Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

23 lutego 2022

NR 3 (Marzec 2022)

Mamy w sobie wszystko. O kobiecej mądrości i wierze w siebie z Katarzyną Grocholą rozmawia Edyta Żmuda

0 234

Im bardziej pragniemy i potrafimy kochać, tym bardziej otwieramy się na przeżywanie odrzucenia czy zranienie. Możemy oczywiście zamknąć się w pancernym domku i wtedy nie będą mieć do nas dostępu smutek czy głębsze emocje. Ale czy warto?

Edyta Żmuda: Kasiu, kiedy spoglądam na imponującą listę tytułów Twoich książek, zauważam, że układają się one w swoistą drogę do rozumienia samej siebie. Czytam z nich historie o dojrzewaniu do dobrej relacji ze sobą i ze światem. A Judyta natychmiast kojarzy mi się z Tobą. 
Katarzyna Grochola: Ta relacja nie zawsze jest dobra – nie zawsze jest dobra z mojej strony. Potem jednak dochodzę jakoś do rozumu i próbuję znowu nawiązać dobre relacje. A Judyta jest mną. Ja nie jestem w stu procentach Judytą, ale Judyta w stu procentach jest mną. 

Widzę, jak bohaterki Twoich książek wytrwale dążą ku sobie, zakładając, że świat jest miejscem zasobnym. Miejscem, do którego można przyjść, poprosić o pomoc, a ono poda Ci pomocną dłoń.
Świat jest miejscem bardzo życzliwym, pod warunkiem że jest tak traktowany. Na świecie jest wszelka obfitość i dla wszystkich jest wystarczająco dużo miejsca. Wiem, że to trochę śmiesznie zabrzmi w świetle badań nad zniszczeniem Ziemi, ale to my – nasz osąd, ogląd – nadajemy światu wartość. Nie jest odwrotnie. Skoro jest to jedyne miejsce, jakie mamy, to jest to miejsce, które wymaga naszej troski. Ale zauważmy, że tyle samo ludzi umiera z głodu, co z przejedzenia. Warto zdawać sobie sprawę z tego, co widzimy i co nie zawsze jest pogodne, piękne i uśmiechnięte. Natomiast możemy zawsze wybrać taką drogę, że to my będziemy tym początkiem – tej łagodności wobec świata, życzliwości wobec ludzi, troski o naszą jedyną planetę.

POLECAMY

Kiedy myślę o Kasi Grocholi, natychmiast pojawia się tytuł Ja wam pokażę! Czy dzisiejsza Judyta zakrzyknęłaby: „Ja wam pokażę!”, czy może powiedziałaby coś zupełnie innego?
Nie, dzisiejsza Judyta już nie… Już pewnie jest dorosła, choć może nie jest starszą panią jak ja. Myślę, że nie uchroniłaby się od mówienia czasami: „A nie mówiłam?!”, bo nie jest to osoba kompletnie bez wad. Na pewno jednak nie krzyknęłaby już: „Ja wam pokażę!”. To przynależy trochę do dziecka, którego nikt nie zauważa, które koniecznie musi coś udowodnić.

Gdzieś doskoczyć.
Tak, spełnić jakieś oczekiwania: „Tu może byłam bardzo niedobra, ale jeszcze wam pokażę, na co mnie stać!”. Myślę, że taka była Grochola. Pamiętam, jak pozdawałam siedem przedmiotów, z których byłam zagrożona w trzeciej licealnej (a może to było w czwartej, przy dopuszczeniu do matury?) i jak sobie pomyślałam wtedy: „Szkoło moja, jeszcze zobaczycie! Jeszcze się przejadę tutaj tą Wawelską na białym koniu!”. Trzydzieści lat później zostałam zaproszona na kolejne dziesięciolecie szkoły, zobaczyłam swoje zdjęcie na korytarzu i uśmiechnęłam się do siebie na tych schodach, myśląc, że to jest kompletnie bez znaczenia. Z czułością pomyślałam wtedy o tej Kasi, która nie uczyła się biologii, matematyki i musiała nawet śpiew pod koniec roku zdawać, bo były dużo bardziej interesujące rzeczy, niż wiedzieć, kiedy Chopin napisał swoje koncerty (a napisał je mając dziewiętnaście lat).

Czasem nam takiej czułości dla siebie brakuje. Czasem, a może nawet zbyt często, pojawiają się w naszej głowie przekonania: „Nie uda mi się”, „Lepiej się nie wychylać”, „Nie stać mnie na nic więcej”. Ale czujemy jednocześnie, że to przynosi nam smutek. Żeby coś zmienić, trzeba te przekonania skonfrontować z rzeczywistością. Często słyszę od kobiet, że łatwo powiedzieć, trudniej zrobić. Skąd brać odwagę, żeby zrobić pierwszy krok i powiedzieć głośno: „Od dzisiaj chcę inaczej, od dzisiaj będę dla siebie dobra”?
To jest trudne pytanie. Nie jestem psychologiem, choć naczytałam się mnóstwo poradników, bo kiedyś odpowiadałam na listy, więc musiałam być na bieżąco. Ale wiem, że te wszystkie fajne zdania: „Weź się w garść”, „Od jutra zaczynam coś robić” albo „Od jutra przestaję coś robić” nie mają większego sensu bez wewnętrznego umocowania w sobie. A żeby zobaczyć, co w sobie mamy, trzeba się zastanowić (najlepiej z mądrym psychoterapeutą). Można też wykonać jakąś pracę, żeby dowiedzieć się, czym zostaliśmy nakarmieni, z czym nam niewygodnie, jakie zdania bolały nas wtedy, gdy byliśmy mali. Być może są to komunikaty: „Ty się do niczego nie nadajesz”, „Niczego nie osiągniesz”, „Leń z ciebie”, „Myślisz, że wszystko łatwo przychodzi?”, „Ciężką pracą ludzie się bogacą”, „Pieniądze nie dają szczęścia”. To są te zdania, które gdzieś w nas tkwią. Albo: „Pierwszy milion trzeba ukraść, potem człowiek jest bogaty”. Czyli wniosek jest taki, że nie można zarabiać uczciwie, bo uczciwie to będzie ciężko, w znoju, z krzyżem, który się niesie. I to jest chyba pierwsza rzecz – żeby uczciwie wobec siebie sięgnąć do swojego wnętrza. Szczerze powiedziawszy, najlepiej spisać to, co w nas siedzi, bo wtedy się widzi, co mamy w sobie i co musimy opróżnić, żeby zrobić miejsce na nowe. 

Zadać sobie pytanie, z jakiego powodu nadal to ze sobą niesiemy. I czy te powody są aktualne.
Tak, zadajemy sobie pytania – czy to naprawdę jest tak, że wszyscy, którzy mają pieniądze, kradną? Czy to prawda, że jestem leniem? Bo są ludzie, którzy w dzień śpią, a w nocy ciężko pracują. Są tacy, którzy pracują zrywami. Niektórym taki dzień opisany od rana do nocy, 9:00 – praca, 17:00 – powrót, 17:30 – zakupy, może pozwala planować następny dzień, ale są ludzie, którzy wstają i rozglądają się wokół, pytając: „Co ja mam dziś do zrobienia?”. I może nic? Zawsze mi się przypomina bardzo stara przypowieść, być może o wynalazcy samochodu, a dziś można by równie dobrze uznać, że o wynalazcy komputera. Prezydent Stanów Zjednoczonych odwiedzał japońską fabrykę i wszyscy bardzo dzielnie pracowali. Ale w jednym pokoju siedział facet, trzymał nogi na biurku i gapił się w sufit. Został przedstawiony prezydentowi jako główny koordynator i szef działu wymyślania cudownych rzeczy. I prezydent mówi: „Co on tak tu siedzi, z nogami na biurku, gapi się w sufit i nic nie robi?”. A on na to: „Pamiętam, że kiedy wpadłem na pomysł, który przyniósł nam setki miliardów dolarów, to też siedziałem w ten sposób”. Mamy różne możliwości i być może nie nadajemy się do schematu „od 8:00 do 17:00”. Może niekoniecznie nadajemy się do pracy na linii produkcyjnej. Zastanówmy się, co byśmy lubili robić. 

Kiedy pojawia się w naszej głowie: „Nie stać cię na to”, to znowu możemy odwrócić to pytanie i mając wgląd w swoje zasoby, zapytać: „Na co mnie stać?”. 
Najpierw myślę, co bym chciała, a potem co mogę zrobić w tym kierunku. Bo jeśli dziś postanowię, że chcę być pierwszą tanecznicą świata, to powiedziałabym, że troszkę jest to naciągane marzenie. Ale co mogę zrobić w tym celu?

Pytam siebie, jaka jest moja prawdziwa droga. Bez oceniania, wewnętrznych zakazów i nakazów.
Tak, mówię sobie – jestem stara. Ale odrzućmy to, że jestem stara. Mam nadwątlone kości, jestem troszkę niezgrabna, ale Isadora Duncan wcale nie była szczuplutką, wiotką dziewczyną, a podobno tańczyła pięknie. Jeśli chcę być tancerką, to może powinnam zacząć od lekcji tańca? Jeśli nie mam pieniędzy, to może mogę się gdzieś zwrócić? Ludzie bardzo chętnie pomagają, gdy widzą pasję w dobrym człowieku. Wtedy wszechświat staje się przychylny. A może ktoś ze szkoły tańca mnie przyjmie za darmo? Bo będzie śmiesznie, bo to starsza pani… 

Wyobrażam sobie, że czasem takim impulsem do zmiany, do przyjrzenia się sobie, zatrzymania się, są Twoje książki. One są bardzo „przy skórze”, dotykają obszaru codzienności. Przeprowadziłam kiedyś eksperyment i zaczęłam się wsłuchiwać, ile razy w ciągu dnia słyszę od innych i od siebie słowa: „muszę” albo „nie mogę”. Takich zakazów i nakazów są dziesiątki...
Dorzucę jeszcze słowa „powinnaś”, „trzeba”…

Tak, jeszcze „nie wolno”, „nie wypada”… Jest tego wiele, zbyt wiele. I pomyślałam sobie, że byłoby cudownie, gdybyś napisała książkę Niczego nie muszę udowadniać. Nie myślisz o tym czasami? Może to byłyby słowa Judyty?
Pomyślałam sobie kiedyś przy kolejnym, cudownym przecież, poradniku, który został mi przesłany, że chętnie napisałabym książkę Jak mieć wszystko w nosie?. Jednym słowem – jak być brzydką, spokojną i nie z błyskiem… Bądź najgorszą wersją siebie – taki miałam tytuł!

Będę pierwsza po autograf!
Bądź nie najlepszą, nie najzgrabniejszą… po prostu – weź się odczep od siebie, kobieto! Tytuły zastrzegam. 

Dostajesz od swoich czytelniczek listy. Czy teraz kobiety piszą inaczej albo przychodzą z innymi refleksjami?
Zdecydowanie tak. Prawdę powiedziawszy, przychodzą do mnie wstrząsające listy. I to od osób, którym kiedyś odpisywałam. Na przykład od dziewczyny, która trzy lata temu straciła dziecko i bardzo długo pisałam do niej listy… Pisała, że będzie próbowała żyć z nadzieją. Tydzień temu dostałam od niej list, że umarło jej kolejne dziecko, dwutygodniowy chyba chłopczyk. Trochę jestem bezradna wobec tego, co przynosi życie. Bardzo się wystrzegam słów: „Weź się w garść”. Bo wziąć się w garść można wtedy, gdy ma się obok olbrzymią garść, w którą można się wtulić. Jeśli człowiek byłby w stanie ogarnąć...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy