłym biegu, gubimy teraźniejszość. Jak pisze filozof Alan Watts, mierzenie czasu sprawia, że chwila obecna jest niczym włos oddzielający przeszłość od przyszłości. A tylko w teraźniejszości istniejemy. Tylko tu i teraz możemy doświadczać naszego ciała, poruszeń serca i głębokiego zachwytu nad tym, co się właśnie zdarza.

Gdy opowiadam o znaczeniu „tu i teraz”, często przywołuję metaforę dzieci jadących do wesołego miasteczka. Siedzą w samochodzie, który utknął w korku. Jedno z nich płacze i narzeka, bo chce już być w wesołym miasteczku! Drugie wygląda przez okno: przygląda się innym kierowcom, patrzy na chmury na niebie, widzi ich niezwykłe kształty. Jest tu i teraz, bez oczekiwań, po prostu jest. Którym dzieckiem chcielibyśmy być na dłuższą metę?

Alan Watts mówi, że aby osiągnąć spełnienie w jakimkolwiek obszarze, trzeba doświadczyć nieskończonej teraźniejszości, poddać się rytmowi czynności. Można to porównać do tańca w rytm muzyki. Ona wyznacza czas – nie przyspieszamy więc ani nie zwalniamy. Spieszenie się albo spowalnianie jest oporem wobec teraźniejszości. Im mniej czasu spędzamy w „teraz”, tym bardziej ignorujemy swoje ciało i tym większa pojawia się frustracja. A wtedy trudniej być ze sobą i tym bardziej zwracamy się ku przyszłości, do mitycznego jutra, gdzie rozwiązują się wszystkie problemy i jakimś cudem realizują się nasze marzenia. W ten sposób wpadamy w pułapkę, bo przyszłość z natury jest niepewna. Życie w przyszłości (lub co gorzej – w przeszłości) sprawia, że w pewnym momencie zderzamy się z rzeczywistością.

Jedna minutka uważności

By uwolnić się od tyranii powinności i pośpiechu, trzeba wyjść z dotychczasowych schematów. Przeciwieństwem automatyzacji, przez którą często cierpimy, jest uważność. Ona pozwala tworzyć nowe sposoby reagowania. Rozwija się poprzez codzienną praktykę mindfulness lub medytację. Dzięki temu uczymy się patrzeć na siebie z boku i zauważamy schematy, które nas zniewalają. Pojawiają się pytania: po co to robimy? Co osiągamy takim zachowaniem? Czy na pewno czujemy się z tym dobrze? Czy będzie nam to służyło na dłuższą metę? A jeśli odpowiedź brzmi: nie – co możemy zrobić, by być w zgodzie ze sobą?

Nie zawsze możemy codziennie poświęcić godzinę na praktykę medytacji. Ale wystarczy minutka, c...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy