Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

4 lutego 2016

Bierni świadkowie czyli dlaczego patrzę, jak cię zabijają i nic nie robię

67

Młoda kobieta zostaje zabita na oczach blisko 40 osób. Patrzą jak zahipnotyzowane.Nikt nawet nie sięga po telefon, by zadzwonić na policję. Gdyby ktoś z nich to zrobił, kobieta prawdopodobnie przeżyłaby. Stoją i patrzą jak w transie.

O godzinie trzeciej nad ranem 13 marca 1964 roku dwudziestokilkuletnia Kitty Genovese zamknęła prowadzony przez siebie bar na Manhattanie i wracała do mieszkania w spokojnej dzielnicy Queens. Kiedy wysiadła z samochodu i szła w kierunku domu, została zaatakowana przez maniaka z nożem. Kitty krzyknęła. Usłyszał to sąsiad i z balkonu zawołał do mężczyzny, by dał jej spokój. Ten zaczął się oddalać, jednak po chwili zawrócił. Przez 35 minut zabójca gonił ofiarę, zadając jej ciosy nożem. Kobieta rozpaczliwie wzywała pomocy. W tym czasie jej sąsiedzi z okien obserwowali całe zdarzenie. Jedna z par przysunęła sobie krzesła bliżej okna, aby lepiej wszystko widzieć. Jak napisał „New York Times”: „przez ponad pół godziny 38 szanowanych i respektujących prawo obywateli Queens przyglądało się, jak zabójca trzykrotnie atakuje i w końcu zabija samotną kobietę na Kew Gardners. (...) »przyzwoici« ludzie nie byli w stanie zrobić nawet tyle, by zadzwonić po policję”. Policja została zawiadomiona dopiero wtedy, gdy kobieta nie żyła. Zabójca zdążył zbiec i nigdy go nie znaleziono.
Dlaczego mimowolni świadkowie morderstwa nie reagowali? Jak to możliwe, że nikt z nich nawet nie sięgnął po telefon – a wszyscy mieli taką możliwość – by wezwać pomoc? Gdyby ktoś to zrobił, kobieta prawdopodobnie przeżyłaby! Czy byli nieczuli, niewrażliwi? A może strach ich sparaliżował?

POLECAMY

Takie pytania zadawali sobie policjanci, dziennikarze, mieszkańcy Nowego Jorku. Sami świadkowie, wypytywani później, mówili: „Nie mam pojęcia, jak do tego mogło dojść”. Niektórzy tłumaczyli, że się bali. Ale trudno uwierzyć, że bali się zadzwonić. Padały słowa: znieczulica, obojętność, egoizm, apatia. Pewien psychoanalityk przypisał to wpływowi metropolii, która utrudnia bliskość i prowadzi do alienacji. Socjolog wspomniał o wycofaniu się w obliczu katastrofy. Ale przecież ci, którzy patrzyli na morderstwo Genovese, nie byli apatyczni ani wycofani. Jak przykuci tkwili w oknach, z zapartym tchem obserwując, co się dzieje.

Im więcej, tym gorzej
Dopiero dwóch psychologów, Bibb Latané z Columbia University i John Darley z New York University, wyszło poza te, nasuwające się, stereotypowe interpretacje. I poza tzw. zdrowy rozsądek, który mówi, że im więcej osób jest obecnych na miejscu zdarzenia, tym większa szansa, że ktoś nam pomoże. Przeanalizowali reakcje świadków i zaproponowali wyjaśnienie na pozór paradoksalne: blisko 40 świadków zabójstwa nie reagowało właśnie dlatego, że było ich tak wielu! Dlaczego tak się dzieje? W obecności innych świadków zmniejsza się nasza gotowość do pomocy, ponieważ spada poczucie osobistej odpowiedzialności za jej udzielenie. Bezwiednie zakładamy, że zapewne ktoś już coś zrobił, zadzwonił po pomoc, pobiegł po lekarza, wezwał policję itp.

Darley i Latané postanowili odtworzyć taki nagły i wymagający interwencji wypadek w laboratorium, gdzie możliwa jest kontrola innych zmiennych. Do badań zaprosili studentów kursu wprowadzającego do psychologii na New York University. Mieli oni omówić z innymi studentami swoje rzekome problemy związane z życiem studenckim. Aby zapewnić warunki sprzyjające szczerym wypowiedziom, studentów umieszczono w osobnych pokojach. Mogli się ze sobą porozumiewać przez interkom. W danym momencie mogła mówić tylko jedna osoba. Każdy z uczestników miał dwie minuty na wypowiedź. W ten sposób zamaskowano prawdziwy cel eksperymentu. W rzeczywistości chodziło o to, by sprawdzić, jak liczba świadków wpłynie na gotowość udzielenia pomocy. Studentów podzielono na trzy grupy. W pierwszej grupie badani sądzili, że rozmawiają tylko z jedną osobą. W drugiej grupie dowiedzieli się, że są połączeni z dwiema innymi osobami. Natomiast osoby z trzeciej grupy były przekonane, że rozmowie przysłuchuje się pięć osób. W rzeczywistości zawsze była tylko jedna osoba badana, a głosy pozostałych uczestników odtwarzano z taśmy. W ten sposób zróżnicowano liczbę potencjalnych świadków. A nagły wypadek?

Był nim rzekomy atak epilepsji. Badany słuchał wypowiedzi pierwszego studenta, który opowiadał o swoich kłopotach w nauce i problemach z koncentracją. Mimochodem dodawał, że cierpi na ataki epilepsji, szczególnie gdy jest zestresowany. Następnie wypowiadał się kolejny uczestnik. W pierwszej grupie był nim sam badany. W pozostałych grupach wysłuchiwał on głosów pozostałych uczestników, zanim sam się wypowiedział. Po czym głos znów zabierał pierwszy uczestnik. Zaczynał mówić i nagle dostawał ataku padaczki. Brzmiało to tak: „Sądzę, że.. że.. ja a.. potrzebuję eee po.. po.. pomocy, może ktoś mi po.. eee eee mi po.. pomoże, bo eee jest eee ze mną naprawdę źle, czy eee ktoś może tu przyjść, bo eee bo aaa mam ten naaaapad, naprawdę potrzebuję pomocy”. Po czym słychać było odgłos dławienia się, a potem następowała cisza. Zmierzono, ilu badanych z każdej grupy pomoże ofierze ataku – czyli opuści swoje pomieszczenie i zawiadomi eksperymentatora. Rejestrowano także czas, jaki upływał, zanim badani reagowali na wypadek. Dano im na to 4 minuty. Jeśli w tym czasie nie podjęli żadnego działania, eksperyment się kończył.

Wyniki pokazały, że zgodnie z oczekiwaniami badaczy, im więcej było świadków zdarzenia, tym mniej osób próbowało pomóc ofierze ataku epilepsji i tym później podejmowały one działanie. Jeśli badani myśleli, że są jedynymi świadkami ataku, aż 85 proc. z nich interweniowało zanim ucichł głos rzekomej ofiary. W grupie drugiej (dwóch świadków) takich osób było już tylko 62 proc. A w trzeciej grupie, gdzie było pięciu świadków, gotowość do pomocy spadła – tylko 26 proc. osób podjęło działanie. Wszyscy, którzy wierzyli, że są jedynymi świadkami, poinformowali o zdarzeniu eksperymentatora. Jeśli sądzili, że świadków jest kilku, zrobiło to tylko 62 proc.

Kto za to odpowiada
Czy badanych nie obchodził los studenta, który miał atak epilepsji? Nie, wszyscy odczuwali niepokój, gdy docierały do nich niepokojące dźwięki. U wielu pojawiały się fizyczne objawy napięcia: trzęsły im się ręce, pociły dłonie. Wzdychali i mówili sami do siebie, np.: „O Boże, co ja teraz powinienem zrobić?!” Dlaczego zatem często nic nie robili? Wyniki eksperymentu wyraźnie pokazują, że nie mamy tu do czynienia z apatią obojętnych gapiów. Winien jest efekt rozproszenia odpowiedzialności. Jeśli tylko jedna osoba jest świadkiem wypadku, ona ponosi całą odpowiedzialność za udzielenie pomocy i będzie miała silne poczucie winy, jeśli nic nie zrobi. Jeśli jednak podczas wypadku są obecni inni ludzie, ich poczucie odpowiedzialności ulega dyfuzji, rozmywa się i dzieli pomiędzy wszystkich obserwatorów. Im jest ich więcej, tym mniejsze prawdopodobieństwo, że znajdzie się choć jeden, który spróbuje pomóc – bo każdy z nich zakłada, że ktoś inny zapewne już to zrobił. Obecność innych redukuje także koszt niepodjęcia działania, każdy ze świadków w obecności innych czuje się mniej winny za nieudzielenie pomocy.

Kłótnia czy morderstwo?
Badani w eksperyme...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy