Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , osobowość

17 listopada 2015

Kciuk musi odejść

52

Już jako dziecko odkryłem, że nie trzeba być idealnym, żeby działać. W życiu ważna jest otwartość i ciekawość. To, co przynosi nam los, na ogół nie jest ani straszne, ani doskonałe. Warto zatem przyjmować życie takim, jakie jest. Podobnie podchodźmy do samych siebie i innych ludzi - mówi prof. Norman E. Rosenthal.

NORMAN E. ROSENTHAL jest profesorem psychiatrii na Georgetown University. Jako pierwszy opisał sezonowe zaburzenie afektywne (SAD), czyli tak zwaną depresję zimową. Prowadzi prywatną praktykę w Waszyngtonie. Opublikował ponad 200 artykułów naukowych i wiele książek popularnonaukowych, m.in.: Zimowe smutki; Transcendence (Transcendencja) czy The Gift of Adversitv (Dar przeciwności).

PAULINA PAJĄK: – Wiele osób paraliżuje lęk przed własną niedoskonałością i przeciwnościami losu. A Pan przekonuje, że źródłem pomyślności mogą być zarówno nasze słabsze strony czy błędy, jak i trudności, których czasem nie szczędzi nam życie.
Prof. NORMAN E. ROSENTHAL: –
Przyczyną naszych trudności jest wyobrażenie, że życie musi być doskonałe, a my wraz z nim. Chcemy być „perfekcyjnymi” partnerami, pracownikami, szefowymi, ojcami, paniami domu. Na szczęście i życiu, i nam wiele brakuje do doskonałości. To oczywiście nie znaczy, że nie powinniśmy się angażować i robić wszystkiego, co w naszej mocy, jeśli nam na czymś zależy. Jednak warto po pierwsze mieć świadomość, że mogą zdarzyć się rzeczy, nad którymi nie mamy kontroli, i po drugie – dać sobie prawo do popełniania błędów. Błądzimy wszyscy, ale właśnie te dwie kwestie sprawiają, że niektórzy uczą się na błędach i odnoszą sukcesy, a inni nie.
Gdy ktoś zgłasza się do mnie na terapię, staram się najpierw ustalić źródła problemów tej osoby. Potem wspólnie zastanawiamy się, co można zrobić, aby klient znów cieszył się życiem i zyskał większą odporność emocjonalną. Wiele lat doświadczeń
terapeutycznych i zmienne koleje losu, których sam doświadczyłem, zainspirowały mnie do napisania książki pt. Dar przeciwności.

Czym zatem jest ten tytułowy „dar przeciwności”?
– Otrzymujemy go, gdy dostrzegamy, że trudności na naszej drodze to tak naprawdę lekcje życia, dzięki którym możemy się najwięcej nauczyć. Są trzy rodzaje takich przeciwności. Pierwszy to po prostu pech – znaleźliśmy się w złym miejscu i czasie. Na przykład zostaliśmy ranni w wypadku, który spowodował inny kierowca. Drugi rodzaj trudności wiąże się z podejmowaniem skalkulowanego ryzyka. Decydujemy się zrobić coś, co może się dla nas źle skończyć – na przykład inwestujemy pieniądze w ryzykowne przedsięwzięcie. I wreszcie są przeciwności, które sami „sprowadzamy na siebie”, popełniając błędy – towarzyszy im często poczucie winy lub wstyd. I właśnie tych trudności najbardziej się obawiamy.

Jak radzić sobie z tym lękiem?
– Lęk jest niezwykle cenną emocją. Nie bez powodu ewolucja zachowała go pieczołowicie, zarówno u ludzi, jak i zwierząt. Dzięki niemu mysz ucieka przed kotem, a człowiek radzi sobie z fizycznym zagrożeniem. Czasem jednak nasz system ostrzegania zawodzi, a strach, jaki odczuwamy, jest niewspółmierny do sytuacji. Jeśli boimy się wsiąść do sprawnej windy, to trudno uznać takie obawy za uzasadnione. Dlatego gdy odczuwamy lęk, warto zapytać samego siebie: „Czy rzeczywiście mam się czego obawiać? A może trochę przesadzam?”. Gdy znamy odpowiedź, łatwiej poradzić sobie z tą konkretną sytuacją.
Ale niekiedy nawet silny lęk jest uzasadniony. Dorastałem w Republice Południowej Afryki, w czasach zbrodniczego reżimu opartego na segregacji rasowej: czarni i biali ludzie musieli mieszkać i pracować osobno, nie wolno im było zawierać między sobą małżeństw. Władzę sprawowała biała mniejszość, a czarni byli obywatelami drugiej kategorii. System, w którym żyliśmy, był tak silny i punitywny, że niewiele osób odważyło się mu sprzeciwić. Jednym z nich był Nelson Mandela, późniejszy prezydent RPA. Za swoją działalność opozycyjną wobec apartheidu został skazany na dożywocie, w więzieniu spędził 18 lat. Jestem pewien, że wielokrotnie musiał odczuwać lęk o życie swoich bliskich i własne.

Innym bohaterem walki z apartheidem jest anglikański arcybiskup Desmond Tutu, który dziś ma odwagę głosić, że homofobia jest takim samym złem jak rasizm. Jednak większość z nas na szczęście nie musi się mierzyć z próbą, z której Mandela czy Tutu wyszli zwycięsko. Co zrobić, gdy nasz lęk dotyczy bardziej codziennych kwestii i wydaje nam się nieco irracjonalny?
– Najlepiej zmierzyć się z tym, czego się obawiamy. Doświadczyła tego moja żona Leora, kiedy zdawała egzamin na prawo jazdy. Zanim wyemigrowaliśmy do Stanów, dostałem posadę w niewielkim mieście w Namibii. Prawie nie istniał tam transport publiczny, więc samochód był nam naprawdę niezbędny. Lecz moja żona nigdy nie prowadziła auta i martwiła się, czy zdoła się tego w krótkim czasie nauczyć. Przyjaciele dali nam namiary na wspaniałą, ale surową instruktorkę – zwaną przez nas Panią M, która mówiła z silnym niemieckim akcentem. Leora jeździła z nią uliczkami przez trawiaste pagórki i z każdym dniem radziła sobie lepiej, a prowadzenie samochodu zaczęło sprawiać jej przyjemność. Jednak kiedy nadszedł dzień egzaminu – spanikowała: stwierdziła, że fatalnie się czuje i odwoła test. O telefon nie było wtedy łatwo, więc udała się na pocztę, a ja poszedłem do pracy. Gdy wróciłem wieczorem, w drzwiach przywitała mnie rozpromieniona Leora, machająca prawem jazdy. Okazało się, że gdy zadzwoniła do Pani M, instruktorka nie chciała słyszeć o żadnych wymówkach: „Nein, nein. Nie ma mowy. Co za nonsens! Niech podejdzie do egzaminu i niech go zda!”. Żona oczywiście świetnie poradziła sobie z egzaminem.

Instruktorka „popchnęła” Leorę, a ta zrobiła krok naprzód. Czasem warto zacisnąć zęby i przełamać irracjonalny lęk?
– W przypadku niezbyt nasilonych fobii zdecydowanie tak! Nawet Zygmunt Freud, który był zagorzałym zwolennikiem analizowania wszystkiego, wiedział, że w przypadku fobii analiza nie jest pomocna. Myślenie i rozmawianie o fobii tylko ją nasila i sprawia, że człowiek traci poczucie kontroli. Dlatego lepiej jest zachęcać do przełamywania nawyków związanych z irracjonalnym lękiem, tak jak zrobiła to Pani M w przypadku mojej żony. Teraz śmiejemy się z tej historii, ale jesteśmy bardzo wdzięczni za to, że Leora spotkała na swojej drodze wymagającą instruktorkę.

Jednak – zwłaszcza w dzieciństwie – kontakt z osobami, które oczekują wiele od siebie i innych, może zaszczepić w nas tendencje perfekcjonistyczne. Choć miał Pan niezwykle wymagającego ojca, to już jako dziecko odkrył Pan też „odtrutkę” na jego dążenie do doskonałości – frazę „Kciuk musi odejść!”. Skąd wzięło się to powiedzonko?
– No cóż, wszyscy mamy talenty i słabe punkty. Koordynacja wzrokowo-ruchowa z pewnością nigdy nie należała do moich mocnych stron. Gdy miałem sześć lat, na plastyce robiliśmy kartonowe pajacyki z ruchomymi rękami i nogami, umocowanymi za pomocą drucików. Miałem spore kłopoty z wycinaniem nawet prostych kształtów, a co dopiero całego pajacyka. Głowa i tułów wydawały się całkiem łatwe do wycięcia, ale każde z ramion zabawki kończyła dłoń z zawadiacko wystającym kciukiem – dokładne wycięcie go zajęłoby mi chyba z godzinę. Załamany, pomyślałem, że nigdy nie uda mi się zrobić tego pajacyka. I wtedy jak błyskawica przemknęła przez moją głowę myśl: „Kciuk musi odejść!”. Wyciąłem zabawkę, przy okazji odcinając jej oba kciuki. Pod koniec zajęć miałem swojego pajacyka, który wykonywał dziarskie podskoki, choć nie miał dwóch palców. Zrozumiałem wtedy, że nie trzeba być idealnym, żeby działać. Ta ważna prawda wracała potem wielokrotnie. Gdy prowadziłem badania, dzięki którym udało mi się odkryć sezonowe zaburzenie afektywne, szerzej znane jako „zimowa depresja”, nie miałem wystarczających funduszy. Choć wymarzyłem sobie doskonałą aparaturę i pomoce eksperymentalne, musiałem zadowolić się roboczymi rozwiązaniami. I okazało się, że były one wystarczająco dobre. W Dolinie Krzemowej wiele firm odnosi spektakularne sukcesy dzięki temu, że najpierw wypuszczają na rynek niedoskonałe „wersje beta” produktów. Wiedzą dobrze, że klienci natychmiast odkryją usterki i niedogodności, a dzięki temu oni wprowadzą później na rynek produkty spełniające wszelkie oczekiwania.

W swojej książce przekonuje Pan, że w ominięciu groźnych raf perfekcjonizmu pomaga wiedza o sobie. Jak uzyskać taki obraz siebie, w którym jest miejsce i na mocne, i na słabe strony?
– Są takie dwie piękne cechy, które zawsze warto rozwijać w sobie i w dzieciach: ciekawość i otwartość. Wyobraźmy sobie nieśmiałego chłopaka, który wybiera się na imprezę. Myśli, że będzie okropnie: nikt nie odezwie się do niego ani słowem, nie będzie miał z kim tańczyć. Tymczasem spędza przemiły wieczór i poznaje kilka sympatycznych osób. To pokazuje, że czasem nasze negatywne wyobrażenia nie sprawdzają się.
Oczywiście ta zależność działa w dwie strony. Moja matka wspominała, że gdy była na uniwersytecie, wszyscy nie mogli doczekać się końca sesji: „Niech tylko te egzaminy przejdą, a wszystko będzie wspaniale”. Ale po egzaminach pojawiały się nowe problemy… Dlatego otwartość jest lepsza niż nadmierne oczekiwania – czy to pozytywne, czy negatywne. To, co przynosi nam los, na ogół nie jest ani straszne, ani doskonałe. Warto zatem przyjmować życie takim, jakie jest. Podobnie podchodźmy do samych siebie i innych ludzi.

Ale o ten złoty środek nie jest łatwo. Czasem słabsze strony utrudniają nam życie i dojrzewamy do zmiany. Na terapię zgłosiła się kiedyś do Pana para „niedopasowana” pod względem podejścia do czasu. Mąż wiecznie się spóźniał i nie dotrzymywał terminów, żona była doskonale zorganizowana. Jak Pan im pomógł?
– Na początku trzeba było uzmysłowić klientowi, że jego wieczne spóźnienia utrudniają życie innym. A że był człowiekiem życzliwym ludziom, bardzo się tym przejął. Po drugie dzięki terapii klient dostrzegł, że ma obok siebie fantastyczną trenerkę czy „osobistego coacha” – swoją żonę. Przejął więc od małżonki kilka dobrych nawyków i na pewien czas wszystko się ułożyło. Ale po kilku latach ta para znów zawitała do mojego gabinetu. Okazało się, że konieczne są zmiany. Żona klienta zaczęła mieć za dużo na głowie: pracę, dwójkę dzieci i dom. Oczekiwała, że mą...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy