Dołącz do czytelników
Brak wyników

Trening psychologiczny

1 listopada 2019

NR 11 (Listopad 2019)

Miałam w życiu dużo szczęścia

51

Tyle się mówi o nienawiści. Ja też bym mogła. Ale wolę o szczęściu. Takim małym, które pomaga przetrwać dzień.

Wszystko zaczęło się sto lat temu. No dobrze, nie będę sobie dodawała lat. Mam zaledwie dziewięćdziesiąt trzy... I dobrze pamiętam tamten czas. Lepiej niż ostatnie dni.

Kijów. Lata stalinowskie. Ulica Czudnowskaja. Z jednej strony mój ukochany Park Szewczenko, gdzie jeżdżę na biegówkach, z drugiej wyniosły Uniwersytet Kijowski. Pod dziewiątką muzeum sztuki rosyjskiej, do którego bileterki wpuszczają mnie za darmo, pod piętnastką sztuki zachodniej, gdzie przesiaduję po szkole, a pod jedenastką pięciopiętrowy budynek, w którym zamieszkała nasza patchworkowa rodzina – mama, ojczym, ja i przyrodnia siostra. Ojca nie znałam. Zmarł, gdy miałam dwa lata. Nawet nie wiem, czy był Rosjaninem, Ukraińcem, czy Węgrem. Mama nie chciała o nim rozmawiać. 

Pierwsze piętro, długi, wąski korytarz, ostatnie drzwi po lewej. Trzydzieści metrów kwadratowych. Przedpokój połączony z kuchnią i pokój. A w nim mama, którą ciągle boli głowa i woła o lody. Albo się złości, bo zamiast piątki przyniosłam ze szkoły czwórkę. Biła mnie za takie „przewinienia”. Siostra była chorowita, dlatego mama nie miała do niej pretensji, gdy dostawała kiepskie stopnie. Obrywałam i za siebie, i za nią.

Bolało, ale nie bałam się. Już wtedy potrafiłam wiele znieść. I znaleźć radość w małych promykach dnia.

Chociażby w lekcjach francuskiego, który był jak okno na nieznany, brzmiący cudownymi dźwiękami świat. Języka uczyła mnie sąsiadka, dystyngowana pani z ostatniego piętra naszego domu. Lubiłam spędzać z nią czas. Tylko bardzo bała się aresztowania. Zamierała, gdy słyszała kroki na korytarzu. Ale to nie po nią przyszli, a po marynarza spod jedenastki. Pewnie za dużo widział. To z nim rozgrywałam mecze pięknie rzeźbionymi figurami szachowymi z kości słoniowej, które przywiózł mi z Afryki. 

Zabrali też wszystkich sąsiadów z prawej strony korytarza. Tam były większe mieszkania – dla tych, co trzymali z władzą. Zniknęli jednej nocy. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Zostały meble i echo, które potęgowało ciszę. 

Ojczym często prosił matkę: „Nie mów głośno, bo cię zamkną”. Ale ona nie zważając na nic, krzyczała: „ON nas wykończy!”. To mogło być w czasach głodu, który przyszedł nagle w 1932 roku. Wtedy właśnie na rozkaz Stalina całą żywność wywieziono do Rosji. Chciał w ten sposób upokorzyć i przestraszyć tych, co mieszkali na Ukrainie. Pamiętam, że ciągle byłam głodna, ale ani w domu, ani w szkole nie było co jeść. Nie wiem, jak przeżyliśmy te lata. Do dziś nie potrafię wyrzucić nawet okruszka chleba.

Wielką przyjemność sprawiała mi szkoła. Lubiłam i nauczycieli, i klasę. Trzymaliśmy się razem pomimo różnego pochodzenia. Nikt nikogo nie wyzywał od Polaka, Ukraińca, Rosjanina czy Żyda. Zajęcia prowadzono po rosyjsku. Nadal uwielbiam i potrafię wyrecytować z pamięci wiersze Puszkina, Lermontowa, Jesienina czy Majakowskiego. 

Tak, chciałam iść na studia. Rodzice mojej koleżanki z klasy grali w Teatrze Dramatu Rosyjskiego. Chodziłyśmy na wszystkie przedstawienia. Stąd pewnie moje marzenie o aktorstwie, choć nie miałam ani głosu, ani słuchu. Kto wie, jak potoczyłyby się moje losy, gdybym skończyła szkołę.

Aresztowali mnie jesienią 1942 roku, gdy byłam w dziesiątej, ostatniej klasie. Miałam wtedy 16 lat. Mój Kijów, plażę nad Dnieprem, kolejkę Funikulor, park Marjański, ławrę odebrali mi ci, którzy przyszli nocą.

Obudziło mnie walenie do drzwi. 

Tylko jeden kopniak

To nie byli Niemcy. Do mieszkania weszła ukraińska policja, która współpracowała z Niemcami. Wzięli matkę, siostrę, mnie. Na dworcu był już tłum. Mówili, że wiozą nas do Niemiec. Matkę z siostrą wepchnięto do wagonu dla rodzin, mnie zagnano do innego, ze starszymi, nie wiem czemu. Pociąg był długi, jechał wolno, jęczał. Całą drogę siedziałam gdzieś w kącie na podłodze i obiecywałam sobie, że nie będę płakać, że zniosę i to. 

We Lwowie zastała nas noc, huk samolotów i świst spadających bomb. Jedna z nich uderzyła w nasz pociąg. Byli ranni, był krzyk, płacz, bieganina. Część wagonów odczepiono, pozostałe, w tym mój, pojechały dalej. W ten sposób rozdzielono mnie z rodziną. Matkę i siostrę odnalazłam dopiero po roku. Okazało się, że mieszkały w sąsiednim obozie pracy. 

Po kilku dniach podróży ze Lwowa dotarliśmy w okolice Nordhausen w górach Harzu w Niemczech. Tak, tam był ten owiany złą sławą obóz Dora. Nie wiedziałam, że w podziemnych tunelach pod nadzorem Wernhera von Brauna powstają rakiety typu V1 i V2. Dopiero po wojnie o tym przeczytałam. 

Zakwaterowano mnie z kilkudziesięcioma dorosłymi w jednej z sal szpitalnego budynku. Byłam najmłodsza i może dlatego kijowska grupa starała się mnie chronić. Przed Niemcami, przed naszymi, przed obcymi. 

Do pracy przydzielono mnie do firmy budowlanej Hanebeck. Przez krótki czas pracowałam w sztolni, gdzie wykuwaliśmy przejścia w skałach. Od noszenia worków z kamieniami, cementem i cegłami rwało mnie całe ciało – plecy, ręce, nogi. Tylko głowę miałam jeszcze sprawną i szybko chwytałam niemiecki.

Aż pewnego dnia któryś z nadzorców zauważył, że potrafię dogadać się z Rosjanami, Ukraińcami, Czechami, Bułgarami, Polakami. No i doszedł do wniosku, że mogę być przydatna do tłumaczenia poleceń. Od tej pory miałam lżej. Tylko raz dostałam kopniaka za błąd językowy. 

Nie wiem, jak ja się tego niemieckiego nauczyłam. Myślę, że ze słuchu. A potem z książki Henryka Sienkiewicza. Raz, podczas prac przy naprawie drogi w miasteczku, z pobliskiego domu wyszedł starszy Niemiec.

Spojrzał na mnie i po...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy