Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zdrowie i choroby , Laboratorium

20 stycznia 2016

Języczek u wagi

23

Nie ma cudownych środków odchudzających ani magicznych diet, a próby odchudzania rychło mogą przysporzyć nam dodatkowych kilogramów. Możemy jednak odzyskać kontrolę nad tym, co, kiedy i jak jemy. A wtedy spada ryzyko, że utyjemy.

Dorota Krzemionka: – Jest Pani nie tylko autorką modelu odzyskiwania kontroli nad jedzeniem, ale przeprowadziła Pani skuteczną zmianę siebie, swojej wagi. Ile Pani schudła?
Grażyna Wieczorkowska-Wierzbińska:
– W sumie 60 kg, co nie znaczy, że kiedyś ważyłam 60 kg więcej; moja waga, niestety, zmienia się cyklicznie. Można schudnąć nawet 20 kg i więcej. Wszyscy patologicznie otyli mają takie sukcesy w odchudzaniu, ale tak naprawdę są one zapowiedzią porażki. Schudnąć nie jest problemem.

Problemem jest utrzymać wagę. Pani to się udało...
– Ale wystarczy, że się zagapię i znów tyję. W moim przypadku warunkiem koniecznym, choć niewystarczającym, utrzymania wagi jest aktywność fizyczna. Niestety, jestem typem kanapowca. Jeśli mam do wyboru aktywność intelektualną bądź fizyczną, wybieram to pierwsze. Gdy przestaję się ruszać, natychmiast tyję, bo spada mi metabolizm. Doświadczam ciągłego konfliktu między moją pracą a utrzymaniem wagi. Dopiero niedawno zrozumiałam, na czym polega mój problem. Ważnym dla naszego samopoczucia aminokwasem jest L-tryptofan, który jest dostarczany z pożywieniem. Jest on przetwarzany na serotoninę, o ile uda mu się pokonać barierę krew – mózg, która chroni mózg przed toksynami i innymi szkodliwymi substancjami. Bramka jest wąska, co powoduje konieczność rywalizacji między różnymi aminokwasami. Niestety, tryptofan ma niską pozycję i jego szanse na wygranie rywalizacji są zazwyczaj niewielkie. W dwóch sytuacjach może bez przeszkód przedostać się do mózgu – po wysiłku fizycznym i po spożyciu słodyczy, bo konkurujące z nim aminokwasy są kierowane do mięśni. Oznacza to, że możemy poprawić swoje samopoczucie, ruszając się bądź jedząc słodycze. Pierwszy sposób oczywiście jest zdrowszy, choć mniej dostępny.

Musimy się ruszyć, aby poczuć się dobrze...
– Problem w tym, że gdy jest mi przyjemnie, mój mózg jest uśpiony. Od lat, gdy tylko zaczynam pracować intensywnie, natychmiast przestaję się ruszać. Dotąd tłumaczyłam to sobie tak, że muszę mieć całą energię na pracę intelektualną.

A okazuje się, że chodzi o to, by tryptofan nie usypiał procesów intelektualnych. Od lat zajmuje się Pani psychologicznymi ograniczeniami w zmianie siebie, w tym w zmianie wagi. Pisze Pani, że rosnąca liczba osób otyłych to porażka psychologii. Dlaczego?
– Interesują mnie nie ci, którzy ważą parę kilogramów za dużo. Badania dowodzą, że to wcale nie jest tak szkodliwe, jak nam usiłowano wmówić. Dramatycznie jednak rośnie grupa osób patologicznie otyłych. To jest porażka psychologii, ponieważ po przekroczeniu pewnej wagi psychologiczne oddziaływania przestają być skuteczne. Podobnie jest w przypadku anoreksji. Liczba psychodietetyków rośnie, ale liczba osób otyłych rośnie szybciej, dlatego mówię o porażce.

Skąd ta epidemia otyłości?
– Przyczyn jest wiele. Jedną z nich jest dostępność jedzenia. Brian Wansink, autor Beztroskiego jedzenia, dowiódł eksperymentalnie, że z większego kubełka popcornu ludzie zjedli średnio o połowę więcej niż z mniejszego, nawet jeśli kukurydza smakowała okropnie. Sama obecność jedzenia aktywizuje bowiem połączenia z zachowaniem. Są ludzie – ja do nich należę – którzy mają nawyki, wyuczone w dzieciństwie, zjadania do końca tego, co mają na talerzu. I nawet teraz, choć wiem, że to nieracjonalne, czuję wewnętrzny przymus, aby nie zostawiać resztek. Innym powodem otyłości jest zmniejszenie się kontroli społecznej. Jemy często w samotności, przed telewizorem lub komputerem, i nie krępujemy się – wtedy jemy więcej, niż gdybyśmy jedli z innymi. Do tego dochodzi coraz mniejsza aktywność fizyczna. W jakimś stopniu prawdziwe zapewne są też hipotezy ekologiczne: zanieczyszczone powietrze, wirusy, przetworzona żywność z hormonami.

Są być może prawdziwe, ale ryzykowne...
– Tak, bo zwalniają nas z odpowiedzialności. Skoro nie mamy wpływu na powietrze, uznajemy, że nic nie możemy zrobić z naszą wagą.

A możemy coś zrobić? Czy mamy wpływ na to, ile ważymy?
– Nasza waga zależy od wielu czynników pozostających poza naszą kontrolą, takich jak: geny, hormony, wiek, metabolizm czy wspomniane wirusy. Waga nie jest więc własnością w pełni modyfikowalną, jak sądzi większość odchudzających się osób. Czy nam się to podoba, czy nie, są wśród nas ratlerki i boksery. Różnimy się nie tylko wzrostem, ale i budową ciała, tempem metabolizmu. Nikt nie próbuje zmienić swojego wzrostu, a wiele osób uznaje, że ich waga jest kwestią wyboru. Kobiety boksery chcą być ratlerkami, mężczyźni odwrotnie. Te nierealistyczne oczekiwania biorą się z epatowania przykładami osób, które spektakularnie się odchudziły. W rezultacie wiele osób wierzy, że można się dowolnie odchudzić. Myślą sobie: też zrzucę kilogramy, jeśli tylko zechcę. Zaczynają diety i głodówki.

I to jest początek prawdziwych problemów z wagą...
– Tak, lekarstwo okazuje się często gorsze niż choroba. Odchudzanie się nie ma sensu, jeśli nie usuniemy przyczyny tycia. U wielu osób nadmierne jedzenie jest wynikiem różnych problemów emocjonalnych. Jeśli siłą woli „wycisną” z siebie zbędne kilogramy, nie ruszając powodów tycia, będą szukać innych sposobów wypełnienia sobie pustki psychicznej. Wszyscy, którzy schudli, łącznie ze mną, są przekonani, że już nigdy nie utyją. Skoro tyle nas kosztowało zrzucenie wagi, wierzymy, że nie dopuścimy do przytycia. Ale w przypadku ponad 90 procent osób, które schudły, dzieje się inaczej! Jestem przeciwniczką restrykcyjnych diet; uważam, że to jedna z przyczyn nadwagi. Zgodnie z teorią hamowanego łakomstwa Polivy i Hermana, próby kontrolowania wagi ciała poprzez ograniczanie jedzenia prowadzą do rozregulowania systemu samoregulacji organizmu.

To niepokojące, biorąc pod uwagę, że według danych blisko 90 proc. kobiet o normalnej wadze chciałoby ważyć mniej, zaś połowa z nich zaczyna się odchudzać. Dlaczego tak się dzieje?
– Bo w naszych czasach lepiej być głupim niż brzydkim, głupoty nie widać. Szczególnie kobiety oceniane są na podstawie wyglądu zewnętrznego. Psychologowie też powinni się uderzyć w piersi, bo publikują wyniki wskazujące, że wygląd wpływa na to, jak jesteśmy traktowani. Owszem, wpływa, ale wyjaśnia tylko niewielki procent wariancji. Natomiast ludzie to generalizują. Być ładnym znaczy dziś być szczupłym. Badania Andrzeja Szmajke dowodzą, że dla kobiet istnieje tylko jeden szablon atrakcyjnej sylwetki, dla mężczyzn jest ich kilka. Nic dziwnego, że kobiety chcą się dopasować do tego szablonu. Wszystkie chcą być ratlerkami.

Nie tylko kobiety. Twórca nurtu psychologii pozytywnej Martin Seligman przyznał w swojej książce Co można zmienić, że przez całe życie się odchudzał. Po latach wyrzeczeń ważył parę kilogramów więcej. Twierdzi, że każdy z nas ma swoją naturalną wagę...
– Ma. Niestety, dość łatwo ją przesunąć w górę, ale w dół już nie. Najwyższa waga, jaką w życiu osiągnęliśmy, stanowi dla naszego ciała punkt równowagi, tak zwany atraktor. Mamy odpowiednią do niej liczbę komórek tłuszczowych, które pozostaną z nami do końca życia. Nasze organizmy nie bronią się przed tyciem, ale rozpaczliwie bronią się przed chudnięciem. Im szybciej i więcej schudniemy, tym silniej organizm mobilizuje się do zahamowania tego procesu. Zmniejsza się nasza podstawowa przemiana materii.

Wydaje nam się często, że jemy niewiele, tyle co ptaszek. A waga ani drgnie, albo jej przybywa...
– Jemy najczęściej automatycznie, nie rejestrując tego w świadomości. Francuzki i Amerykanki tyle samo czasu spędzają na jedzeniu, ale Amerykanki częściej łączą jedzenie z innymi czynnościami i nie ma ono szans zapisać się w ich świadomości. Dlatego częściej przybierają na wadze. Ustalone przez psychofizjologię prawo mówi, że szacując różne wielkości, zaniżamy je o 30 procent, a to znaczy, że im więcej jemy, tym bardziej zaniżamy ilość spożytych produktów. Niedawno z mężem skorzystaliśmy z wyjazdu all inclusiv. Wielka pokusa. Wydawało mi się, że bardzo mało jadłam, a mimo to w ciągu 2 tygodni przytyłam 3 kilogramy. To oznacza, że jadłam więcej niż potrzebował mój organizm. Skąd więc to moje przekonanie o wielkiej wstrzemięźliwości? Mój umysł był skoncentrowany na tym „ilu rzeczy nie zjadłam”. Podobnie z przyjęcia wychodzimy przekonani, że tylu rzeczy nie zjedliśmy, a mogliśmy, że powinniśmy wręcz schudnąć. Zupełnie umyka naszej uwadze to, że mimo wszystko zjedliśmy za dużo.

Wystarczyłoby zapisywać to, co jemy, aby przełamać tę iluzję?
– Gdybyśmy potrafili się zmusić do tego, by uczciwie zapisywać wszystko, co zjadamy, to na pewno jedlibyśmy mniej. Ale do tego trzeba mieć sporo samodyscypliny.

Bywa, że nie jesteśmy głodni, a jednak sięgamy po jedzenie. Po co? Co w ten sposób zajadamy?
– To jedna z zagadek, której nie udało mi się rozwiązać do końca. W badaniach szacuje się, że część osób, około 40 procent, pod wpływem stresu, gdy są zmęczone lub zdenerwowane, traci apetyt i przestaje jeść. A inni, jak ja, przeciwnie – jedzą wtedy więcej. Co różni te osoby? Nie udało nam się znaleźć żadnych istotnych różnic w kwestionariuszowo mierzonym temperamencie ani w cechach osobowości.
Pojawiają się dwie hipotezy. Pierwsza dotyczy wielkości stresu. Tłumaczy ona, dlaczego u badanych przez nas...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy