Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

1 stycznia 2020

NR 1 (Styczeń 2020)

Kto zmienia świat

164

Gdy dostrzeżemy problem, który uderza w nasze wartości, stajemy przed wyzwaniem. Czy powiemy sobie: „Szkoda, że tak jest, chciałbym, żeby było inaczej”, czy raczej: „Szkoda, że tak jest. Sprawię, że będzie inaczej!”? Chodzi o to, by mieć wystarczającą odwagę, żeby przekuć wartości w działanie.

Agnieszka Chrzanowska: Kiedy Pan Profesor musiał zdobyć się na odwagę? Jakie pierwsze sytuacje tego rodzaju Pan pamięta?

POLECAMY

Philip G. Zimbardo: Pamiętam, jak w młodości musiałem zdobyć się na odwagę, by przeciwstawić się ojcu. Nie wierzył w sens edukacji, sam nie miał wykształcenia. Uważał, że młody człowiek powinien jak najszybciej pójść do pracy i zacząć zarabiać na życie. Ja jednak chciałem się uczyć. Wiedziałem, że ojciec mnie kocha, że chce dla mnie jak najlepiej, ale wiedziałem też, że w tej kwestii się myli. Zdałem sobie sprawę, że nie znał wartości edukacji, bo nigdy jej nie otrzymał. Przekonałem go, że jeśli zdobędę wykształcenie – skończę szkołę średnią, pójdę do college’u – będę więcej zarabiać, bo edukacja oznacza możliwość znalezienia lepszej pracy. Zgodził się, choć niechętnie. 

I tak oto o mały włos nie został Pan księgowym. 

To by było straszne! Śledzenie rachunków nie jest moją mocną stroną. Wiedząc, że chcę kontynuować naukę, ojciec zasugerował studium księgowości. Księgowych postrzegał jako osoby zawsze elegancko ubrane, które nie muszą ciężko pracować. Zostałem przyjęty, ale okazało się, że w programie nie ma ani języków, ani przedmiotów ścisłych, czyli tego, czego naprawdę chciałem się uczyć. Nie mogłem tam zostać. Ojciec zgodził się, żebym poszedł do college’u, ale pod warunkiem, że będzie bezpłatny. Na szczęście taką możliwość dawał Brooklyn College. Ojciec powiedział jednak, że skoro nie przynoszę pieniędzy do domu, to muszę sam się utrzymywać. Miał poczucie, że wybieram edukację, bo tak naprawdę nie chcę pracować. Dopiero później, kiedy odniosłem sukces, przyznał, że obrałem dobrą drogę dla siebie.

W latach 60., pracując na Uniwersytecie Nowojorskim, zaczął Pan się angażować politycznie. Z pewnością wymagało to odwagi.

Trwała wtedy wojna wietnamska, mało jednak wiedziałem o polityce, nie czytałem nawet gazet. Moje zaangażowanie w politykę sprowadzało się właściwie do udziału w wyborach. Byłem początkującym pracownikiem akademickim, zajmowałem niską pozycję, mało zarabiałem. Angażowałem się w nauczanie, dużo publikowałem, ciężko pracowałem. 

Miałem w tamtym okresie wspaniałą sekretarkę Anne Zeidberg. Działała w organizacji Women Against War. Uważała, że muszę się opowiedzieć przeciwko wojnie, że muszę zabrać głos. Mówiła, że to ważne, bo studenci będą mnie naśladować, dam im przykład. Pamiętam, jak z innymi profesorami maszerowaliśmy z transparentami, protestując przeciwko wojnie. Słyszeliśmy krzyki: „Komuchy, idźcie do pracy!”.

Potem znalazł Pan inny sposób, by wyrazić stanowisko w tej sprawie. 

Zorganizowałem całonocne wykłady. Zaczęły się o 22:00 i trwały do 8:00 rano. Zaprosiłem weteranów, mnicha buddyjskiego, ekspertów. Przyszli spotkać się ze studentami, pracownikami. Opowiadali o różnych aspektach wojny.

I tak stopniowo zaangażowałem się w działania antywojenne. Współpracownicy ostrzegali mnie, że dużo ryzykuję. Nie miałem wtedy jeszcze stałego etatu, lecz kontrakt odnawiany co rok. 

Na pewno wiele Pan też ryzykował, organizując cichy protest podczas uroczystości nadania Robertowi McNamarze tytułu doktora honoris causa w 1966 roku.

Co roku uniwersytet wyróżniał honorowym tytułem osoby, które dokonały czegoś wyjątkowego. Wtedy z jakiegoś powodu zdecydowano o nadaniu go Robertowi McNamarze, sekretarzowi obrony…

…co wyrażało aprobatę dla jego działań związanych z amerykańską polityką wojenną w Wietnamie. 

Doszedłem do wniosku, że nie możemy tak po prostu się na to zgodzić. Zaproponowałem protest, ale taki odbywający się w ciszy, z szacunkiem. Gdy zostało wyczytane jego nazwisko, kilkuset studentów i pracowników wyszło. Nie zakłóciliśmy wydarzenia, ale jasno wyraziliśmy opinię. Nie spodobało się to władzom uniwersytetu – i nie dostałem przedłu­żenia kontraktu w terminie. Gdy zapytałem, dlaczego zwlekają, usłyszałem, że jestem arogancki i potrzebuję trochę czasu, by „zmięknąć”. Uznałem wtedy, że nie jest to miejsce dla mnie.

Najpierw znalazł Pan siłę, by wbrew naciskom ze strony ojca podążać wymarzoną drogą życiową. Potem zdobył się Pan na odwagę, by zająć jasne stanowisko w ważnej sprawie polityczno--społecznej, ryzykując przy tym karierę naukową. Zupełnie różne sytuacje, każda z nich wymagała jednak odwagi. 

Czym właściwie jest odwaga?

To wyjątkowa siła wewnętrzna. Wszyscy ją posiadamy, musi jednak zostać wyrażona, by miała wartość. Odwaga jest nam potrzebna wtedy, gdy w coś bardzo mocno wierzymy i chcemy, by inni o tym wiedzieli – bo jesteśmy przekonani, że będzie to dla wszystkich dobre. Wiąże się to ze świadomością ryzyka, że inni nie zaakceptują tego, co mówimy, że podważą to, co robimy. Być może zostaniemy odrzuceni, wyśmiani, może stracimy pracę, przyjaciół. A jednak to silne wewnętrzne przekonanie motywuje nas do działania.

Nie mam czasu – bohater nigdy tak nie powie. Musimy znaleźć czas. 

 

Ludzie często wybierają jednak bezpieczeństwo. Łatwiej milczeć niż podjąć ryzyko. 

Tak, dotyczy to wszystkich, także mnie. Ludzie chcą wieść proste życie, które nie wymaga podejmowania ryzyka. Ale czasem na horyzoncie pojawia się coś, co musimy zauważyć. Tyle że nieraz łatwiej patrzeć w innym kierunku.

Gdy dostrzeżemy problem, który uderza w nasze wartości, stajemy przed wyzwaniem. Czy powiemy sobie: „Szkoda, że tak jest, chciałbym, żeby było inaczej”, czy raczej: „Szkoda, że tak jest. Sprawię, że będzie inaczej!”? Chodzi o to, by mieć wystarczającą odwagę, żeby przekuć nasze wartości w działanie.

Ikoną takiej odwagi jest dziś Greta Thunberg, szwedzka nastolatka, która zainicjowała młodzieżowy strajk klimatyczny.

Twój wolny wybór

Pielęgnowanie autonomii i wolności wyboru – to odpowiedź na pytanie, jak sprawić, byśmy nie bali się pomagać tym, którzy potrzebują pomocy. 

Ćwiczenie: Przypomnij sobie sytuację, w której mogłeś swobodnie podjąć decyzję, zdecydować o swoim zachowaniu – i była to wyłącznie twoja decyzja, nikt i nic nie ograniczało twojego wyboru, nikt nie próbował na ciebie wpływać.

Badania holenderskich naukowców pod kierunkiem Keesa van den Bosa pokazały, że przywołanie doświadczenia wolności działania sprzyja pomaganiu. Możliwość decydowania o własnym działaniu – a nie zewnętrzne zakazy czy zakazy – sprzyja zachowaniom prospołecznym. A jak pokazały badania Edwarda Deciego i Richarda Ryana, twórców teorii autodeterminacji, kiedy czujemy, że mamy autonomię, jesteśmy bardziej odpowiedzialni. 

 

Zmiana klimatu to najważniejszy problem naszych czasów. Młodzi ludzie mówią: „To nasza przyszłość, wy nam ją zabieracie. Nie pozwolimy na to!”. Martwią się o to, co przyniesie przyszłość, i mają odwagę, by działać już teraz, choć nieraz słyszą, że to nie ma sensu, że nic nie da się zrobić, że już za późno, że to strata czasu. Mają odwagę podważać taką bezsilność, bo wierzą, że to, co robią, ma sens. Maszerują ulicami i wywierają nacisk na rządy, by zmieniły politykę dotyczącą środowiska. Ważne, by angażowali też swoich rodziców – sami nie mogą jeszcze głosować, ale przec...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy