Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

21 sierpnia 2017

Echa eksperymentu więziennego

117

Pierwszego dnia prof. Zimbardo powiedział do swoich współpracowników: „To chyba będzie bardzo nudne badanie”. Mylił się. Eksperyment nudny nie był. Zdemolował przy okazji kilka obowiązujących powszechnie założeń dotyczących wolności człowieka oraz źródeł zła.

Więzienny eksperyment prof. Philipa Zimbardo (Stanford Prison Experiment, SPE) określany jest jako jeden z najlepiej znanych i najbardziej kontrowersyjnych badań w dziedzinie psychologii. Był tak kontrowersyjny, że właściwie... nie doczekał się replik. Wstrząs, jaki spowodował w środowisku psychologów, sprawił, że w wielu krajach zaostrzono przepisy dotyczące eksperymentów z udziałem ludzi (choć z drugiej strony w 1973 roku American Psychological Association uznało, że eksperyment spełniał ówczesne standardy etyczne). Sam autor SPE powiedział, że żaden eksperyment behawioralny stawiający człowieka w takiej pozycji jak stanfordzki eksperyment nie powinien być nigdy więcej przeprowadzony w Ameryce.

POLECAMY

Szokujący był przebieg eksperymentu oraz wnioski, jakie z niego płynęły: człowiek w określonym środowisku wciela się w rolę i, jeśli nikt i nic mu się gwałtownie nie przeciwstawia, jest gotów czynić zło, nawet największe. Może też, wskutek wpływu środowiska, łatwo stać się ofiarą.

Specyficzny dobór badanych

Thomas Carnahan i Sam McFarland, badacze z University of Pittsburgh, przeprowadzili w 2007 roku badania, których wyniki wskazują, że już sama treść ogłoszenia mogła wpłynąć na wynik eksperymentu więziennego. Badacze ci zamieścili w prasie ogłoszenie identyczne jak to, które w 1971 roku sformułował Zimbardo („Studenci poszukiwani do psychologicznego badania nad życiem więziennym…”) oraz drugie, bardziej lakoniczne („Studenci poszukiwani do badania psychologicznego…”).
Jak się okazało, ochotnicy, którzy zgłosili się do badania „więziennego”, uzyskiwali wyższe wyniki w skalach badawczych opisujących natężenie przemocy (agresja, autorytaryzm, makiawelizm, narcyzm, społeczna dominacja) oraz niższe w skali altruizmu i empatii – w porównaniu z ochotnikami, którzy zgłosili się do drugiego badania.

Na tej podstawie Carnahan i McFarland uznali, że jeden z najważniejszych wniosków płynących z oryginalnego eksperymentu – o wpływie sytuacji na przeciętnego człowieka – jest nieuprawniony. Ich zdaniem nie można mówić o tym, co prof. Zimbardo metaforycznie nazwał „dobrymi jabłkami w bardzo złej beczce”, bo „jabłka” w stanfordzkim eksperymencie nie zostały wybrane losowo.

Zimbardo nie zgodził się z tymi wnioskami, ale przyznał się do szeregu innych błędów. Potwierdził, że w 1971 roku dał się ponieść sytuacji – że niepotrzebnie przyjął, a potem wszedł w rolę naczelnika więzienia: – Nawet moja postawa się zmieniła. Po „więzieniu” chodziłem z rękami zaplecionymi z tyłu, czego w życiu nie robiłem, jak jakiś generał na zbiórce – stwierdził w jednym z wywiadów.

Ale nie tylko on. Craig Haney, psycholog biorący udział w eksperymencie, przyznał po latach, jak szybko przyzwyczaił się do tego, co robili „strażnicy”. – Kiedy w trakcie eksperymentu postanowiliśmy przenieść więźniów w inne miejsce, pojawiła się obawa, że zobaczą zwykłe uczelniane korytarze i wyjdą ze swoich ról. Więc postanowiliśmy, że założymy im na głowy torby, żeby nic nie widzieli. Kiedy pierwszy raz ujrzałem mężczyzn z torbami na głowach, to był dla mnie szok. Ale już następnego dnia ten widok nie był taki poruszający – wspomina Haney.

Zimbardo w swojej bestsellerowej książce Efekt Lucyfera przeprosił uczestników SPE za cierpienia, których im przysporzył, i za to, że stracił kontrolę nad przebiegiem eksperymentu.

Rygorystyczne instrukcje dla „strażników”

Trudno też powiedzieć, jak wyglądałby stanfordzki eksperyment więzienny, gdyby autor podał inną instrukcję „strażnikom”– uważają dr Ali Banuazizi z Boston College i dr Siamak Movahedi z University Massachusetts Boston. W swojej analizie „Interpersonal Dynamics in a Simulated Prison” piszą, że dzień przed rozpoczęciem eksperymentu ochotników mających wejść w role strażników poinformowano, że badanie będzie „symulacją środowiska więziennego, z ograniczeniami pragmatycznymi i etycznymi”, a ich zadaniem będzie „utrzymywanie rozsądnego poziomu porządku, tak by więzienie funkcjonowało efektywnie”. W związku z tym – uważają badacze – „strażnicy” rozpoczęli eksperyment z silnym stereotypem dotyczącym tego, jak zachowuje się „typowy strażnik więzienny” i „typowy więzień”.

Banuazizi i Movahedi odtworzyli tę sytuację. Przedstawili swoim studentom „instrukcje Zimbardo” i zapytali, co według nich miałby na celu eksperyment opisywany w taki sposób. 81 proc. osób odpowiedziało, że ich zdaniem eksperyment ma na celu potwierdzenie stereotypu, że w warunkach więziennych ludzie są upokarzani i gnębieni; sprawdzić, ile zniosą ludzie, zanim się zbuntują itd.

Większość badanych (89,9 proc.) przewidywała, że „strażnicy” w tak opisanym eksperymencie będą agresywni, wrogo nastawieni do „więźniów”.

Zabawna wizja: „więźniowie” zdobywają przewagę

Kontrowersje wokół stanfordzkiego eksperymentu więziennego spowodowały, że oficjalnie przeprowadzono jedną jego replikę – choć właściwie z powodu wprowadzonych zmian trudno nazwać ją repliką, badanie to było raczej „wariacją na temat”.

Chodzi tu o eksperyment pod nazwą BBC Prison Study autorstwa prof. Alexandra Haslama z University of Queensland i prof. Steve’a Reichera z University of St Andrews z 2001 roku. Haslam i Reicher zadali sobie dwa pytania: kiedy ludzie przyłączają się do grupy oprawców i kiedy jednoczą się, by przeciwstawić się opresji? „Uznaliśmy, że aby odpowiedzieć na te pytania, warto byłoby przeprowadzić eksperyment podobny do więziennego eksperymentu prof. Zimbardo” – piszą autorzy BBC Prison Study.

Eksperyment ten różnił się niemal wszystkim od pierwowzoru. Inne było ogłoszenie o naborze, inne kryteria podziału na strażników i więźniów (losowe, ale bardziej złożone niż rzut monetą). Oprócz autorów eksperymentu dla bezpieczeństwa wyznaczono neutralnych psychologów klinicznych, którzy obserwowali zachowanie „więźniów”, na miejscu byli ratownicy medyczni, ochroniarze oraz dodatkowy „panel etyczny” – pięć osób czuwających, aby sprawy nie wymknęły się spod kontroli. Całość była też pod nadzorem stale włączonych kamer, o czym wiedzieli i „więźniowie”, i „strażnicy”. Do współpracy zaproszono też prof. Zimbardo, ale ten nie zgodził się ze względów...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy