Dołącz do czytelników
Brak wyników

Nałogi i terapie , Laboratorium

17 listopada 2015

Pod trzeźwym aniołem

91

- W naszym życiu było jakieś wolne miejsce, w które alkohol się wpasował jak w puzzle. Trzeźwiejąc, trzeba zmienić obraz tej układanki, by żadne uzależnienie tam już nie pasowało - mówi Bohdan Woronowicz.

Dr n. med. Bohdan Woronowicz jest lekarzem psychiatrą i seksuologiem, certyfikowanym specjalistą i superwizorem psychoterapii uzależnień.
Po stażach i szkoleniach w Stanach Zjednoczonych przeniósł na grunt polski nowe podejście do leczenia uzależnień – według tzw. modelu Minnesota i nowoczesne metody, oparte na oddziaływaniach psychoterapeutycznych. Napisał wiele książek, ostatnia to Dasz radę – zapis rozmów o pokonywaniu uzależnień.

Dorota Krzemionka: – Statystyki dowodzą, że pijemy coraz więcej. Kiedyś się mówiło, że komuna nas rozpija...
Bohdan Woronowicz:
– A teraz, że jest to przejaw stresu… i bezmyślności. Statystyki alarmują. Gdy w latach 80. ubiegłego wieku rejestrowane spożycie wynosiło nieco ponad 8 litrów spirytusu na głowę, mówiono o zagrożeniu narodowego bytu. Teraz zbliża się ono do 10 litrów! Żyje nam się lepiej, ale w większej niepewności. W każdej chwili możemy stracić pracę, a nową znaleźć niełatwo...

Coraz więcej osób nie wytrzymuje napięcia, sięga po alkohol. Co im daje?
– Pozwala niwelować różne deficyty. Ktoś nieśmiały po alkoholu zyskuje pewność siebie. Ktoś inny nie potrafi się bez alkoholu odprężyć. Zaczynamy pić, bo chcemy poprawić swoje samopoczucie, uciec od problemów, poczuć się lepiej. I tak się czujemy, póki się nie uzależnimy.
Pijemy więcej, bo alkohol jest stale dostępny i widoczny. Dzieci widzą, jak dorośli piją. Pan poczęstował swoje nastoletnie dzieci alkoholem...
– Zdawałem sobie sprawę, że to kontrowersyjne posunięcie, ale wolałem, by poznały smak alkoholu w mojej obecności niż w towarzystwie kolegów. Wiedziałem, że i tak się z nim nieuchronnie spotkają na kolejnej prywatce. Zakładałem, że jeśli koledzy stwierdzą: „Co, boisz się?”, to córka, a szczególnie syn będzie mógł powiedzieć: „Nie. Próbowałem i nie smakuje mi”.

Na szczęście alkohol im nie posmakował. A zarazem przestał być owocem atrakcyjnym, bo zakazanym.
– Wielu rodziców mówi dziecku: „Będziesz mógł się napić, gdy będziesz pełnoletni”. I dziecko czeka, a gdy w końcu może się napić, to wydaje mu się, że dzięki temu staje się dorosłe.
Prawie każdy w którymś momencie styka się z alkoholem. Tylko niektórzy się uzależniają. Co sprawia, że niektórzy nie mogą uwolnić się od niego... aż do śmierci?
– Wiele rzeczy. Ważne jest na przykład to, jak nasz organizm zareaguje na alkohol. Czy po wypiciu pojawi się lepsze samopoczucie, czy dyskomfort.

Chodzi o zdolność organizmu do rozkładania aldehydu octowego, który powstaje z alkoholu etylowego. Jest ona różna zależnie od rasy.
– Tak, na przykład u wielu Azjatów bardzo „leniwa” jest dehydrogenaza aldehydowa, czyli enzym rozkładający ten aldehyd, który jest wielokrotnie bardziej toksyczny od samego alkoholu.
Działanie antikolu czy esperalu polega na tym, że zawarty w nich disulfiram opóźnia rozkład aldehydu, dlatego po wypiciu alkoholu wzrasta jego poziom i czujemy się paskudnie.

Czyli reagujemy wtedy na alkohol trochę tak jak Azjaci. Niestety, Słowianie...
– Mają dobre dehydrogenazy i tolerują większe dawki alkoholu. Poza tym to jest przekazywane pokoleniowo – z tego powodu dzieci alkoholików są w grupie większego ryzyka. Kiedyś uczono, że mając 3–4 promile alkoholu we krwi, można umrzeć. Teraz niektórzy mają 7 i więcej promili i żyją. Z pokolenia na pokolenie organizm wypracowuje tolerancję na alkohol. Ważne jest też, jak umiemy sobie radzić z emocjami lub z presją ze strony innych. Ryzyko picia wzrasta, gdy czujemy się samotni, zdenerwowani, mamy problemy z byciem między ludźmi. Wtedy szukamy czegoś, co poprawi nam samopoczucie.

Mówi Pan o dwóch grupach osób, które mają większe niż inni szanse, by się uzależnić: o poszukiwaczach ulgi i łowcach nagród.
– Ci pierwsi piją, bo wiecznie czują się byle jak. Nie mogą znaleźć swojego miejsca, czują się samotni i przygnębieni. Szukają czegoś, co by ich wyrwało z dołka albo dodało odwagi w kontaktach z ludźmi. Ci drudzy ciągle poszukują dodatkowych wrażeń, nie wystarcza im dotychczasowa stymulacja, chcą dostarczyć sobie adrenaliny, pobudzić układ nagrody w mózgu. Jedni i drudzy mogą się uzależnić od alkoholu, choć z różnych powodów.

Jak rozpoznać, czy jesteśmy uzależnieni?
– Jest powiedzenie: jeśli chcesz wiedzieć, czy jesteś od czegoś uzależniony, spróbuj sobie tego odmówić.

Czasem alkoholik potrafi sobie odmówić alkoholu...
– Pytanie, na jak długo i po co to robi? By innym i sobie udowodnić, że nie jest z nim źle. Przez jakiś czas „idzie w zaparte” i pokazuje: proszę bardzo,
mogę nie pić. Ale jeżeli nie podejmie leczenia, szybko wraca do picia, bo utracił nad nim kontrolę. Gdy ktoś za dużo wypił, to postanawia, że przez tydzień nic nie wypije albo poprzestanie na jednym piwie. Alkoholik nie jest w stanie dotrzymać takich obietnic.

Jak twierdził badacz alkoholizmu Elvin M. Jelinek, uzależnienie jest wtedy, gdy picie przynosi różne szkody, a mimo to nie przestajemy pić. Teraz coraz więcej jest tzw. wysokofunkcjonujących alkoholików. Piją i niczego nie zawalają...
– Myślę, że różne rzeczy zawalają, ale na początku potrafią to jakoś odkręcić. Mają zaplecze, które ich chroni. Trafiali do mnie ludzie, którzy pełnili ważne funkcje i od rana chodzili ululani. Mieli asystentów, którzy załatwiali, co trzeba. W którymś momencie jednak to się musi załamać, szef zaczyna się gubić...

Inni to widzą. Jest powiedzenie: jeśli dziesięć osób mówi, że jesteś chory, połóż się do łóżka. Alkoholikowi wiele osób mówi, że ma problem...
– A on nie chce się położyć. Zawsze potrafi sobie wytłumaczyć, że pije, bo: szef krzywo na niego spojrzał, żona coś nie tak zrobiła, dzieci zachowują się za głośno, albo za cicho.

Z takiego racjonalizowania wynikają różne mity, na przykład ten, że nie jestem alkoholikiem, bo nie piję codziennie. Albo: piję tylko wino, więc problem mnie nie dotyczy...
– Miałem pacjenta, którego przywieziono z psychozą alkoholową po kilkutygodniowym ciągu picia. Zwykle nie pytam, czy ktoś jest alkoholikiem, ale pomyślałem: ciekawe, co mi powie. Więc pytam: „Czy pan jest alkoholikiem?”. A on: „Ja? Skądże!”. „A kto, według pana, jest alkoholikiem?” „To ktoś, kto pije codziennie.” Ja na to: „Pan przez ostatnie dwa tygodnie pił codziennie”. On: „Ale tylko dwa tygodnie. A poza tym alkoholik nie pracuje”. Mówię: „Z tego, co wiem, wyrzucili pana z roboty i od tygodnia pan nie pracuje”. „Ale wcześniej pracowałem.” Dopytuję dalej: „Kto jest alkoholikiem?”. „To ktoś, kto wynosi z domu magnetofon i sprzedaje na alkohol.” Ja: „Żona mówiła, że ostatnio wyniósł pan z domu kożuch i sprzedał”. Na co on: „Ale mój kożuch to nie magnetofon”.

Przez taki mur zaprzeczeń trudno się przebić. Czy film „Pod Mocnym Aniołem” nie podtrzymuje podobnych iluzji?
– Moim zdaniem tak. Myślę, że Jerzy Pilch i Wojciech Smarzowski mają na sumieniu parę osób. Ktoś, kto popija „kulturalnie”, po obejrzeniu tego filmu nigdy nie zidentyfikuje się z chorobą. Powie: „Patrz, alkoholik to ten, kto robi pod siebie i rzyga”.

W filmie alkoholikami są głównie mężczyźni. To kolejny mit. Bo przecież media pokazują młode matki w sztok zalane...
– Do niedawna kobiety kryły się z piciem. Pijany mężczyzna i pijana kobieta byli zupełnie inaczej traktowani. Teraz kobiety, szczególnie młode, robiące karierę, dobrze zarabiające i wykształcone, dorównują mężczyznom i zawodowo, i w piciu, a niejednokrotnie...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy