Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

27 stycznia 2016

Złość się i ...słuchaj

0 488

Boimy się jej u innych, boimy się własnej. Odcinamy się od niej... i od siebie. Albo przeciwnie - wybuchamy z byle powodu. Co krok znajdujemy powody, by się złościć. Może sami je sobie stwarzamy? Złość. Ona nie zawsze jest zła. Jak jej wysłuchać, by w nią nie popaść?

Zaczyna się niewinnie. Państwo Longstreet, bohaterowie filmu Romana Polańskiego „Rzeź”, spotykają się z państwem Cowan, by porozmawiać o synach, którzy się pobili. Chcą polubownie załatwić nieporozumienie. Pokazać, że nie trzeba używać kija – wystarczy rozmawiać. Wśród wzajemnych uprzejmości spisywany jest raport z bójki chłopców. Pojawiają się różnice zdań: syn państwa Cowan trzymał kij, czy był zatem uzbrojony? Zamierzał skrzywdzić kolegę, czy wybił mu ząb niechcący? Ale strony nastawione są polubownie. Znajdują odpowiednie słowa. Państwo Longstreet zapraszają na kawę. Kulturalni ludzie, uprzejmi i cierpliwi.

Tylko dlaczego mamy wrażenie, że zaraz coś się wydarzy? Że puszczą tamy i bóg mordu da o sobie znać? Ukryta złość sączy się podskórnie, poza świadomością bohaterów.

Nawet Bóg ujawnia gniew na kartach Biblii. Starotestamentowy pali Sodomę i Gomorę. Chrystus wyrzuca handlarzy ze świątyni. Nie jesteśmy lepsi. Złość towarzyszy nam od początku, pomogła nam przeżyć. Wściekły praprzodek był w stanie dopaść zwierzynę lub bronić się przed wrogami. Złość mu w tym pomagała, bo pod jej wpływem ciało automatycznie przygotowuje się do walki – napinają się mięśnie, serce bije szybciej i wzrasta ciśnienie krwi. Dłonie nam się pocą, zwiększając swoją przyczepność, co daje pewniejszy chwyt w walce.

Robert Ardrey, antropolog, autor książki Agression and Violence in Man twierdzi, że pochodzimy w prostej linii od bezwzględnych morderców. Odziedziczona po nich skłonność do gniewu i złości także dziś pomaga nam w obronie terytorium – tego fizycznego, czyli ziemi, potomstwa, majątku, i psychologicznego: dobrego imienia, honoru, statusu. Pozwala nie tylko zachować status quo, ale – jak zauważa profesor Tomasz Maruszewski z SWPS w Sopocie, znawca emocji – służy też ekspansji i dominacji: zdobywaniu nowych terenów, większego wpływu, wyższego statusu. Gdyby nie złość, być może do tej pory tkwilibyśmy w jaskiniach. Ale rozzłoszczony mieszkaniec ciemnego, wilgotnego lokum, któregoś dnia powiedział sobie: dość! Tak dalej być nie może. I szukał lepszego miejsca do życia.

Temu właśnie służy złość. Pełni dwie funkcje – informacyjną i energetyzującą. Z jednej strony sygnalizuje, że dzieje się coś niepożądanego, z drugiej zaś dostarcza energii, byśmy mogli ten niepożądany stan zmienić. Psychoterapeuta Piotr Fijewski wierzy, że czysta złość jest wewnętrzną mocą, z której w razie potrzeby możemy skorzystać. Taki miecz z „Gwiezdnych wojen”.

Reagujemy złością na różne zagrożenia i przeszkody, które pojawiają się, gdy dążymy do celu. Tylko ten, kto do niczego nie dąży, nigdy się nie złości. Jak zakłada poznawcza teoria emocji, sformułowana przez Keitha Oatleya, emerytowanego profesora psychologii z Kanady, i Philipa Johnsona-Lairda z Cambridge University, emocje są odpowiedzialne za ustalanie priorytetów. Złość motywuje nas do wzmożenia wysiłków, by pokonać przeszkodę, czasem popycha do agresji. Oatley wraz z Jennifer Jenkins w książce Zrozumieć emocje przekonuje też, że choć pisane przez gniew scenariusze nie są doskonałe, w wielu sytuacjach są lepsze niż bierność, przypadkowe działanie czy zatopienie w myślach. Bez nich jesteśmy jak Dave Buznik (Adam Sandler) z filmu Petera Segala „Anger Management” („Ujarzmić gniew”). Każdy go lekceważy i robi z nim, co chce, a on uprzejmie... połyka żaby.

Wydaje się, że państwu Longstreet w ich salonie nic nie zagraża. Nic nie ogranicza też państwa Cowan. Skąd więc to napięcie i irytacja, coraz wyraźniej zajmująca miejsce początkowej uprzejmości?

Grzeszny gniew

Gniew z natury nie jest zły, jest po prostu narzędziem do osiągania celów, naszą bronią. Dlaczego zatem Kościół umieszcza go wśród siedmiu grzechów głównych? Bo jak każda broń, niesie ze sobą zagrożenia. Trzeba się nią posługiwać roztropnie. A nie zawsze wystarcza nam rozwagi. W złości padają słowa, których żałujemy, dochodzi do rękoczynów. Penelope Longstreet, wrażliwa na krzywdę społeczną miłośniczka malarstwa (szczególnie ekspresyjnego Kokoschki) zaczyna okładać na oślep swego męża. A Kate Cowan wali w stół kwiatami, wrzeszcząc: Oto co myślę o waszych głupich tulipanach!

Sama złość – jako emocja – nikomu nie szkodzi. Niesłusznie utożsamiana jest z wrogością i agresją. Ale w praktyce często jedno przechodzi w drugie. Im gorzej radzimy sobie ze złością, tym częściej kończy się agresją. I wtedy grzeszymy.

Z badań CBOS wynika, że w minionym roku co drugi badany Polak był wielokrotnie rozdrażniony i zdenerwowany, bo coś mu się nie udało. Częściej rozdrażnienie odczuwały kobiety (56 proc.) niż mężczyźni (43 proc.). Co czwarty badany przyznał, że często, nawet bardzo często, doświadczał takiej wściekłości, że miał ochotę wszystko rozwalić.

Jak mawiał Benjamin Franklin: Nigdy nie złościmy się bez powodu, ale rzadko jest to właściwy powód. Powody do złości często wymyślamy sami. – Złości nas nie to, co się aktualnie dzieje, ale wyobrażenia i czarne scenariusze – przyznaje psychoterapeutka Ewa Woydyłło. – Wystarczy, że sobie pomyślimy, że możemy stracić pracę, albo przypomnimy stłuczkę sprzed roku i już się w nas wszystko gotuje. Przykładem jest opowieść o małżeństwie, które po latach utarczek wreszcie się pogodziło. Siedzą szczęśliwi. I nagle ona zaczyna go tłuc. – Za co? – pyta on, zszokowany. – Bo gdy sobie przypomnę, jak 20 lat temu czekałam na porodówce, a ciebie nie było, to nie mogę zdzierżyć! Ten gorzki żart nie jest psychologiczną fikcją. Badania dowodzą, że naszemu mózgowi jest wszystko jedno, czy to dzieje się naprawdę, czy tylko o tym myślimy.

Co zwykle sobie mówisz, by doprowadzić się do wściekłości? – spytał psychoterapeuta Albert Ellis, twórca racjonalno-emotywnej terapii behawioralnej, swojego pacjenta, Johna, który cierpiał na napady złości. Okazało się, że ten wpadał we wściekłość za każdym razem, gdy pomyślał, jak niesprawiedliwi są jego bliscy. Ellis demaskuje irracjonalne oczekiwania, które kryją się za naszą złością: że nigdy nie powinno padać, ludzie powinni być zawsze mili, a partner pogodny. A jeśli jest inaczej, mamy powód, by się złościć.

Transfer agresji

Raz wzbudzoną złość trudno zatrzymać, ona zaczyna żyć własnym życiem. Zmienia naszą percepcję i myślenie. Jest, jak pisze Martin Seligman, psycholog pozytywny, „soczewką, przez którą dostrzegamy jedynie zagrożenie naszych interesów”.

Gdy złość się pojawi, może skierować się na każdego, rzadko na tego, kto tę złość wywołał. Zjawisko to wyjaśnia mechanizm transferu emocjonalnego, opisany przez Dolfa Zillmanna z Uniwersytetu w Alabamie. Wywołane jakimś czynnikiem pobudzenie kory nadnerczy utrzymuje się w nas przez około 10 minut. W tym czasie, w wyniku działania adrenaliny i noradrenaliny, nasze myśli i ogląd sytuacji zmieniają się. Pobudzenia – których źródła były różne – sumują się, a my ostatecznie przypisujemy je jednemu, bieżącemu. Zwykle takiemu, które z pierwotnym pobudzeniem nie miało nic wspólnego.

Zillmann eksperymentalnie pokazał, jak ten mechanizm działa. Najpierw prowokował badanych uszczypliwymi uwagami, potem oglądali przyjemny bądź nieprzyjemny film. Następnie mogli odpłacić prowokatorowi, wystawiając mu ocenę. Ci, którzy wcześniej oglądali nieprzyjemny film, wystawili bardziej krytyczne oceny.

Na tej zasadzie, w sposób niezawiniony, ofiarami złości padają często najbliższe nam osoby, te, które są przy nas, z którymi czujemy się przecież bezpiecznie. To w nie
trafiają nałożone na siebie fale złości, które wywołał ktoś inny. Przypomina to komiksową scenę, w której sfrustrowany przez szefa mąż wraca podminowany do domu i odreagowuje złość na żonie; ta, zdenerwowana, trzepnie ścierką dziec­ko, a ono kieruje swą złość na psa.

Otrzymaną złość przekazujemy dalej. Widać to na ulicach i w statystykach. Z badań Pentora wykonanych na zlecenie „Newsweeka” wynika, że w ciągu jednego tylko miesiąca co trzeci badany wdał się w kłótnię z nieznajomym, co czwarty zrobił awanturę sprzedawcy w sklepie, co piąty wybuchnął gniewem na ulicy.
Skąd złość, którą przemieszczają między sobą bohaterowie „Rzezi”?

Studzenie gniewu

Grzeszymy gniewem. Nie umiemy bowiem używać broni, którą dysponujemy od kolebki – z badań Joe Camposa, profesora psychologii z UC Berkeley wynika, że już czteromiesięczne niemowlęta reagują gniewem na odsunięcie od sutka.

Wielu rodziców ma poczucie, że skoro dziecko się złości, to znaczy, że jako rodzice coś źle robią. A gdy pozwolą dziecku wyrażać złość, to tym samym przyznają się do winy. Przecież gdyby byli dobrymi rodzicami, dziecko by się nie złościło. Wytłumiają więc złość dziecka, nie są skłonni jej „odzwierciedlać”.
– Proces odzwierciedlenia polega na tym, że rodzic pomaga dziecku dostrzec jego złość i dobrze ją nazywać, żeby dziecko wiedziało, co się z nim dzieje – wyjaśnia psychoterapeutka Maria Król-Fijewska.

Ewa Woydyłło widzi ten proces w wychowaniu swojego wnuka: – Kiedy jest sfrustrowany, bo nie może iść do babci, złości się i tupie, jego mama kuca, patrzy mu w oczy i mówi spokojnie: wiem, jesteś zły, chciałbyś pójść do babci. Wyraża za niego złość, której on wyrazić nie umie. A teraz powiedz, „niemarudząco”, czego byś chciał – sugeruje. Dzięki temu dziecko uczy się dostrzegać swą złość, odkrywać, co się za nią kryje. Znajduje u kogoś zrozumienie dla złości. I ona opada.

Nie wszyscy mają takie szczęście. Zwykle złość dziecka jest przez rodziców uciszana lub karcona. Bardziej u córek niż synów, jak pokazują badania Mariana Radke-Yarrowa i Grażyny Kochańskiej. To córki częściej słyszą: uspokój się, przecież jesteś dobrą córką. Ale bywa jeszcze gorzej. Jaki pisze psychoterapeuta Theodore Rubin, „zdarza się, że rodzice okazują coś innego niż czują. Kiedy są zagniewani – uśmiechają się lub sztywnieją”. Wysyłają dziecku sprzeczne komunikaty: „czasem wolno ci się gniewać, czasem nie – choć okoliczności są te same; grzeczne dzieci się nie złoszczą, a już na pewno nie na dorosłych; skoro się gniewasz, to znaczy, że mnie nie kochasz”.

Dziecko gubi się w emocjonalnym chaosie. Ponieważ każde działanie okazuje się niewłaściwe, pojawia się emocjonalny paraliż i bezradność – woda na młyn złości. – Dorastanie w domu, gdzie jest wiele chaosu, musi powodować frustrację – tłumaczy Ewa Woydyłło. – Rodzice raz dopuszczają coś, a potem za mniejsze wychylenie karzą, i nie wiadomo, od czego to zależy. Nie ma jasnych reguł ani granic; bez nich nie wiem, co mi wolno wobec ciebie, ani nie mam nic do powiedzenia co do swoich granic – są ruchome, wciąż naruszane.

W świecie pozbawionym granic dziecko uczy się złości od zarania. W takich domach wyrastają osoby, które z całego katalogu emocji znają tylko jedną. Ludzie pełni złości, którzy, paradoksalnie, zwykle nie mają ze swą złością kontaktu.

Zła – to nie ja!

Badania brytyjskie dowodzą, że co trzecia osoba zna kogoś, kto ma problem z kontrolowaniem złości. Ale tylko co dziesiąta widzi ten problem u siebie. Sondaż CBOS pokazał, że co trzeci Polak twierdzi, iż wściekłość jest mu obca.

Każdy odczuwa czasami złość. Każdy, ale nie ja! Jeśli złości nie znajdujemy w sobie, to gdzie ją ukryliśmy? Złość częściej niż inne emocje jest maskowana – dowodzą badania Geoffreya Underwooda z University of Nottingham. Maskujemy ją, bo nie mieści się w obrazie własnej osoby. Chcemy wierzyć, że jesteśmy spokojni i szlachetni. Ale frustracji uniknąć nie sposób – więc się złościmy. Zaprzeczamy jednak: to nie złość, tylko zdenerwowanie, oburzenie na niesprawiedliwość.
Maskujemy złość, bo nie radzimy sobie z ambiwalencją uczuć: albo kogoś kochamy, albo nienawidzimy. Takich uczuć nie można pogodzić. – Jak mogłabym złościć się na ukochane dziecko czy schorowaną matkę, którą od lat się opiekuję.

Tego uczucia we mnie świadomie nie ma. Tylko bardzo boli mnie głowa. Albo mam wiele pretensji do siostry, z którą opiekuję się matką – mówi Maria Król-Fijewska.
Maskujemy złość, bo rodzi lęk. Lękamy się, że gdy ją ujawnimy, wymknie się nam spod kontroli. Z drugiej strony obawiamy się reakcji innych osób, szczególnie najbliższych. Przecież jeśli okażemy złość partnerowi, to nas porzuci...

Dr Cheryl van Daalen-Smith ze School of Nursing w Toronto twierdzi, że problem ze złością szczególnie dotyczy młodych kobiet, które definiują siebie poprzez relacje i unikają wszystkiego, co mogłoby je naruszyć. Żyją jak kameleony, dostosowując się do otoczenia, by za wszelką cenę zachować harmonię w relacjach. Jaka jest ta cena? Zdaniem dr van Daalen-Smith odłączając się od swej złości, w efekcie odcinamy się od wielu swoich potrzeb. Tak naprawdę nie znamy ich, bo nie dopuszczając do siebie złości, tracimy dostęp do tego, co dla nas ważne. Uciszając swą złość – uciszamy też siebie, swoje Ja.

Sztuczki i maski

Czy można ukryć złość, zamieść ją pod dywan? – Można – odpowiada Piotr Fijewski, psychoterapeuta. – Ale i tak wszyscy wiedzą, gdzie ona jest.A jednak próbujemy ją schować. Te sztuczki przybierają różną formę. Może to być intelektualizacja. Penelope, bohaterka „Rzezi”, zapewne sfrustrowana niemożnością realizacji swych aspiracji i rozczarowana tym, że mąż ich nie podziela, by nie doświadczyć konfliktu wewnętrznego, zajmuje się problemami na świecie, pisze książkę o konflikcie w Darfurze. Może przy okazji ujawnić swą złość w sposób nienaruszający jej obrazu siebie, przeciwnie, podnoszący wartość – taka jest wrażliwa na cierpienie.

Innym osobom udaje się sublimować złość – znajdują dla niej ujście w sporcie albo w zawodzie, który pozwala ją okazać. Tak jest w przypadku Alana Cowana, cynicznego prawnika, który stosuje wszelkie chwyty, by bronić firmy farmaceutycznej, która wypuściła szkodliwy lek. Zamiast marnować energię na zaprzeczanie złości, rozładowuje impuls w działaniu. I jeszcze mu za to płacą. Możemy mimowolnie przekształcać złość w przeciwne uczucie, co prowadzi do reakcji upozorowanej. Czując do kogoś i złość, i miłość – próbujemy przekonać siebie, że jest w nas tylko miłość. Okazujemy ją aż przesadnie, i brzmi to fałszywie, bo część złości, którą chcemy przykryć miłością, wydostaje się spod maski. Zdarza się słyszeć, że ktoś głośno zapewnia partnera o miłości, jakby sam siebie chciał przekonać.

Złość, którą próbujemy zamaskować, zawsze znajduje ujście, choć czasem pokrętnie. Jak – nie wyrażając złości – dokuczyć komuś, sprawić, by poczuł się zły, winny, nic nie wart? Temu służy bierna agresja. Przejawia się na wiele sposobów. Theodore Rubin opisuje, jak jedna z jego pacjentek robiąc zakupy, dziwnym trafem zwykle zapominała kupić gazetę, o którą prosił mąż. I dziwiła się, że on wściekał się potem o takie głupstwo! Pasywnie ujawniamy złość, mówiąc na przykład w towarzystwie coś, co skompromituje partnera – jak Penelope z „Rzezi”, która zdradza, że jej mąż stał się mordercą chomika. Albo bywamy złośliwi, albo cyniczni, jak państwo Longstreet, gdy za plecami gości szydzą z pieszczotliwego imienia Dudluś, jakim pan Cowan nazywa swoją żonę.

Niby nie robimy nic złego, trudno nam coś zarzucić. Tylko wiercimy komuś dziurę w brzuchu, zwlekamy ze zrobieniem czegoś, podajemy mu herbatę, a przy okazji oblejemy ważne papiery. A gdy ten ktoś w końcu wybucha, czujemy się ofiarą i możemy dać upust swoim żalom.

Kontrolowany wybuch?

Ukryta pod dywanem, zaprzeczona, tłumiona w sobie albo wyrażana pokrętnie złość nie znika. Gdzieś się gromadzi, podnosi napięcie w związku, w końcu zaczyna nam szkodzić. Osoby, które mocno tłumią złość, częściej cierpią na nadciśnienie tętnicze; niektóre badania wskazują, że wrzody, depresja, a także choroby onkologiczne częściej zdarzają się ludziom skrajnie opanowanym – takim, którzy potrafią stłumić złość. Ukrywany gniew oddala nas od bliskich. Chcąc nie chcąc odbierają oni nasze napięcie, irytację, rozdrażnienie, a zarazem nie rozumieją, co się dzieje.

Ale tłumienie złości nie może trwać wiecznie. Wcześniej czy później dochodzi do wybuchu. Wybuchamy my albo partner. W „Rzezi” najpierw wybucha misiowaty Michael Longstreet i wrzeszczy: Straciłem cierpliwość do tego wzajemnego rozczulania się nad sobą. Potem opanowana i znosząca długo zachowania męża Kate Cowan wyrywa mu telefon i wrzuca do wody.

Może więc lepiej nie czekać? Może warto uwolnić gniew, nim się skumuluje i spowoduje eksplozję... To właśnie proponuje hipoteza ka­tharsis, sformułowana przez Freuda. Uwiodła rzesze terapeutów i ich pacjentów. Na warsztatach zachęcano uczestników, by swobodnie odreagowywali, czasem skrajnie agresywnie, swoją złość, wrzeszcząc i bijąc poduszki. Ale współczesne badania nie pozostawiają wątpliwości: hipoteza katharsis jest fałszywa. A jeśli w nią wierzymy, efekt jest tym gorszy.

Który ty raz żyjesz?

Panowanie nad złością to wyzwanie. Jak mówi dr Diane Tice – ze wszystkich emocji złość bywa najbardziej nieustępliwa, a zarazem uwodzicielska. Można się od niej uzależnić jak od alkoholu. Trudniej ją kontrolować niż inne emocje, np. smutek. Co nie znaczy, że nie możemy nauczyć się nad nią panować. Ewa Woydyłło podkreśla, że trening radzenia sobie ze złością zaczyna się od jej dostrzeżenia. Trzeba dopuścić ją do głosu, dostrzec w sobie, wysłuchać, co nam mówi. Na co reagujemy gniewem. Być może są to korki uliczne, teściowa pouczająca, jak prowadzić dom, albo szef, który nas nie docenia. Niektórych z tych sytuacji można uniknąć. To kontrola antycypacyjna, którą bada Dorota Szczygieł z SWPS. Przesiadamy się na rower, by nie stać w korkach. Nie spotykamy się z teściową. Albo odwracamy uwagę od tego, co nas denerwuje... Ale nie wszystkich sytuacji da się uniknąć.

A co wtedy, gdy złość już się pojawiła? Trzeba ją wyrazić, znaleźć dla niej odpowiednie słowo. Opowiedzieć, co czujemy, ale nie oskarżając drugiej osoby, nie przerzucając na nią za to odpowiedzialności. Temu służy asertywny komunikat „Ja” (złości mnie, przeszkadza mi, denerwuje mnie), zamiast komunikatu „Ty” (mnie złościsz, denerwujesz, przeszkadzasz mi). Dzięki temu nie atakujemy drugiej osoby, a zarazem dajemy jej szansę, by m...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy