Dołącz do czytelników
Brak wyników

Poradnik pozytywnego myślenia na czas wyzwań

17 czerwca 2021

NR 7 (Lipiec 2021)

Jak Szlemiel wędrował do Warszawy

32

Opowiadanie w jidysz ukazało się w nowojorskim dzienniku „Forwerts” (19, 20 IX 1967) podpisane, jako twórca opracowania, pseudonimem Icchok Warszawski; po angielsku w przekładzie autora i Elizabeth Shub w When Shlemiel went to Warsaw, and other stories, Nowy Jork 1968 oraz w Stories for children, Nowy Jork 1984. Po raz pierwszy w języku polskim ukazuje się na łamach czasopisma „Charaktery”.

Choć Szlemiel był leniem, śpiochem i łakomczuchem, zawsze marzył o podróżach. Słyszał nieraz opowieści o dalekich krajach, rozległych pustyniach, głębokich oceanach i wysokich szczytach górskich. Często rozmawiał ze swoją żoną, Szlemielową, że chciałby się wybrać na jakąś długą wyprawę.
– Dalekie podróże nie są dla szlemiela – odpowiadała stale połowica. – Ty lepiej siedź w chałupie i pilnuj dzieci, a ja pójdę na targ handlować.
Ale Szlemiel nie potrafił uwolnić się od marzeń o zobaczeniu wielkiego świata i jego cudów.
Pewnego razu usłyszał niesamowitą opowieść na temat Warszawy. Jakie tam są piękne ulice, jakie wysokie budynki, jakie ekskluzywne sklepy. I postanowił, że musi to miasto zobaczyć na własne oczy. Wiedział, że taka podróż wymaga przygotowań. Ale cóż on mógł spakować na drogę? Nic nie posiadał, oprócz starej kapoty i znoszonych butów, które codziennie zakładał.
Któregoś ranka, kiedy Szlemielowa poszła z koszami na targ, a dzieci do chederu, Szlemiel zawinął w chustkę parę kromek chleba, cebulę oraz główkę czosnku i bez słowa wyruszył pieszo do Warszawy.
W Chełmie była ulica, którą nazywano Warszawska i Szlemiel zrozumiał, że prowadzi do Warszawy. Po drodze zaczepiało go parę osób, pytając, gdzie idzie.
– Do Warszawy – odpowiadał.
– A co będziesz robić w tej Warszawie? – ciągnięto go za język.
– A co ja robię w Chełmie?! 

Wkrótce znalazł się za miastem. Szedł powoli, bo miał podarte buty, przetarte podeszwy. Z czasem zniknęły domy i sklepy, a pojawiły się łąki i pola. Minął chłopa orzącego pługiem zaprzęgniętym w woła. Po kilku godzinach wędrówki poczuł się tak zmęczony, że nawet stracił apetyt. Strudzony położył się w trawie przy drodze, a ułożywszy się do drzemki, pomyślał: „Kiedy zasnę, mogę zapomnieć, w którym kierunku droga prowadzi do Chełma, a w którym do Warszawy”. W tejże chwili wpadł na pomysł; zzute buty (uwierały i obcierały stopy) postawił na skraju drogi czubkami w stronę Warszawy (obcasy wskazywały kierunek Chełma). Wnet zasnął i przyśniło mu się, że jest piekarzem wypiekającym placki z cebulą i makiem. Klienci przychodzą, by je kupić, ale Szlemiel powiada:
– Te cebulaki nie są na sprzedaż.
– A na co?
– Są dla mnie, dla żony i dzieci.
Później przyśniło mu się jeszcze, że został kajzerem Chełma. Zamiast płacenia podatków każdy mieszkaniec musi, raz do roku, dostarczyć mu garnek konfitur. On, Szlemiel, siedzi na tronie, Szlemielowa, książęta i księżniczki u jego boku, wszyscy jedzą cebulowe placki i raczą się konfiturami. Potem cała rodzina wsiada do karocy i jedzie do Warszawy, do Ameryki, a także nad rzekę Sambation2, która sześć dni w tygodniu wyrzuca z siebie kamienie, a odpoczywa wyłącznie w szabat...
Niedaleko drogi mieszkał kowal, który miał tam także swoją kuźnię. Kiedy wyszedł na zewnątrz i zobaczył śpiącego Szlemiela oraz starannie ustawione buty, których obcasy wskazywały kierunek Chełma, a czubki najbliższą wioskę, dla żartu obrócił je. Teraz czubki wskazywały drogę do Chełma, a obcasy kierunek do wsi.
Szlemiel obudził się wypoczęty, ale bardzo głodny. Wyjął kromkę chleba, natarł ją czosnkiem i ugryzł kawałek cebuli. Potem ruszył dalej w drogę do Warszawy...
Idąc, zauważył, że wszystko wygląda dziwnie znajomo. Rozpoznawał domy, które widział wcześniej, a także ludzi. Zdumiał się. Czy to możliwe, żeby doszedł tak szybko do jakiegoś miasta i dlaczego jest ono tak podobne do Chełma? Zatrzymał kogoś i zapytał:
– Jak się nazywa to miasto, w którym się właśnie znajduję?
– Jak się nazywa?! Przecież to Chełm!
Szlemiel przez chwilę stał jak wryty. Jak to możliwe? Przecież wyszedł z Chełma – jakim cudem miałby się w nim znowu znaleźć? Zaczął pocierać sobie czoło i natychmiast rozwikłał zagadkę. Są oczywiście dwa Chełmy i on, Szlemiel, doszedł właśnie do tego drugiego. Ale jak wyjaśnić tak wielkie podobieństwa tutejszych ulic, domów i ludzi do tych z Chełma, z którego wyszedł? Długo zachodził w głowę, aż w końcu przypomniał sobie pewną sentencję, którą usłyszał kiedyś w chederze: „Sadana dearia chad hu”3 (Ziemia jest wszędzie taka sama). Wygląda na to, że drugi Chełm ma identyczną zabudowę (ulice, domy) i mieszkańców, co pierwszy. To odkrycie sprawiło mu ogromną satysfakcję. Szlemiel chciał się przekonać, czy tutaj znajduje się ulica i dom podobny do tego, w którym mieszkał. Szybko udało mu się odszukać identyczną uliczkę i domek. Zapadł już wieczór. Otworzył drzwi i ku swemu zdumieniu ujrzał żonę, Szlemielową, oraz dzieci. Wszystko wyglądało dokładnie, kubek w kubek, jak u niego w sztubie. Szlemielowa natychmiast zaczęła go besztać.
– Szlemiel, gdzieżeś zniknął? Wyszedłeś sam z domu. Gdzieś ty się podziewał? I co tam nosisz w tym węzełku na kiju?
Dzieci, małe Szlemielki, podbiegły do niego, wołając:
– Tato, gdzie byleś?
Szlemiela zamurowało na chwilę, po czym rzekł:
– Kobieto, nie jestem twoim mężem ani waszym ojcem, dzieci.
– Czyś ty stracił resztki rozumu?! – wrzasnęła Szlemielowa.
– Ja jestem Szlemiel z Chełma Pierwszego, a tu jest Chełm Drugi.
Szlemielowa klasnęła w dłonie tak głośno, że kury, śpiące już pod piecem, spłoszyły się i zaczęły biegać po izbie, trzepocząc skrzydłami.
– Dzieci, wasz ojciec zwariował! – krzyknęła.
Natychmiast posłała po Chaninę, felczera. Zbiegli się sąsiedzi. Szlemiel stanął na środku sztuby i oznajmił:
– Tak, wyglądacie identycznie jak mieszkańcy mojego miasta, ale tak naprawdę nimi nie jesteście. Ja pochodzę z Chełma Pierwszego, a wy mieszkacie w Chełmie Drugim.
– Szlemiel, co się z tobą dzieje?! – zawołali wszyscy. – Jesteś przecież u siebie w domu, z własną żoną i dziećmi, ze swoimi sąsiadami i przyjaciółmi!
– Nie! Ja mieszkam w Chełmie Pierwszym – twierdził stanowczo. – Wybrałem się pieszo do Warszawy, a po drodze, między moim miastem a celem podróży, leży Chełm Drugi. W nim teraz jestem.
– Co ty pleciesz? Wszyscy cię znają, a ty nas. Jesteś u siebie, w domu rodzinnym z bliskimi.
– Nie! Nie jestem u siebie, to nie moje miasto – upiera się Szlemiel. – Wydaje się – kontynuuje – że w Chełmie Drugim żyją tacy sami ludzie i stoją identyczne domy, jak w Chełmie Pierwszym i dlatego sprowadza was to na manowce. Jutro ruszam w dalszą drogę do Warszawy.
– Jeśli tak, to mi powiedz, gdzie jest mój mąż? – pyta Szlemielowa, obrzucając go przy tym najwulgarniejszymi przekleństwami.
– A skąd ja ma wiedzieć, gdzie się podział twój mąż? – odpowiada Szlemiel.
Niektórzy sąsiedzi wybuchnęli śmiechem. Innym zrobiło się żal tych dwojga. Chanina, felczer, stwierdził, że nic tu po nim; nie ma lekarstwa na taką chorobę. I po chwili wszyscy rozeszli się do domów.
Tego wieczora Szlemielowa gotowała akurat kluski z fasolą, ulubioną potrawę męża.
– Zwariowałeś doszczętnie – odzywa się do niego. – Lecz szaleniec także musi jeść. Siadaj i jedz!
– A niby dlaczego ma pani karmić obcego? – zwraca się do niej Szlemiel. – Nie jestem pani mężem. Moja żona mieszka w Chełmie Pierwszym, a pani w Chełmie Drugim.
– Prawdę mówiąc, taki osioł jak ty powinien jeść siano, a nie kluski z fasolą – odpowiada Szlemielowa. – Siadaj i żryj! A może ty się upiłeś winiakiem? Jak zjesz i odpoczniesz, może wróci ci rozum do głowy?
– Pani Szlemielowo, jest pani dobrą kobietą – stwierdził. – Moja żona nie ugościłaby obcego. Wygląda na to, że istnieje jednak pewna różnica między tymi dwoma Chełmami – zauważa Szlemiel.
– A niech cię diabli porwą! – wrzeszczy Szlemielowa. – Niechaj co noc wszystkie złe senne mary nawiedzają twój umysł, duszę i ciało!...
Kluski z fasolą pachniały tak smakowicie, że Szlemiel nie dał się dłużej zapraszać do stołu. Usiadł, zjadł i przemówił do dzieci:
– Dziateczki, mieszkam w domu, który wygląda dokładnie jak ten. Mam żonę, podobną do waszej matki. Moje dzieci są do was podobne jak dwie krople wody. 
Młodsze rodzeństwo chichotało, starsze zaczęło płakać. Szlemielowa biadoliła:
– Mało, że oferma, to jeszcze musiał do tego zwariować. Co ja teraz pocznę? Przecież umrę ze strachu, zostawiając go w sztubie razem z wami. Kto wie, co wariat może zrobić?! – załamywała ręce, wołając: – Boże na niebie, za co spotyka mnie taka kara?! – i rozpłakała się...
Jednak także Szlemielowi posłała łóżko. I chociaż drzemał w ciągu dnia, teraz znowu poczuł zmęczenie. Rozebrał się i jak tylko przyłożył głowę do poduszki, od razu zapadł w głęboki sen.
– Na jego chorobę sen to najlepsze lekarstwo. Jutro z powrotem obudzi się Szlemiel, jakiego zawsze znaliśmy... – wyjaśniła dzieciom matka.
Szlemiel głośno chrapał. Znowu przyśniło mu się, że został kajzerem w Chełmie, a jego żona, cesarzowa, nasmażyła mu ogromny półmisek blinów. Wszystkie nadziewane serem, posypane cukrem, podpieczone w śmietanie z miodem. Zjadł dwadzieścia sztuk naraz, a resztę schował w koronie na później...
Szlemiel i chełmscy mędrcy

Nazajutrz rano, kiedy Szlemiel się obudził, w sztubie zgromadziło się pełno ludzi. Szlemielowa stała w środku tego zbiegowiska z czerwonymi od płaczu oczami. Dzieci wyglądały na przerażone. Szlemiel usiadł i przypominał sobie, co się z nim działo. Spojrzał na narzutę i rozpoznał koc, rzucił okiem na poduszkę – była jego. Zanim wyruszył z Chełma na wędrówkę, jego synek Godel niefortunnie skaleczył się w nos i wciąż nosił ślad po tym zdarzeniu. Szlemiel zaczął pocierać sobie czoło i drapać się po głowie. Czyż to możliwe, by oba Chełmy były aż tak do siebie podobne?
– Co to za zgromadzenie? Tyle tu osób, że się krępuję ubrać – odezwał się.
– Ludzie, nie pozwólcie mu uciec! – krzyknęła Szlemielowa. – Przepadnie gdzieś i uczyni ze mnie ponurą agunę, porzuconą żonę! Jeśli chce wędrować po świecie, niech najpierw się ze mną rozwiedzie.
– Zgodnie z prawem wariat nie może wyrazić zgody na rozwód – wtrącił się Berele mełamed.
– Jak mogę się z tobą rozwieść, skoro nie jesteś moją żoną – argumentował Szlemiel.
– Najlepiej będzie, jak zaprowadzimy go do chełmskich mędrców. Oni znajdą jakąś rad...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy