Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie

20 października 2021

NR 11 (Listopad 2021)

Kryzys psychiczny w rodzinie
„Najgorzej być w tym wszystkim samemu”

0 75

Oto powoli albo nagle, z dnia na dzień, ktoś bliski zmienia się nie do poznania, jakby stał się zupełnie inną osobą. Jego reakcje zaskakują i bolą. Pojawia się bezradność i lęk, co przyniesie kolejny dzień. Gdy bliska osoba doświadcza kryzysu psychicznego, razem z nią choruje też rodzina. O ile jednak chory może liczyć na pomoc, jego rodzina często czuje się pozostawiona sama sobie i zagubiona w niezrozumiałym dla niej świecie.

– To był mroczny czas – wzdycha Maria*. – Nie lubię wracać do niego wspomnieniami. Mieszkaliśmy wtedy z mężem na odludziu. Rodzina, przyjaciele byli daleko. Mieliśmy tylko jednych sąsiadów, przez płot. Mąż był pogodnym, zadowolonym z życia człowiekiem. Dużo żartował, śmiał się. Nie potrafię powiedzieć, od czego to wszystko się zaczęło. Chyba od drobnych uwag, sprzeczek, żalu. Kiedy? Musiało to być dobrych kilka lat po wizycie w centrum onkologicznym, gdy lekarka powiedziała mu lodowatym tonem: „Zostało panu najwyżej kilka miesięcy życia”. Tak, myślę, że cierpiał na nieleczoną depresję. Dochodziła do tego chemia, sterydy, poczucie niesprawiedliwości i świadomość, że lepiej już nie będzie. Stopniowo narastała u niego niechęć do wszystkich, z którymi wcześniej blisko żył – do mnie, rodziny, przyjaciół, a nawet sąsiadów, co było dla mnie szczególnie uciążliwe, bo nie mogłam już liczyć na ich pomoc.

Tęsknota za tym, co było

Byliśmy doskonale dobraną parą i świetnym małżeństwem. Ale w chorobie stałam się chłopcem do bicia i to na mnie wyładowywał całą swoją złość. Nie, nie było przemocy fizycznej, ale psychiczna owszem. Stwarzał sytuacje, które wiedział, że mnie zabolą i doprowadzą do konfliktu. Na przykład kazał mi na całe dnie zamykać psa, który z tego powodu strasznie płakał, a mnie pękało serce. Czepiał się też drobiazgów i miał ciągłe pretensje o źle umytą szklankę, zbyt głośno włączony telewizor, niesmaczne jedzenie. Albo wymyślał historie i wokół nich snuł swoje żale i gniew. Że kiedyś coś tam powiedziałam, obiecałam i wychodziło na to, że go oszukałam. Czasem straszył, że nabierze kredytów, by zostawić mnie z długami. Gdy już dałam się wkręcić, po kłótni zaczynał płakać. Mówił wtedy: „Oddaj mnie do domu opieki! Nie chcę już żyć!”. Wtedy robiło mi się go żal. I tak w kółko, dzień w dzień. Budziłam się rano i wiedziałam, na jakiej nucie będzie grał i co opowiadał. Życie stało się dla mnie nie do zniesienia. 
Trudno to sobie wyobrazić, ale proszę spróbować – nagle mąż zmienia się nie do poznania, ma kompletnie inną osobowość. Staje się więc obcy, a Ty zastanawiasz się, kto to jest. Miałam świadomość jego choroby – że jest taki nie dlatego, że chce, tylko z powodu zaburzeń psychicznych. Ale nie umiałam tego do końca rozgraniczyć. Z jednej strony chciałam mu pomóc, a z drugiej wchodziłam w konflikty. Nieustannie narastała we mnie złość oraz niechęć do niego i nie wiedziałam, jak sobie z tym poradzić. Myślałam, że przecież też taka mogłabym być, gdybym zachorowała. Rozpamiętywałam, jakim był kiedyś wspaniałym człowiekiem, i tęskniłam za tym mężczyzną sprzed lat.
Tak, ciągle byłam podminowana. Nie mogłam spać, nie mogłam czytać. Czekałam tylko, by w końcu się położył i by zapanował, chociaż na te parę godzin, święty spokój. Jak tylko nadarzyła się okazja, wyjeżdżałam z domu. Chociaż na 2–3 dni. Ale wtedy dzwonił do mnie po dziesięć razy i skarżył się, jak mu źle beze mnie, więc zaraz miałam wyrzuty sumienia, że pojechałam. 
Nie, nie radziłam sobie psychicznie, ale leków uspokajających nie brałam – nie chciałam. Ciągle za to płakałam i chowałam się po kątach. Kilka razy umówiłam się z psychoterapeutą, ale nic mi to nie dało. Za to dużo rozmawiałam z przyjaciółkami, które wiedziały, jaka jest sytuacja, i mogłam się przed nimi przez telefon wygadać. Po śmierci męża dopadły mnie choroby, pewnie z tego całego stresu. Siadło mi serce, ciśnienie, pojawiła się nerwica. 
Przez te wszystkie lata brakowało mi takiej systemowej opieki medycznej – kogoś, kto spojrzałby na męża, na mnie, na nas, całościowo. Zaproponował rozmowę z psychologiem, objął pomocą rodzinę. Żałuję, że nikt mi nie wytłumaczył, jak do tej choroby podejść, jak nie wchodzić w konflikty, jak zbudować ścianę, za którą mogłabym się schować. 

Wentylowanie, czyli dać upust uczuciom

– Jest takie miejsce – mówi Weronika Rybak, psycholożka i terapeutka, która pracuje z osobami po traumach, z zaburzeniami osobowości, jak również nerwicami, depresją, a także ze spektrum psychoz. – To Wolskie Centrum Zdrowia Psychicznego, przy wolskim szpitalu w Warszawie. Tam stworzyłam i prowadzę grupy wsparcia dla rodzin pacjentów z doświadczeniem głębokiego kryzysu psychicznego (celowo nie używam nazwy „chory psychicznie”, od której staramy się odejść), z diagnozą choroby afektywnej dwubiegunowej, schizofrenii, nerwicy natręctw czy głębokiej depresji. 
Już po pierwszym spotkaniu, dwa i pół roku temu, zrozumiałam, że takie grupy są koniecznością. Przecież z chorym chorują także jego najbliżsi. Można to porównać do występu orkiestry – gdy jeden z muzyków fałszuje, wpływa to na wykonanie całego utworu. Chodzi też o to, by osoby cierpiące jak najwięcej przebywały w domu, a nie w szpitalu. Stąd pomysł opieki środowiskowej. A kto jest tym pierwszym środowiskiem pacjenta? Rodzina! 
Z grupami wsparcia spotykam się raz w tygodniu przez 1,5 godziny, przez dziesięć miesięcy w roku. Podczas sesji stawiam na swobodną wymianę uczuć, myśli, doświadczeń, tak by jak najwięcej miejsca pozostawić dla uczestników. Próbujemy razem nazywać emocje, które im towarzyszą, uczymy się budować „ego obserwujące”, dzięki któremu spojrzą z boku na sytuację, w jakiej się znaleźli, a także „wentylujemy”, czyli dajemy upust uczuciom. Rodziny są przecież całkowicie zanurzone w kryzysie. Dopiero, gdy znajdą dla siebie przestrzeń, pojawia się u nich pomysł, co i jak zmienić. 
Słuchając poszczególnych opowieści, grupa reaguje, a zdająca relację osoba ma unikalną szansę wejrzenia w swój problem z różnych perspektyw. Można to porównać do przypowieści o niewidomych – mieli za zadanie dotknąć i opisać pewną istotę. Nie wiedzieli, że to był słoń. I każdy odczuwał go w inny sposób. Jeden opisał trąbę, inny uszy, a jeszcze inny ogon. Tylko będąc w grupie, rodziny chorych mają szansę zobaczyć całościowo to...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy