Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

17 listopada 2015

Niedoskonali, wolni szczęśliwi

39

I ci, których poczucie własnej wartości szybuje wysoko jak balonik, i ci, którzy tak wstydzą się swoich słabych stron, że zapadliby się pod ziemię - wszyscy cierpimy. Drżąc na myśl o odrzuceniu, walczymy z naszymi słabościami, również tymi, których nie jesteśmy w stanie zmienić. A przecież możemy czerpać z nich siłę. Jak odkryć moc niedoskonałości?

„Cóż, nikt nie jest doskonały...” – stwierdza ze stoickim spokojem w „Pół żartem, pół serio” milioner Osgood na wieść o tym, że jego ukochana jest mężczyzną. Ta filmowa scena niezmiennie budzi rozbawienie, ale też niesie ulgę i rodzi tęsknotę za przyzwoleniem na różne odstępstwa, słabości, niedoskonałości, po prostu na wolność bycia sobą – kimkolwiek jesteśmy.

Nikt nie jest doskonały, bo i po co? Niekiedy jednak próbujemy. Ulegamy presji porównań, stawiamy sobie wymagania i wciąż czujemy się gorsi. Nie możemy uwolnić się od poczucia, że nigdzie nie pasujemy, nikt nas nie kocha, nic nie potrafimy. Jesteśmy – we własnych oczach – albo „nie dość” (atrakcyjni, odważni, błyskotliwi, zapobiegawczy itd.), albo „za bardzo” (wrażliwi, niecierpliwi, ostrożni itp.). Zawsze nie tacy, jak powinniśmy. Świat jest pełen ludzi nieszczęśliwych z powodu wymagań i warunków, jakie sami sobie stawiają. Czasami jedno złe słowo, wypowiedziane przez kogoś w przeszłości, staje się brzemieniem na całe życie. Czy tak musi być? Jak uwolnić się z pętli samooskarżeń i samobiczowania?

Siła wrażliwości
Kelly G. Wilson jest profesorem psychologii, współtwórcą intensywnie rozwijającego się nurtu terapii akceptacji i zaangażowania. Pracuje na University of Mississippi, prowadzi terapię, pisze książki; ostatnia nosi tytuł The Wisdom to Know the Difference (Mądrość to znać różnicę). Ale nie zawsze tak było. Przez 15 lat zmagał się z depresją, a swój ból topił w alkoholu i narkotykowym haju, dopóki w ramach terapii nie trafił do ośrodka, gdzie miał opiekować się głęboko upośledzonymi osobami. Poczuł, że jest potrzebny, że może komuś pomóc. To doświadczenie poruszyło go do głębi i pozwoliło rozpocząć nowe życie. Wrócił
do szkoły, dostał się na uniwersytet. Nadal pozostał niezwykle wrażliwym człowiekiem, łatwo go wzruszyć do łez. Wrażliwość, która wcześniej pchała go do działań destrukcyjnych, dziś jest jego siłą. Nauczył się ją wykorzystywać w codziennym życiu, w pracy ze studentami, pacjentami i psychologami. Nie wstydzi się swojej wrażliwości, nie ukrywa przeszłości, zaakceptował swą
depresyjną naturę. Przeżywa otwarcie i inspiruje innych do odkrywania siebie i akceptowania w pełni tego, co potocznie zwykło się określać jako słabość.
Też jestem wrażliwcem. Moja droga nie była tak wyboista, ale i tak dwukrotnie wpadłam w ciężką depresję. Teraz wykorzystuję swoje doświadczenia w pracy terapeutycznej. Często płaczę z moimi pacjentami, którzy są cudownymi ludźmi – godzą się na cierpienie, które niesie życie i... uczą się żyć od nowa, w zgodzie ze sobą, ze swoimi wartościami, tak by na koniec móc powiedzieć: to było dobre życie.

Oswajanie lęku
Anna ma 35 lat. Jest szczupłą kobietą o delikatnych rysach twarzy. Panicznie boi się wystąpień publicznych. Podejrzewa, że ten lęk zrodził się w niej po nieudanym występie na jednej ze szkolnych akademii. Później było coraz gorzej. Doszło nawet do tego, że postanowiła zrezygnować z pracy tylko dlatego, że miała wystąpić na międzynarodowym forum. Na szczęście przyjaciółka zaprowadziła ją na spotkanie z psychologiem. Pracowali nad tym, jak przetrwać prezentację. Jak poradzić sobie z dwudziestoletnim, mocno ugruntowanym lękiem?

Tak naprawdę nie można się go pozbyć. Ale można zaakceptować jego obecność i... robić swoje. Tak, jak zrobiła to Anna. Podczas kolejnych spotkań wygłaszała prezentację w obecności terapeuty i jego znajomych. Wyobrażała sobie, że stoi przed audytorium, jednocześnie obserwowała, jakie pojawiają się w niej emocje i myśli, i jakie idą za tym odczucia w ciele. W ten sposób oswajała swój lęk. Nie odganiała go, nie udawała, że go nie ma – otwarcie mówiła o jego przejawach... Ze zdziwieniem zauważyła, że lęk się zmniejszył.

Gdy nadszedł TEN dzień, Anna była zdenerwowana niewiele mniej niż zwykle. Weszła na podium i poczuła przyspieszone bicie serca, suchość w gardle, ścisk w żołądku, spocone dłonie. Tak, jak się uczyła, wzięła głębszy oddech, uśmiechnęła się i dowcipnie skomentowała to, co czuła. Podkreśliła, że praca w zespole dodaje jej sił do pokonania jednego z jej największych lęków – lęku przed wystąpieniami publicznymi. A gdy zaczęła prezentację, zapomniała o nim. Poświęciła mu dość uwagi na początku, zaakceptowała jego obecność, dzięki czemu nie musiał jej wciąż przypominać o sobie. Jednocześnie, przyznając się do swej słabości i pokazując, jak bardzo zależy jej na tym, co robi, zaskarbiła sobie przychylność zgromadzonych.

Często nie akceptujemy naszych słabości, boimy się do nich przyznać. A zarazem nie jesteśmy w stanie zmienić ich. Warto spojrzeć na siebie z boku i zadać sobie pytanie dotyczące własnych słabych punktów: czy mogę coś w tej kwestii zmienić? Jeśli mogę zmienić – pracuję nad tym. Jeśli zaś nie – uczę się akceptacji.
Choć wydaje się to proste, jednak wymaga czasu, cierpliwości, konsekwencji i systematyczności w działaniu. Podkreślam – w działaniu. Nie wystarczy myśleć, że coś zmieniamy czy akceptujemy. Nie najemy się myślami o chlebie – trzeba go upiec lub kupić, pokroić lub urwać, włożyć do ust, pogryźć i połknąć. Czynność powtarzać, aż zaspokoimy głód.

Kiedy biegniesz, po prostu biegnij
Leo Babauta prowadzi blog, który obserwuje ponad 200 tysięcy ludzi z całego świata. Żyje z prowadzenia internetowych programów wspierających zmianę i z wykładów motywacyjnych. Ma żonę i sześcioro dzieci. Jest wysportowany, zdrowy i najwyraźniej zadowolony z życia. Ale jeszcze 10 lat temu cierpiał na nadwagę, palił, miał długi, pracę, której nie cierpiał i czuł się nieszczęśliwy. W grudniu 2005 roku zapragnął zmienić swoje życie: rzucił palenie i zaczął biegać, by ulżyć sobie w stresie związanym z brakiem papierosów. Pierwszego dnia przebiegł pół mili i padł bez tchu. Stopniowo wydłużał dystans, po roku ukończył pierwszy maraton. Wstawał coraz wcześniej, by mieć czas na bieganie, i odkrył radość poranka. By zyskać energię do biegania, zaczął zdrowo się odżywiać, jadł więcej warzyw, pełnych zbóż – w końcu stał się weganinem i... sporo schudł. Odzyskał kontrolę nie tylko nad swoją wagą, ale również nad finansami: mniej wydawał, więcej oszczędzał, spłacał długi, rachunek po rachunku, aż pozbył się ich całkiem. Zaczął prowadzić blog Zen Habits, dwukrotnie uznany przez „Time Magazine” za blog roku. Napisał pierwszą książkę The Power of Less, która stała się bestsellerem, potem kolejne.

Osiem lat od rzucenia palenia ukończył pięćdziesięciomilowy ultramaraton. Na blogu napisał, że było to wyzwanie trudniejsze, niż oczekiwał. Wiele razy w trakcie biegu kusiło go, by się poddać, wrócić do domu i nie czuć już bólu. Przyglądał się tym pragnieniom, czuł ich moc i pozwalał im odejść. Przekonał się, że napinanie ciała w oczekiwaniu na ból przy kolejnym kroku tylko pogarsza sprawę. A gdy się odprężył i poddał bólowi, ten zelżał. Leo poczuł, jak ekscytujące jest bycie wśród ludzi, którzy próbują osiągnąć coś ekstremalnie trudnego.

Na 40 mili zmęczenie wzięło górę i był już bliski rezygnacji, ale wiedział, że na 44 mili czeka na niego rodzina. Nie mógł ich zawieść. Kiedy przekroczył linię mety, uniósł ręce w geście zwycięstwa. „To było moje osobiste zwycięstwo, kochałem życie. A obiad następnego dnia smakował jak nigdy”
– napisał na blogu.

Jak sam pisze, nie jest ekspertem, naukowcem czy coachem, nie ma milionów dolarów ani nie jest atletą. Ale inspiruje do zmiany tysiące ludzi. Ze swoich słabości uczynił sposób na życie. Gdyby nie one, prawdopodobnie nie miałby o czym pisać. Podkreśla to na każdym kroku. Przyznaje się do tego, że nie zawsze mu się chce, nie zawsze się udaje... Upada i wstaje, przeżywa lepsze i gorsze chwile.

Żyje według kilku prostych wskazówek, które pokrywają się z głównymi przesłankami terapii akceptacji i zaangażowania (patrz aplikacja poniżej). Zajmuje się tym, co dzieje się tu i teraz, bo tylko na to naprawdę mamy wpływ. Zamiast przemyśliwać bez końca, działa. Stara się rozeznać, co od niego zależy i to zmieniać, akceptując zarazem to, na co i tak wpływu nie ma. Zaczyna od małych celów, od przebiegnięcia kilometra, wstania pół godziny wcześniej. Cokolwiek robi, jest uważny i cały się w to angażuje: kiedy słucha, to całym sobą, kiedy biegnie, czuje każdy mięsień. Czymkolwiek się zajmuje, wie, po co to robi. Działa zgodnie ze swoimi wartościami, pamiętając o przestrzeni dla emocji. Daje sobie prawo do popełniania błędów, to z nich płynie nauka. Nawet pokonując ból podczas ultramaratonu, starał się dostrzec piękno biegu i otoczenia. Wie, że żaden pieniądz nie zastąpi tego, co czuje, gdy słyszy śpiew ptaków albo gdy patrzy w oczy ukochanej osobie. Nie dba o to, by mieć. Wzorem jest dla niego Sokrates, który ponoć lubił chodzić na targ, choć niczego nie kupował. Twierdził: „Uwielbiam odkrywać, bez ilu rzeczy jestem doskonale szczęśliwy”. Babauta też to odkrywa.

Wyłączyć umysł
Steven Hayes, współtwórca terapii akceptacji i zaangażowania, w książce W pułapce myśli pisze: „Nie zakładamy, że ludzie normalnie są szczęśliwi, a tylko bieg historii lub załamanie biologicznego funkcjonowania zakłócają ich spokój. Przypuszczamy raczej, że cierpienie jest czymś normalnym, niezwykłe są zaś te osoby, które nauczyły się osiągać spokój umysłu”. Spokój mimo cierpienia płynie ze zgody na nie, co wcale nie jest łatwe. Jak pokazują badania psychologów klinicznych dr. Johna Chilesa i dr. Kirka Srosahla, niemal wszyscy ludzie na świecie przynajmniej raz w życiu myślą o popełnieniu samobójstwa. Nawet małe dzieci mają takie myśli. Każdy z nas mierzy się z różnymi przejawami cierpienia. Jego źródłem mogą być problemy w relacjach, kłopoty w pracy, lęk lub depresja, niepohamowana złość albo niepokój, trudności z samokontrolą, z seksualnością, brak poczucia sensu albo lęk przed śmiercią. Można odnosić sukcesy w jednym obszarze, a jednocześnie doznawać cierpienia w innym. Niektóre problemy przychodzą i mijają, inne zostają z nami na dłużej, czasem na zawsze. Tak jak zgoda na ból podczas maratonu przyniosła Babaucie ulgę, podobnie jest ze zgodą na wszelkie cierpienie. Można wtedy odpuścić sobie walkę o mityczne szczęście i skupić się
na tym, co mamy do zrobienia tu i teraz. W dłuższej perspektywie da nam to poczucie szczęścia i przekonanie, że wiedziemy znaczące życie.

Co lub kto nam w takim życiu przeszkadza? Paradoksalnie najczęściej my sami, a konkretnie nasz umysł – tak skomplikowany, że jak pisał Kurt Vonengut sam siebie nie jest w stanie do końca poznać. Nasz umysł, zdolny do abstrakcyjnego myślenia, jest niezwykłą machiną i wielkim darem. Ale bywa też przekleństwem, gdy zamiast działać – myślimy, snujemy plany, dyskutujemy wciąż sami z sobą, nie podejmując żadnej decyzji. A życie płynie obok... Jedna z najsłynniejszych książek
w nurcie terapii akceptacji i zaangażowania, napisana przez Stevena Hayesa i Spencera Smitha, nosi tytuł Get Out of Your Mind and Into Your Life (Wyjdź z głowy i wejdź w życie).
Ten sam umysł, który zastawia pułapki, pozwala nam też zdystansować się do własnych myśli, zdecydować, która z nich jest warta uwagi. Od nas zależy, jakie znaczenie nadamy sytuacji i co zechcemy z nią zrobić. Te decyzje kształtują nasze życie i to, kim się stajemy. Dzięki nim nawet w najtrudniejszych warunkach możemy znaleźć choć odrobinę sensu i pogodzić się z cierpieniem.

W poszukiwaniu sensu
Victor Frankl, neurolog, psychiatra, psychoterapeuta i filozof, napisał w swojej książce Człowiek w poszukiwaniu sensu: „Człowiekowi można odebrać wszystko z wyjątkiem jednego – ostatniej z ludzkich swobód: swobody wyboru swojego postępowania w konkretnych okolicznościach, swobody wyboru własnej drogi”. W czasie II wojny światowej Frankl był więźniem trzech obozów koncentracyjnych. Gdy pojawiła się możliwość ucieczki – odmówił. Nie chciał zostawiać swoich pacjentów, choć w tamtych warunkach mógł im dać jedynie czas i dobre słowo. Jednak niesienie pomocy było dla niego ważniejsze niż wolność, a nawet życie.
Warto zadać sobie pytanie: co jest dla nas ważne? Co nadaje sens naszemu życiu? Gdy znajdziemy odpowiedź, działamy zgodne z ową wartością. I sprawdzamy... Może się okazać, że wybrana wartość nie jest jednak tym, co naprawdę ważne, więc szukamy dalej. W końcu znajdujemy – wtedy czujemy, jak rosną nam skrzydła. Wszystkie niepokonane dotychczas przeszkody już tak nie straszą. Nasz umysł nie ma czasu, by je wyolbrzymiać, zajęty jest bowiem działaniem w zgodzie z tym, co jest dla nas ważne.

Jedna z moich koleżanek jest świetnym psychologiem. Wydawało mi się, że jej wartością nadrzędną jest pomaganie innym. Zdziwiłam się, gdy powiedziała mi kiedyś, że tak naprawdę liczy się dla...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy