Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

1 sierpnia 2016

Kłopoty z samooceną 

23

Niska samoocena jest niczym kosmiczna czarna dziura. Potrafi pochłonąć całą naszą energię. Pozbawić nas radości i przyjaciół. Nie ma takiego sukcesu, którego by nie wessała. Marzeń, których by nie przemieniła w pył. Ale można wyrwać się z pola grawitacji niskiej samooceny, uwolnić się od samokrytycznych myśli. I zobaczyć siebie z drugiej, jasnej strony.

Trzydziestoletnia Barbara zgłosiła się na terapię w nadziei, że poprawię jej samoocenę. Właśnie zaczęła pracować jako pracownik socjalny. Zawsze o tym marzyła. Ale obawiała się, że nie poradzi sobie w nowej pracy. Już na początku trafiła na zrozpaczoną kobietę z dwójką dzieci – jedno to niemowlę, drugie ma poważną wadę rozwojową. Usłyszała od niej: „musi mi pani pomóc, ja już nie mam siły, pani jest ostatnią deską ratunku”. Barbara widziała jej przerażenie i bezradność, sama też była przerażona. Nie wiedziała, co robić. Czuła, że nie ma wystarczających kompetencji, by pomóc kobiecie. Obawiała się, że popełni błąd, tamta to odkryje i będzie wstyd. Skompromituje się. Inni na pewno poradziliby sobie w tej sytuacji lepiej niż ona. Te myśli i przekonania ją paraliżowały.
Barbara nie jest odosobniona w tym, co przeżywa. Szacuje się, że co trzecia osoba ma kłopoty z poczuciem własnej wartości. Mówi się wręcz o epidemii niskiej samo[-]oceny.

Niewidziani ludzie
Czym jest samoocena? Według socjologa Morrisa Rosenberga, twórcy najbardziej popularnego narzędzia do pomiaru samooceny („Ile jesteś dla siebie wart”, s. 40), jest ona postawą wobec własnej osoby. Składają się na nią dwa elementy. Z jednej strony poczucie, że jesteśmy kompetentni, oparte na doświadczeniach sukcesów i niepowodzeń. Z drugiej zaś „lubienie siebie”, które odzwierciedla postawę ważnych dla osób – czy czuliśmy się przez nich kochani, dostrzegani i akceptowani.
Szwedzka gazeta „Svenska Dagbladet” przeprowadziła w 2008 roku ankietę wśród swoich czytelników. Zapytano ich, czy czuli się „widziani” przez swoich rodziców. Co trzecia osoba odpowiedziała, że nie. Rodzice nie potrafili dostrzec ich potrzeb, gdy byli dziećmi, dać im poczucia bezpieczeństwa, pocieszyć, gdy płakali lub czegoś się bali. W takich rodzinach nie było miejsca na bliskość i okazywanie uczuć. Dziecko nie czuło się kochane i wartościowe. Przeciwnie, często wytykano mu braki, umniejszano jego osiągnięcia. Moi pacjenci jako dzieci często wstydzili się, że czegoś nie potrafią, że się skompromitowali. Znikąd nie mieli wsparcia w trudnych momentach – ani ze strony rodziców, ani nauczycieli.
Wszystkie osoby z niską samooceną obciążone są takimi negatywnymi doświadczeniami. Dla przeżywających je osób są dowodem na to, że ich negatywne przekonania o sobie są prawdziwe. Później ludzie tacy wciąż potrzebują potwierdzenia, że są coś warci. Ciągle gonią za osiągnięciami. A gdy już coś zdobędą, to okazuje się, że to nie to, że za mało, za późno, nie tak. Zachowują się tak jak jeden z braci Marx, który zwykł mawiać: „nie chciałbym należeć do klubu, który chciałby mnie mieć za członka”.

Kozioł ofiarny
Z niską samooceną trudno żyć. Rzutuje ona na przeżywane emocje, na motywację do działania i osiągane rezultaty, na relacje z ludźmi, w końcu – na nasze zdrowie. Ed Diener, badacz szczęścia z University of Illinois w Champaign, dowodzi, że osoby z niższą samooceną nie czują się szczęśliwe, mniej są zadowolone ze swego życia. Częściej doświadczają negatywnych emocji, częściej popadają w depresję. Jak pokazują badania Davida Watsona z University of Iowa, samoocena i depresyjność są tak silnie ze sobą związane, że tworzą wręcz jeden czynnik. Ludzie z negatywną samooceną myślą i zachowują się w sposób, który pogarsza jakość ich życia. Wybierają cele niedostosowane do swoich możliwości: zbyt łatwe (bo nie doceniają siebie) albo zbyt trudne (by mieć usprawiedliwienie na wypadek porażki), a jedne i drugie nie zapewniają im poczucia sukcesu. Mają słabą motywację, rezygnują w obliczu pierwszych przeszkód i trudności (które potwierdzają im wcześniejsze negatywne przekonania: a nie mówiłam, że nie potrafię). Każde swoje osiągnięcie deprecjonują (to nic wielkiego, skoro nawet ja to potrafię), porażkę przypisują sobie. Częściej niż inni napotykają na problemy w szkole czy w pracy. W relacjach z ludźmi są wycofani, brak im inicjatywy. Obawiają się, że zostaną odrzuceni przez innych i rzeczywiście często tak się dzieje. Nie należą do osób popularnych w grupie, często stają się kozłem ofiarnym. Częściej zgłaszają różne dolegliwości somatyczne, narzekają na swoje zdrowie. Popadają w kłopoty z prawem. Są mniej przystosowani społecznie.

Aby sobie poradzić, ludzie z niską samooceną rozwijają różne strategie przetrwania. Jedni dopasowują się za wszelką cenę do otoczenia, inni – ci najzdolniejsi – gromadzą osiągnięcia, by udowadniać, że są coś warci, jeszcze inni stosują strategię unikania, aby nikt nie odkrył, jak niewiele są warci. Co ciekawe, wszystkie te strategie, inaczej niż w przypadku osób z zaburzeniami osobowości, są formami zachowań społecznie akceptowanych. Jednakże używane w nadmiarze – szkodzą.

Ja kameleon
Przykładem strategii dopasowywania się jest Leonard Zelig, tytułowy bohater filmu Woody Allena, grany przez samego reżysera. Jak kameleon zmienia się zależnie od tego, z kim aktualnie przebywa. Podczas hipnozy psychiatra pyta go, dlaczego tak się dopasowuje. Zelig odpowiada, że po prostu chce być kochany. Jego samoocena zależna jest bowiem od tego, czy i jak bardzo jest lubiany przez innych ludzi.
„Kameleony” mają niskie wyniki na skali samooceny Rosenberga. Często skarżą się, że tak naprawdę nie wiedzą, kim są i czego potrzebują, ponieważ cała ich uwaga skupia się na tym, jak są odbierani przez innych. Poświęcają się dla innych, nigdy nie mówią im: „nie”. Z czasem stają się zgorzkniali i skarżą się, że inni ich wykorzystują. Nie dostrzegają, że sami przyzwalają na to, że wręcz zachęcają innych, by nimi dysponowali. W przypadku kameleonów dobre efekty przynosi trening asertywności. Mogą dzięki niemu zastanowić się, czego sami potrzebują, wyrazić swoje poglądy, nauczyć się odmawiać i postępować według dewizy „kochaj bliźniego swego jak siebie samego”.

Gdzie cenią się najbardziej

Czy ludzie żyjący w różnych krajach i kulturach różnią się pod względem samooceny? Odpowiedzi na to pytanie poszukiwało dwóch psychologów: David P. Schmitt z Uniwersytetu w Bradley i Juri Allik z Uniwersytetu w Tartu. Wykorzystując skalę SES Rosenberga przebadali w 2005 roku blisko 17 tysięcy osób w 53 krajach na świecie. Wyniki dowodzą, że pozytywna samoocena jest zjawiskiem uniwersalnym. We wszystkich badanych krajach wyniki przekraczają 25, czyli wartość środkową skali Rosenberga (obejmującej wartości od 10 do 40 pkt.), średnia samoocena dla 53 krajów wynosi 30,85 pkt. Inaczej mówiąc, ludzie zazwyczaj lubią i cenią siebie. Jednocześnie zauważyć można, że narody różnią się pod względem poziomu samooceny. Wśród krajów europejskich najwyższą samoocenę (średnio 32,5 pkt.) mają Estończycy, najniższą zaś Czesi (28,5 pkt.). Na świecie najbardziej zadowoleni z siebie są Serbowie, Amerykanie i Izraelczycy, najmniej zaś Japończycy. Wysokość samooceny wyraźnie zależy od kultury. W kulturach indywidualistycznych, takich jak na przykład amerykańska, ważne jest poczucie własnej wartości, duma i zadowolenie z siebie, wynikające z osobistych sukcesów i kompetencji. W kulturach kolektywistycznych (Dalekiego Wschodu: Chiny, Japonia, Korea) normą jest postawa samokrytyczna i stałe dążenie do ulepszania siebie tak, aby pozosta­wać z innymi ludźmi w harmonii. Nie wypada się chwalić i podkreślać własnych osiągnięć. W efekcie w kulturach indywidualistycznych wyższe jest poczucie kompetencji i ogólna samoocena, a w kulturach kolektywistycznych bardziej zaznacza się lubienie siebie.  źródło: http://www.euphix.org/object_document/o5340n27784.html

Zasłużyć na miłość
„Rób wszystko dwa razy lepiej niż biali i nie traktuj siebie nigdy jak ofiary” – taką dewizę słyszała w dzieciństwie Condoleezza Rice. Dziś jest uważana za jedną z najbardziej wpływowych kobiet na świecie. Wydaje się, że można u niej rozpoznać samoocenę zależną od osiągnięć. Była jedynym dzieckiem prezbiteriańskiego pastora. Już jako trzylatka uczyła się francuskiego, jazdy figurowej na lodzie i baletu. W wieku 15 lat miała zostać pianistką. Dzisiaj jest doktorem nauk politycznych, dyplomatą, autorką książek i ekspertem od bezpieczeństwa narodowego. W latach 2001–2005 była przewodniczącą Narodowego Komitetu Bezpieczeństwa w Stana...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy