Dołącz do czytelników
Brak wyników

Mózg i umysł , Laboratorium

14 grudnia 2015

Jak w kamieniu dostrzec diament

0 413

Pewien rolnik chodził po diamentach, ale ich nie widział. Inny niepotrzebnie wypielił chwasty na swoim polu. Obaj ponieśli porażkę, bo nie potrafili twórczo patrzeć na otaczający ich świat.

Niektórzy wszelką twórczość sprowadzają do percepcji. Z tego punktu widzenia najdoskonalszym twórcą czy wynalazcą jest sama przyroda, a rola człowieka ogranicza się jedynie do jej podpatrywania, opisywania oraz naśladowania. Wynika z tego, że wynalazca to tylko ten, który dostrzegł, że w przyrodzie od dawna istnieją gotowe rozwiązania. Zapewne jest to uproszczony punkt widzenia i krzywdzący dla wybitnych twórców, ale warto wziąć go pod uwagę. Rodzi się pytanie: jeśli twórczość jest zjawiskiem tak prostym, to dlaczego tak mało ludzi potrafi tworzyć? Pytanie tym bardziej zasadne, że wierzymy w nasze możliwości percepcyjne, w informacje pochodzące od naszych zmysłów. Jesteśmy przekonani, że jeżeli mamy sprawne zmysły i odpowiedni poziom inteligencji, jeżeli mamy szlachetne zamiary, nie jesteśmy leniwi itp., to poprawnie spostrzegamy i oceniamy zdarzenia tego świata. Szczególnie wierzymy informacjom wzrokowym. Niemiecki pisarz Jean Paul (1763–1825) pouczał: „Jeżeli nie będziecie używać oczu waszych po to, aby widzieć, to będziecie ich używać po to, aby płakać”. Zapraszam do refleksji nad kilkoma zdarzeniami.

Skarby na farmie
Pewien australijski farmer bardzo chciał być bogaty. Ciężko pracował, ale jego ziemia nie należała do urodzajnych. Z czasem znienawidził uprawę roli i zaczął marzyć o diamentach. Z opowieści i literatury wiedział, że kontynent australijski kryje ich bardzo dużo. Sprzedał farmę, kupił niezbędny ekwipunek, wynajął robotników i wyruszył na poszukiwanie skarbów. Nie szczędził trudu, przemierzył tysiące kilometrów, ale wysiłek okazał się bezowocny. Zapasy żywności i pieniędzy skończyły się, parobcy odeszli, konie pozdychały, a on sam utracił zdrowie. Gdy umierał, zatęsknił za swoją starą farmą, a szczególnie za strumieniem przecinającym jego posiadłość. Tam był szczęśliwy, ale kraina ta była oddalona o setki kilometrów. Tuż przed śmiercią przypadkowo dotarła do niego wieść, że gdzieś w jego dawnych okolicach znaleziono diamenty leżące na powierzchni ziemi. Na szczęście nie dowiedział się, że odkrycie nastąpiło nad jego strumieniem. Gdyby i tego los mu nie oszczędził, ostatnie chwile jego życia byłyby jeszcze bardziej przepojone goryczą...

Dlaczego nie dostrzegł skarbów na swojej farmie? Przecież był inteligentny, zdrowy, miał dobry wzrok. Musiał więc widzieć owe „kamienie”, może nawet niejednokrotnie kopnął takiego zawalidrogę albo dokładnie go oglądał, bo różnił się od innych kamieni... No i chciał znaleźć diamenty. Więc dlaczego „patrzył i nie widział”?

POLECAMY

Odpowiedź na podobne pytanie jest zarówno prosta, jak i złożona. Najprawdopodobniej farmer znał diamenty tylko z wystawy jubilerskiej, a więc oszlifowane i błyszczące. Zapewne nie mniejszą rolę odgrywało tu przekonanie, że diamenty są ukryte gdzieś daleko i głęboko, że ich znalezienie musi być okupione dużym wysiłkiem i kosztami, że znaleźć je mogą jedynie ludzie nietuzinkowi... Jak widać, szczególnie trudno jest dostrzec coś, czego jeszcze nie ma, a co może być, czyli twórczo spostrzegać rzeczywistość.

Diabelskie ziele
Kolejna historyjka również dotyczy rolnika, który chciał dorobić się na uprawie ziemi. W tym przypadku przeszkodą były chwasty zwane „diabelskim zielem” – rosły tak obficie, że zagłuszały kultury rolne. Większość farmerów z tego regionu zrezygnowała z uprawy roli, imając się innych zawodów. Nasz bohater wyróżniał się jednak determinacją i niezwykłą wprost pracowitością, stąd po kilku latach udało mu się wyplenić zielsko ze swoich pól. Miał więc podstawy do dumy i nadziei na duże pieniądze. Tak się jednak nie stało. Przekorność losu sprawiła, że wkrótce odkryto lecznicze właściwości owych chwastów, zbudowano potężne zakłady zielarskie, a duże pieniądze zarobili ci, którzy pozwolili zielsku zarosnąć ich pola.

Okazuje się więc, że ten sam obiekt czy fakt może być spostrzegany różnie. Chwasty z reguły są uważane za rośliny szkodliwe, zbędne, przeszkadzające w uprawie roli. Usuwa się je więc i zwalcza. Ale to też rośliny, których zalet jeszcze nie poznaliśmy. Również w tej historyjce punkt widzenia jest sprawą kluczową. Owa roślina zmieniła nazwę z diabelskiej na anielską.

Jeśli niełatwo jest dostrzec i właściwie ocenić przedmiot (roślinę czy kamień), to trudności potęgują się w przypadku ludzi. Ten sam człowiek może być spostrzegany i oceniany jak diament, cudowna roślina albo jak chwast czy zawalidroga. Oto pewien pan całkowicie zerwał ze swoją rodziną, gdyż uznał, że żona i dzieci są „głupie”, „złośliwe”, „ksobne”... Lista określeń była bardzo długa i zawierała bardziej dosadne epitety. Życie zweryfikowało ten sąd: żona i dzieci weszły do historii jako osoby bardzo inteligentne, szlachetne, którym społeczeństwo wiele zawdzięczało, natomiast pan skończył w więzieniu. Podobnych historii każdy z nas może przytoczyć wiele (i nie dotyczą one tylko panów).

Historie szkolne
Gdy sięgniemy do historii, uderza nas duża liczba pomyłek pedagogicznych, polegających na tym, że nie dostrzegano wybitnych cech i umiejętności u uczniów, którzy w dorosłym życiu wyróżnili się czymś niezwykłym i wnieś[-]li do szeroko pojętej kultury nowe wartości. Często natomiast przeceniano zupełnie przeciętnych ludzi, przepowiadając im świetlaną przyszłość, wyróżniając ich dyplomami, świadectwami „z paskami” czy tytułami typu „prymus”. Przykładów takich pomyłek można przytoczyć aż nadto.

Thomas Alva Edison jest powszechnie uznawany za największego wynalazcę w naszej cywilizacji. Wynalazł nie tylko żarówkę i cały system oświet[-]lenia elektrycznego, ale też fonograf, mikrofon węglowy i setki innych rzeczy, bez których trudno nam dzisiaj wyobrazić sobie codzienne życie. Można by oczekiwać, że nauczyciele w szkole dostrzegli niezwykłe uzdolnienia Edisona i otoczyli go opieką. Nic bardziej błędnego. Został uznany przez pedagogów za typ „niewyuczalny” i chodził do szkoły zaledwie trzy miesiące.

Z kolei Carl Friedrich Gauss, niemiecki matematyk, który uważany jest za jednego z trzech (obok Archimedesa i Newtona) największych matematyków świata, w szkole miał opinię wyjątkowo leniwego. Gdy był uczniem drugiej klasy szkoły podstawowej, nauczyciel – prawdopodobnie prag[-]nąc trochę odpocząć – zadał uczniom następujące zadanie: obliczyć sumę liczb naturalnych od 1 do 99.

Było to zadanie nie tyle trudne, co pracochłonne. Wszyscy uczniowie zabrali się do żmudnego liczenia, tylko Gauss ociągał się: przyglądał się liczbom, obracał kartkę papieru, następnie coś napisał i oddał pracę, twierdząc, że już wszystko obliczył. Nauczyciel wiedział, że zadanie wymagało przynajmniej godziny intensywnej pracy, był więc niezmiernie zdziwiony, gdy zobaczył poprawny wynik w zeszycie Gaussa. Suma tych liczb nie była znana innym uczniom, nie można było jej znaleźć w podręczniku, stąd wynikało, że ten leniwy uczeń „obliczył bez wyliczania”.

Nauczyciela zaintrygował ten przypadek, dlatego wypytał najpierw ucznia, jak doszedł do wyniku, a następnie zwrócił się do uczonych matematyków. Okazało się, że Gauss zastosował prosty sposób obliczania. Dostrzegł mianowicie, że suma składników jednakowo oddalonych od początku i końca szeregu zawsze jest taka sama, a więc 1+99=100; 2+98=100 itd. Wystarczyło policzyć liczbę par i zsumować setki. Matematycy owych czasów nie znali tego sposobu obliczania, zatem chłopiec działał w sposób twórczy.

Carl Gauss miał szczęście, że trafił na dobrego pedagoga, który docenił jego inwencję i pomysłowość. Jednak nie każdy nauczyciel potrafi dostrzec w zachowaniu dziecka niezwykłe i wartościowe cechy czy zdolności. O wiele łatwiej zauważyć cechy negatywne, jak lenistwo, krnąbrność, niesubordynacja.

Ale nie tylko zdolny uczeń był „gubiony” w tradycyjnym systemie edukacyjnym. Dotyczy to również nauczycieli. W tym zawodzie nie mieli większych szans ludzie wybitni, ambitni, kreatywni. Natomiast odchylenia w przeciwnym kierunku stawały się normą. Dotyczy to nie tylko szkół podstawowych, ale również bardzo często uczelni wyższych, na których osoby ponadprzeciętne były z różnych powodów zwalczane.

W tym kontekście przywołajmy nazwisko wielkiego Alberta Einsteina, który przez pewien czas kierował katedrą fizyki na uniwersytecie w Pradze. Gdy profesor Frank był zatrudniany na jego miejsce, dziekan wydziału przyjął go następującymi słowami:
– Oczekujemy od pana tylko jednej jedynej rzeczy – no...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy