Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

24 marca 2017

Wiekie złudzenie siebie

21

Uważamy, że lubimy siebie za to, za co tak naprawdę lubimy innych ludzi - za dobroć, życzliwość. Tymczasem wysoką samoocenę zawdzięczamy przekonaniom o własnej efektywności - twierdzi profesor Bogdan Wojciszke.

DOROTA KRZEMIONKA: – Ja jestem piękny, ja jestem silny, ja jestem mądry, ja jestem dobry. I ja sam to wszystko odkryłem! – ironizuje Stanisław Jerzy Lec. Identycznie myśli osoba o wysokiej samoocenie. Dobrze jest tak o sobie myśleć?
BOGDAN WOJCISZKE:
– To zależy. Z punktu widzenia posiadacza wysokiej samooceny jest to korzystne, ale z perspektywy innych niekoniecznie. Wszystko ma swoje jasne i ciemne strony. Osoby z wysoką samooceną mają lepsze osiągnięcia, wyższe poczucie kontroli, sprawstwa, lepiej się czują, mniej jest u nich objawów psychopatologicznych, szczególnie depresji.

Czy samoocena sprzyja osiąganiu coraz wyższych celów, czy to osiągnięcia budują nam wyższą samoocenę?

– Kali Trzesniewski z University of California w Davis twierdzi, że ci, którzy w okresie dorastania mają wysoką samoocenę, dalej w życiu zachodzą: w wieku dwudziestu kilku lat mają lepsze wyniki na studiach, wyższe zarobki, mniej konfliktów z prawem etc. Takie wnioski wysnuto na podstawie eksperymentu z udziałem tysiąca Nowozelandczyków. Prowadzono badanie podłużne: analizę samooceny i aktualnego stanu osiągnięć badanych powtórzono po 10 latach od pierwszego badania. Niestety, podobnych danych jest niewiele – eksperymenty trwają bardzo długo.

A ciemne strony samooceny?
– Czasami osoby o wysokiej samoocenie przeceniają siebie i swoje możliwości, wykazują upór, który zwykle jest zbawienny, ale czasem trzyma nas przy działaniach skazujących na klęskę. Samoocena może sprzyjać podejmowaniu zadań przerastających nas i trwaniu przy nich, nawet gdy nie dają efektów.

Czy to największe zagrożenie, jakie niesie zbyt wysoka samoocena?
– Nie. Większość ciemnych stron samooceny wiąże się z odbiorem danej osoby przez innych. Ludzie o wysokiej samoocenie są często odbierani jako zadufani w sobie aroganci, którzy ignorują innych. Kiedy pojawia się zagrożenie, ludzie reagują różnie, zależnie od samooceny. Ci o niskiej wycofują się, rezygnują i utwierdzają się w przekonaniu, że niewiele potrafią. Ci o wysokiej starają się odbudować zagrożone poczucie wartości poprzez własne osiągnięcia, koncentrują się na działaniach. Ale z tym często łączy się też ignorowanie uczuć innych ludzi.

Ludzie z wysoką samooceną mogą też deprecjonować wyniki innych, by udowodnić sobie, że są lepsi...
– Jest sporo danych pokazujących, że osoby wysoko postawione na drabinie społecznej, które mają powody, by lepiej o sobie myśleć, mają tendencję do myślenia o innych gorzej. A wydawałoby się, że nie mają powodów. Przecież ich poczucie własnej wartości rzadziej bywa zagrożone. Jednak myślenie, że inni są gorsi ode mnie, więc ja jestem lepszy, to najłatwiejszy sposób podbudowania swojej samooceny. Takie myślenie u osób o wysokiej samoocenie pojawia się często automatycznie, bezwysiłkowo i bezwiednie. Mają taki nawyk.

Niska samoocena tak naprawdę nie oznacza, że myślimy o sobie negatywnie, ale że po prostu nie wiemy, co o sobie myśleć...
– Rzeczywiście. Badania m.in. dr Dianne Tice, psychologa społecznego z Florida State University, pokazały, że istnieje asymetria w tej materii. Osoby o wysokiej samoocenie mają zupełną jasność co do tego, że są świetne i przypisują sobie prawie wyłącznie pozytywne atrybuty. Wysoka samoocena jest jednoznacznie pozytywna. Natomiast ci o niskiej samoocenie są w ocenie siebie bardziej neutralni i ambiwalentni. Dostrzegają w sobie
i plusy, i minusy, a zarazem są mniej pewni posiadanych cech, mniej przekonani o traf-
ności sądów na swój temat. Są ostrożniejsi w wychwalaniu siebie. Widzą siebie w sposób bardziej zróżnicowany.

I zapewne są bliżsi prawdy. Zdecydowana większość z nas ma – a przynajmniej tak deklaruje – pozytywną ocenę własnej osoby...

– Rozkład wyników samooceny jest ciekawy: tak przesunięty w prawo, w kierunku pozytywnych wartości, że to aż wydaje się niemożliwe. Praktycznie nie ma osób z bardzo niską samooceną. Tym samym odbiega on od tzw. rozkładu normalnego, jaki uzyskujemy, gdy badamy jakąś cechę – na przykład inteligencję czy ekstrawersję – w dużej populacji. Większość osób ma wyniki średnie, mało jest osób ze skrajnie wysoką bądź niską inteligencją. Natomiast z samooceną jest inaczej: wszyscy mają ją bardziej lub mniej pozytywną.
To wskazuje, że samoocena nie jest cechą, lecz wielkim złudzeniem, któremu ulegamy. Przypomina pod tym względem inne psychologiczne przekonania, na przykład poczucie kontroli, sensu życia, bycia akceptowanym przez innych. Wygląda na to, że coś odkształca te przekonania, coś je deformuje. Tym czymś są prawdopodobnie motywy. Nie tylko myślimy o sobie raczej dobrze, ale też pragniemy tak myśleć. Jesteśmy trochę twórcami własnej samooceny. Mamy przekonanie o własnej wartości, podobnie jak mamy złudzenie, że życie ma sens, że wszyscy nas akceptują, że kontrolujemy to, co się dzieje. To jednak jest raczej wyraz naszych pragnień. Łudzimy się, że jest z nami tak dobrze, jak chcielibyśmy, by było.

I oczywiście nie korygujemy tego złudzenia...
– Nie. Co więcej, ci, którzy je mają, lepiej sobie radzą. To złudzenie po coś jest potrzebne.

Czemu ono służy?
– Są trzy tropy, które to wyjaśniają. Pierwszy z nich mówi, że samoocena chroni nas przed śmiertelnym lękiem. Jak twierdzą w swojej teorii Sheldon Solomon, Tom Pyszczynski i Jeff Greenberg jesteśmy jedynym gatunkiem, który jest świadomy swojej śmiertelności, co wzbudza w nas trwogę. Aby sobie z nią poradzić, produkujemy światopogląd, cały system przekonań, który daje obietnicę nieśmiertelności. Tu skuteczne są np. religie. Drugim buforem chroniącym przed tym lękiem jest wysoka samoocena. Badania potwierdzają, że osoby z wysoką samooceną boją się śmierci mniej. Z drugiej strony wzbudzenie trwogi przed śmiercią nasila potrzebę potwierdzania sobie samooceny. Tyle tylko, że trudno uwierzyć, by samoocena była odpowiedzią tylko na ten jeden, specyficzny lęk. Co więcej – badania pokazały, że samoocena spada ludziom po siedemdziesiątce, czyli wtedy, kiedy lęk przed śmiercią rośnie.
Może więc, jak zakłada teoria socjometru Marka Leary’ego, samoocena ochrania nas – ale nie przed śmiertelną trwogą, lecz przed wykluczeniem społecznym. Jest wskaźnikiem statusu społecznego i sygnalizuje prawdopodobieństwo przynależności bądź odrzucenia przez innych. Problem w tym, że w większości badań nad wykluczeniem społecznym grożono uczestnikom ostracyzmem, ale nie wiadomo było, za co to wykluczenie. W eksperymentach ludzie w grupach najczęściej rozwiązywali zadanie, do kolejnego zadania mieli przejść tylko niektórzy i uczestnicy nagle dowiadywali się, że ich nie wybrano. Zostali wykluczeni, ale nie wiedzieli dlaczego. Co więcej, wyglądało na to, że zostali odrzuceni z powodów zadaniowych, a nie z powodu braku aprobaty. A to już nie zgadza się z założenia...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy