Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

27 czerwca 2017

Numer 416 czyli jak mogę się stać i okrutnym strażnikiem, i bezradnym więźniem

70

Jak to się dzieje, że zwykli ludzie w pewnych okolicznościach stają się oprawcami? Eksperyment Philipa Zimbardo pokazuje, jak dramatycznie zmienia się wtedy zachowanie ludzi.

Wyobraź sobie, że nagle zabrano cię z domu, zakuto w kajdanki i zawieziono w miejsce, gdzie obowiązują zupełnie inne reguły niż te, które znasz. A potem rozebrano cię do naga, ogolono ci głowę, kazano założyć upokarzający strój, wokół nogi zawiązano łańcuch i pozbawiono wszelkiej prywatności. Od tej pory ktoś inny decydowałby o wszystkim w twoim życiu, nawet o tym, czy i kiedy możesz skorzystać z toalety. Czy nadal byłbyś sobą w tej sytuacji? Czy chciałbyś i potrafiłbyś się dostosować do tych reguł, czy próbowałbyś się zachowywać jak dotąd?

POLECAMY

A może przypadłby ci w udziale inny scenariusz. Wyobraź sobie, że dostałeś mundur, pałkę, a razem z nimi władzę i prawo decydowania o losie innych ludzi. Nawet o tym, czy i kiedy mogą skorzystać z toalety. Czy nadal byłbyś sobą w tej sytuacji? Czy zachowywałbyś się tak samo?

Pytanie: co robią dobrzy ludzie w złym miejscu?
Dlaczego więzienia są tak nieludzkie? Skąd się bierze okrucieństwo strażników i zezwierzęcenie więźniów? Jakie są behawioralne i psychologiczne konsekwencje sytuacji, gdy zwykli ludzie stają się nagle więźniami lub strażnikami więziennymi?

Takie pytania były punktem wyjścia eksperymentu, jaki Philip Zimbardo razem z Craigiem Haneyem i Curtisem Banksem przeprowadzili w 1971 roku na terenie Stanford University. Próby wytłumaczenia patologii w takich instytucjach jak więzienie, często nawiązują do hipotezy dyspozycji. Zgodnie z nią, relacje w więzieniu zależą od „natury” ludzi, którzy tam przebywają. Okrucieństwo strażników jest wynikiem ich sadyzmu, braku wykształcenia i wrażliwości. A przemoc jest logicznym skutkiem uwięzienia, wbrew woli, osób impulsywnych i agresywnych. Hipotezy dyspozycji nie sposób zweryfikować poprzez obserwację już istniejących więzień. Nie można tam bowiem oddzielić wpływów otoczenia od trwałych cech więźniów i strażników. Co zatem można zrobić? Należy zaprojektować nowe więzienie, porównywalne do tych istniejących, i wprowadzić tam osoby, które wstępnie nie różnią się od reszty społeczeństwa. Tak też zrobiono.

Badani: zdrowi i normalni
Eksperymentatorzy zamieścili w prasie ogłoszenie, zapraszając osoby zainteresowane badaniami dotyczącymi realiów w więzieniach. Za udział w eksperymencie płacono 15 dolarów dziennie. Zgłosiło się 75 osób, wszystkie zostały poddane badaniom psychologicznym, pozwalającym określić ich dyspozycje. Aby wykryć ewentualne zaburzenia osobowości, posłużono się Inwentarzem Osobowości Andrew Comreya (Camrey Personality Scales). Jego podskale dotyczą: ufności, skrupulatności, konformizmu, aktywności życiowej, równowagi psychicznej, ekstrawersji, męskości oraz empatii. Wykorzystano też Skalę F Theodora Adorno do pomiaru konwencjonalizmu wartości i uległości wobec autorytetów oraz Skalę Makiawelizmu Richarda Christiego i Florence Geis.

Do udziału w eksperymencie ostatecznie wybrano 21 osób. Byli to normalni, zdrowi, odporni emocjonalnie, dojrzali i inteligentni młodzi mężczyźni z klasy średniej, studenci różnych uniwersytetów. Żaden z nich nie wykazywał najmniejszych skłonności do zachowań antyspołecznych, nie wszedł w konflikt z prawem, nie miał zaburzeń emocjonalnych.
Rzut monetą decydował, komu z nich przypadnie rola więźnia, a komu strażnika. A zatem ich przyszła rola wynikała z przypadku. Ostatecznie wybrano 10 więźniów i 11 strażników. Uczestnicy eksperymentu nie znali się nawzajem. Co ważne, początkowo nie było żadnych różnic między strażnikami i więźniami.

Sztuczne więzienie: kraty i karcer
Sztuczne więzienie urządzono w piwnicy Wydziału Psychologii Uniwersytetu Stanforda (Południowa Kalifornia). Pracownie zamieniono na trzy niezbyt duże cele (185 x 275 cm), w drzwiach zamontowano stalowe kraty. W każdej z cel umieszczono trzech więźniów.
Szafa wbudowana w ścianę służyła jako karcer – było to ciemne i małe pomieszczenie (o wymiarach 61 x 61 x 214 cm). Eksperymentatorzy nie zamierzali odtworzyć w szczegółach prawdziwego więzienia. Próbowali natomiast stworzyć jego funkcjonalny odpowiednik i wywołać u badanych analogiczne efekty psychologiczne.

Rola: być więźniem, być strażnikiem
Żaden z uczestników eksperymentu nie otrzymał instrukcji, jak ma się zachowywać w roli więźnia lub strażnika. Strażnikom przed rozpoczęciem eksperymentu udzielono jedynie ogólnych wskazówek. Jak powiedziano, ich zadaniem jest „utrzymywanie porządku w więzieniu”. Uprzedzono, że będą musieli radzić sobie z nieprzewidzianymi wypadkami (np. próbami ucieczki). Prawdziwi strażnicy zazwyczaj też są niewiele lepiej przygotowani psychologicznie do wykonywania swoich zadań. Podkreślono, że podczas eksperymentu pod żadnym pozorem nie wolno im bić więźniów. Mogą jednak nękać ich w inny sposób: wzbudzać strach, kontrolować, wmawiać, że są całkowicie zależni od strażników.
Więźniów zaś uprzedzono, że będą przebywać pod stałym nadzorem, a ich prawa obywatelskie mogą zostać naruszone.

Uniform i numery: anonimowi i identyczni
Dla każdej z grup – strażników i więźniów – przewidziano identyczne ubrania. Strażnicy dostali uniformy koloru khaki, kojarzące się z dyscypliną wojskową. Wręczono im kajdanki, gwizdki i policyjne pałki – symbole władzy i dominacji – oraz lustrzane okulary przeciwsłoneczne, uniemożliwiające kontakt wzrokowy. Dla więźniów przygotowano koszule do kolan, z numerem identyfikacyjnym wypisanym z przodu i z tyłu. Łańcuch wokół kostki u nogi miał im nieustannie (nawet w czasie snu) przypominać o upokorzeniu. Na głowy założono im czapki z nylonowych pończoch, które zacierały różnice w długości włosów, kolorze i sposobie uczesania (temu samemu służy golenie głowy w więzieniach i w wojsku). Nie mogli mieć w celi żadnych przedmiotów osobistych.Identyczne ubrania więźniów i uniformy strażników upodabniały ludzi do siebie do tego stopnia, że postronny obserwator nie był w stanie ich odróżnić.

Początek: aresztuję się
W pierwszym dniu eksperymentu współpracująca z eksperymentatorami policja z Palo Alto „aresztowała” bez uprzedzenia tych uczestników eksperymentu, którym przypadła rola więźniów. Pojmano ich w domach. Policjant przedstawiał im zarzut włamania lub napadu z bronią w ręku. Następnie zakuwano ich w kajdanki, rewidowano – często na oczach sąsiadów – i przewożono na posterunek. Zdejmowano im odciski palców i zakładano kartoteki. Następnie, z zawiązanymi oczami, przewożono ich do sztucznego więzienia, tu kazano im rozebrać się do naga, poddano odwszeniu (spryskiwano ich dezodorantem). Przez chwilę stali nago na „dziedzińcu więziennym”. Potem wydano im stroje więzienne, zrobiono zdjęcie policyjne, w końcu umieszczano ich w celach i kazano zachowywać milczenie. W tych warunkach więźniowie mieli przebywać 24 godziny na dobę. Strażnicy pracowali po trzech na ośmiogodzinnych zmianach.

Reguły: trzy wyjścia do ubikacji
Gdy wszyscy więźniowie zostali ulokowani w celach, naczelnik powitał ich i przedstawił reguły obowiązujące w więzieniu. Do więźniów zwracano się, używając tylko ich numerów identyfikacyjnych. Dostawali codziennie trzy niesmaczne posiłki i pozwalano im na trzy wyjścia do ubikacji – pod nadzorem strażnika. Co jakiś czas – w dzień i w nocy – odbywały się apele. Strażnicy ustawiali więźniów w szeregu i liczyli. Chcieli w ten sposób sprawdzić, czy wszyscy więźniowie są obecni, czy znają swoje numery identyfikacyjne i czy stosują się do zasad obowiązujących w więzieniu. Z czasem jednak apele stały się okazją do prześladowania więźniów.

Role: to tylko na niby
Obserwowano reakcje więźniów i strażników w tym sztucznym więzieniu. Wykorzystano nagrania wideo i magnetofonowe. Początkowo uczestnicy eksperymentu dostrzegali umowność sytuacji, nie traktowali jej poważnie. Więźniowie śmiali się, rozmawiali, strażnicy czuli się nieco głupio, wydając im polecenia. Pierwszy dzień minął bez problemów, dlatego nikt nie był przygotowany na bunt, który wybuchł drugiego dnia. Więźniowie z celi nr 1 zabarykadowali drzwi pryczami. Zdjęli czapki, zdarli swoje numery identyfikacyjne, strażników wyzywali od faszystów. Ci wezwali posiłki, bunt stłumiono. I znikła umowność sytuacji.

Przemiana: co się stało z tymi ludźmi?
Więźniom zabrano prycze. Dla tych, którzy nie brali udziału w buncie, urządzono celę uprzywilejowanych. Pozwolono im umyć się, dano dodatkowy posiłek – a reszta mogła tylko patrzeć, jak jedzą. Przemieszano więźniów w celach – w efekcie naruszono ich zaufanie i solidarność.
Już po pierwszym dniu prawa przysługujące więźniom zostały zdefiniowane przez strażników jako „przywileje”, na które więźniowie musieli zasłużyć, posłusznie wykonując polecenia. Nagrodą stało się pozwolenie na zjedzenie posiłku, skorzystanie z toalety, palenie papierosów. Czasem nagrodą był brak kary. Z każdym dniem (i nocą) apele stawały się coraz dłuższe, przeciągały się nawet do kilku godzin. Więźniowie musieli robić pompki, czyścić toalety gołymi rękami, polerować strażnikom buty. Nocą załatwiali się do wiader, opróżnienie ich zależało od widzimisię strażników.

W zaskakująco krótkim czasie grupa normalnych studentów przeistoczyła się w strażników więziennych, którzy zdawali się czerpać przyjemność ze znieważania i poniżania rówieśników, którym los przydzielił rolę więźniów. A więźniowie – choć mieli całkowitą swobodę wyboru zachowań – stali się bierni i zależni. O czym rozmawiali ze sobą w celach? O sympatiach, zajęciach na uczelni i o tym, co będą robić, gdy eksperyment dobiegnie końca? Nic z tego. Aż 90 proc. czasu zajmowały im takie tematy, jak: podłe jedzenie, kary, brutalność strażników i sposoby wkradania się w ich łaski, no i oczywiście plany ucieczki z więzienia. Nawet w trakcie prywatnych rozmów nie przestawali odgrywać narzuconej im roli. W efekcie prawie nic nie wiedzieli o sobie nawzajem, nie znali swych doświadczeń ani marzeń. O towarzyszach niedoli więźniowie wypowiadali się przeważnie nieprzychylnie (aż 85 proc. negatywnych opinii), przyjmując wobec nich taką samą negatywną postawę, jak strażnicy. Nic dziwnego, że spadło ich poczucie własnej wartości. U niektórych więźniów pojawiły się oznaki depresji, napady płaczu i lęku, wybuchy złości. Pięciu z nich zwolniono wcześniej z powodu zaburzeń emocjonalnych. Zdarzenia wymknęły się spod kontroli. Szóstego dnia zakończono eksperyment, choć planowano, że potrwa dwa tygodnie. Więźniowie byli zadowoleni z tej decyzji. Natomiast wielu strażników wydawało się rozczarowanych, że to już koniec.

Hipoteza: źle robią nie tylko źli
Ta łatwość, z jaką sytuacja wzbudziła zachowania sadystyczne i problemy emocjonalne u osób całkowicie normalnych i wyselekcjonowanych właśnie ze względu na zrównoważenie emocjonalne, była najbardziej niespodziewanym rezultatem eksperymentu. W prawdziwym zakładzie karnym takie zachowania wyjaśniano by, odwołując się do hipotezy dyspozycji. Brutalnych strażników uznano by za osoby o skłonnościach sadystycznych i bierno-agresywnym typie osobowości, które wybrały pracę w więzieniu, bo tam mogły być agresywne. Reakcje więźniów potraktowano by zaś jako rezultat ich przeszłych doświadczeń oraz przejaw niezrównoważenia i antyspołecznych, psychopatycznych właściwości. Patologia tkwiła jednak w psychologicznej naturze sytuacji, a nie w ludziach.

Strażnik: kto tu rządzi
Choć uczestnikom nie podano szczegółowych instrukcji, jak mają się zachowywać podczas eksperymentu, to jednak zarówno strażnicy, jak i więźniowie z łatwością weszli w swoje role. A raczej rola weszła w nich.
Strażnicy, mimo zakazu, coraz częściej używali siły fizycznej, chociaż większość więźniów szybko przestała stawiać opór. Wydaje się więc, że agresja strażników była raczej konsekwencją posiadanej przez nich władzy niż reakcją na wydarzenia. Rola strażnika wiązała się z wysoką pozycją i możliwością sprawowania niemal całkowitej kontroli nad życiem innych osób. Wielu czerpało z tej władzy satysfakcję. Jeden ze strażników (nie wiedząc, że jest obserwowany), rano, gdy więźniowie jeszcze spali, przechadzał się po „dziedzińcu więziennym”, mocno uderzając pałką o dłoń. Inny strażnik przetrzymał niepoprawnego więźnia w karcerze, łamiąc zasady panujące w więzieniu. Następnie próbował ukryć przed eksperymentatorami (których oceniał jako zbyt pobłażliwych) pomysł zatrzymania więźnia w karcerze na całą noc. „Zachowywanie się w sposób autorytarny może być zabawne. Władza może sprawiać wielką przyjemność” – stwierdził jeden ze strażników. Sprawowanie władzy wzmacniało poczucie własnej wartości strażników, a najbardziej brutalni szybko stawali się przywódcami – wydawali rozkazy i decydowali o wymiarze kar dla więźniów. Brak brutalności i arogancji strażnika był oznaką jego słabości.

O skali metamorfozy strażników świadczy pamiętnik jednego z nich. Przed rozpoczęciem eksperymentu napisał: „Ponieważ jestem pacyfistą i brzydzę się agresją, nie mogę wyobrazić sobie, jak mógłbym maltretować jakiekolwiek żywe istoty”. Trzeciego dnia zanotował: „Postarałem się, aby być jednym ze strażników na dziedzińcu, ponieważ była to moja pierwsza szansa, aby nacieszyć się władzą, która naprawdę sprawia mi przyjemność. Przyjemnie jest być ważną figurą i mieć niemal pełną kontrolę nad tym, co się dzieje.” A piątego dnia opisywał, jak próbował siłą nakarmić więźnia, który nie chciał jeść: „(...) jedzenie spływało mu po twarzy. Trudno mi uwierzyć, że ja tak postępuję.”

Gdy po zakończeniu eksperymentu pytano strażników, dlaczego poniżali więźniów, większość odpowiadała, że „tylko odgrywali rolę” pozbawionego skrupułów strażnika. Zarazem żaden ze strażników nie wątpił w to, że więźniowie naprawdę cierpieli. Jeden stwierdził: „Oni [więźniowie] nie uważali tej sytuacji za eksperyment. To wszystko było dla nich rzeczywiste i dlatego walczyli o zachowanie własnej tożsamości. A my zawsze pokazywaliśmy im wtedy, kto tu rządzi”.
Trudno być strażnikiem i nie ulec pokusie znęcania się nad innymi. W świecie, w którym ludzie posiadają władzę lub nie, każdy uczy się gardzić własnymi słabościami lub bezradnością innych.

Więzień: co może
Więźniowie początkowo odnosili się z niedowierzaniem do całkowitego pogwałcenia ich prywatności. Potem zaczęli się buntować – najpierw używając siły fizycznej, a następnie wykorzystując bardziej wyrafinowane metody, które prowadziły do podziałów i braku zaufania wśród więźniów. Oni też pragnęli mieć kontrolę nad otoczeniem. Próbowali ją zdobyć metodami dostępnymi więźniom: poprzez donosicielstwo, posłuszeństwo i całkowite podporządkowanie się. Niektórzy za wszelką cenę starali się być „dobrymi” więźniami. Pięciu próbowało radzić sobie z trudną sytuacją, wykazując oznaki zaburzeń emocjonalnych; był to bierny sposób zwrócenia na siebie uwagi. Jak stwierdził jeden z więźniów: „Poniżające traktowanie naprawdę bardzo nas upokorzyło. Dlatego pod koniec eksperymentu wszyscy byliśmy tacy ulegli i posłuszni”.

Obniżyła się samoocena więźniów. Co więcej, niektórzy z nich byli przekonani, że sami „zasłużyli” na to, co ich spotkało.
Wśród poniżonych i upokorzonych trudno o solidarność. Po stłumionym buncie więźniowie już nigdy więcej nie przeciwstawili się wspólnie strażnikom. Kiedy jeden – numer 416 – zaczął bunt i strajk głodowy, reszta nie stanęła po jego stronie. Przeciwnie, przyłączyli się do strażników i potraktowali go jak niebezpiecznego wichrzyciela. Jak powiedział jeden z więźniów: „Gdybyśmy mogli liczyć wzajemnie na siebie, sądzę, że udałoby się nam opanować więzienie. Ale kiedy zobaczyłem, że nasz bunt jest daremny, zdecydowałem się nie wychylać więcej. Inni zrobili to samo. Od tej chwili naprawdę byliśmy w rękach strażników”.

Deindywiduacja: kim tu jestem
„My, więźniowie, byliśmy w rękach strażników”. „My, strażnicy, pokazywaliśmy im, więźniom, kto tu rządzi”. A przecież to byli studenci, którzy zgodzili się uczestniczyć przez kilkanaście dni w eksperymencie. To były tylko badania. Każdy z uczestników miał swoją tożsamość, wartości, które cenił i normy, których dotąd przestrzegał. Każdy z nich był inny. Dlaczego więc tak mocno weszli w swoje role?

Wyjaśnieniem może być deindywiduacja, czyli utrata poczucia indywidualności i osobistej tożsamości, wywołana w warunkach więzienia. Poczucie tożsamości wymaga dostrzeżenia i uznania przez innych ludzi naszej wyjątkowości i niepowtarzalności. Elementem tożsamości jest nasze imię i nazwisko, niepowtarzalny wygląd, ubiór i styl zachowania oraz cała nasza historia życia. To wszystko przestało mieć znaczenie.

Przebywanie wśród obcych sobie ludzi, którzy nie znają imion i nazwisk współtowarzyszy (zwracając się do siebie używają numerów identyfikacyjnych), którzy są identycznie ubrani i w obawie przed konsekwencjami nie chcą zwracać na siebie uwagi – wszystko to doprowadziło do zaburzeń poczucia tożsamości więźniów. Jeden z nich stwierdził: „Wydawało mi się, że tracę poczucie własnej tożsamości, że osoba, która zgłosiła się na ochotnika i pozwoliła się zamknąć w tym więzieniu (bo dla mnie to było i dalej jest więzienie, a nie eksperyment) jest mi obca, obca tak bardzo, że w końcu stałem się tylko numerem 416. I to ten numer – 416 – kierował moim zachowaniem.”

Wskutek deindywiduacji dotychczasowa tożsamość badanych znikała. W jej miejsce pojawiało się poczucie nowej tożsamości – grupowej. Dla więźniów nowa tożsamość wiązała się z zależnością i upokorzeniem. Dlatego przestali wykazywać inicjatywę, tracili wrażliwość emocjonalną i stawali się coraz bardziej ulegli.

W przypadku strażników elementem nowej tożsamości była władza i dominacja. Bycie jednym ze strażników dawało im poczucie mocy i własnej wartości. „Wkładasz mundur, dostajesz rolę, a raczej pracę. Musisz zapanować nad tymi ludźmi. I nagle stajesz się kimś innym”. Niektórzy próbowali się odciąć do tego, co robili. Jak stwierdził jeden ze strażników: „To popychanie, te kłamstwa, to nie byłem ja... Musiałem udawać – i to właśnie było najgorsze”. A jednak to „udawanie” nie pozostało bez wpływu na ich tożsamość. „Kiedy to robiłem, nie czułem żadnego żalu ani winy. Dopiero później pojawiły się refleksje i wyrzuty sumienia. To była część mnie, której wcześniej nie znałem”.

Zależność i niepewność: bierny, bo bezradny
Co najbardziej dawało się we znaki więźniom? Po zakończeniu eksperymentu uczestnicy stwierdzili, że najtrudniej było im znieść to, że byli zależni od zmiennych i arbitralnych reguł ustalonych przez strażników. Pytanie więźnia mogło równie dobrze wywołać lekceważenie, agresję, jak i sensowną odpowiedź. Za brak reakcji na dowcip, który opowiedział strażnik, więzień mógł być ukarany równie surowo, jak za śmiech. Złamanie zasad panujących w więzieniu przez jednego z więźniów mogło prowadzić do ukarania sprawcy lub jego niewinnych towarzyszy z celi. W miarę jak środowisko stawało się coraz bardziej nieprzewidywalne, więźniowie utracili wszelką inicjatywę. Ich apatia i zobojętnienie były odpowiednikiem zjawiska wyuczonej bezradności, opisanej przez Martina Seligmana.

Tak więc to nie strach przed agresją fizyczną strażników, lecz brak możliwości sprawowania kontroli był – w odczuciu więźniów – przyczyną ich bierności i zobojętnienia. Więźniowie byli zdani na łaskę lub niełaskę strażników. Np. aby skorzystać z toalety musieli otrzymać pozwolenie (nie zawsze go udzielano). Następnie zawiązywano im oczy, zakuwano w kajdanki i pod eskortą prowadzono do toalety. Podobne procedury obowiązywały w przypadku innych codziennych czynności. To uzależnienie wywoływało u więźniów regresję.

W ubraniach przypominających nocne koszule więźniowie wyglądali śmiesznie. Niscy strażnicy zmuszali wysokich i silnych więźniów do błazeńskiego i uległego zachowania, by osłabić ich poczucie męskości. Chociaż podczas zbiórek więźniowie zwykle przeważali liczebnie nad strażnikami (9 więźniów i 3 strażników), nigdy nie spróbowali ich pokonać siłą. Po zakończeniu eksperymentu więźniowie wyrazili przekonanie, że głównym kryterium doboru osób do roli była budowa ciała. Uważali, że strażnicy przewyższali ich wz...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy