Dołącz do czytelników
Brak wyników

Mózg i umysł , Praktycznie

4 marca 2019

Zjeść czy nie zjeść? Oto jest pytanie!

30

Potrafisz nad sobą panować? Jesteś w stanie poczekać na nagrodę? Jeśli tak, to masz szansę na lepsze i ciekawsze życie. Skorzysta na tym nawet twoja inteligencja.

Historia działań człowieka, poczynając od Adama i Ewy, zrodziła w nas głębokie i utrwalone przekonanie, że siła woli jest cechą stałą i niezmienną, co oznaczałoby, że albo się z nią rodzimy, albo nie. Szczęśliwcy, którzy przyszli z nią na świat, mogą bez większego wysiłku odrzucić czyhające pokusy, dlatego nie tyją, nie porzucają wymagającej pracy, uczą się systematycznie, nie wpadają w nałogi.

Tak sformułowany determinizm biologiczny wyzwolił jednak w nas dość pokrętną postawę. Z jednej strony zazdrościmy wybrańcom natury, z drugiej zaś znajdujemy łatwe wytłumaczenie dla własnych niepowodzeń. No bo jak mamy nie tyć czy rzucić palenie, skoro od samego początku jesteśmy w pewien sposób „upośledzeni”? Stąd na przykład noworoczne postanowienia mają moc sprawczą najdalej przez tydzień, a potem szybko stają się tylko nieprzyjemnym wyrzutem sumienia.

Czy jednak to przekonanie jest uprawnione? Czy rzeczywiście siła woli, zdolność do samokontroli, zdolność do odraczania gratyfikacji są wrodzone i niezmienne? Walter Mischel był pierwszym psychologiem, który przeprowadził eksperymenty mające dać odpowiedzi na pytania dotyczące samokontroli.

W pokoju niespodzianek

Pod koniec lat 60. Mischel i jego współpracownicy zaprosili grupę pięcioletnich dzieci (oczywiście za zgodą ich rodziców) do udziału w oryginalnym badaniu, znanym jako „test marshmallow”. Na Uniwersytecie Stanforda uczeni prowadzili kolejno małych uczestników do „pokoju niespodzianek”. Każde dziecko mogło w nim wybrać ulubiony przysmak spośród słodkich pianek, precelków, ciasteczek, czekoladek, cukierków. Otrzymywało też propozycję: może zjeść jeden przysmak od razu, ale jeśli wytrzyma kilkanaście minut, to zje dwa. Jeśli dziecko decydowało się na drugi wariant, zostawało w pokoju sam na sam z wybraną słodkością. Na tacce na stoliku miało z jednej strony jeden kawałek smakołyku, a z drugiej dwa. Obok tacki stał też dzwonek. Zasada była prosta: jeśli dziecko użyło dzwonka, zeszło z krzesła albo zjadło przysmak, dostawało potem od badacza tylko jeden kawałeczek. Jeśli wytrzymało, zjadało dwa.

Jak możemy sobie wyobrazić, część dzieci zjadła łakocie natychmiast, a część oparła się pokusie. Te ostatnie wymyślały najrozmaitsze sposoby, aby odwrócić uwagę od słodyczy, zmniejszyć stres związany z sytuacją, w jakiej się znalazły, i złagodzić konflikt wewnętrzny: zakrywały sobie oczy, przesuwały w odległy róg stołu tacę i dzwonek, opierały głowę na ramieniu, by nie patrzeć na nagrodę. Powtarzały usłyszaną instrukcję, przekonywały same siebie, ile zyskają, jeśli zdołają zaczekać. Zmieniały nieprzyjemną sytuację oczekiwania w twórcze zabawy – komponowały piosenki, bawiły się dłońmi, stopami, udawały, że grają na fortepianie. Próbowały również zasnąć. Co ważne, niektóre z nich stosowały skutecznie podpowiedzi otrzymane od prowadzących eksperyment. Myślały więc o czymś przyjemnym i radosnym albo wyobrażały sobie, że stojące przed nimi łakocie to tylko obrazek w ładnej ramce. Pewien chłopiec wykazał się zabawnym sprytem: po wyjściu eksperymentatora z pokoju wylizał krem z ulubionych ciasteczek, po czym ułożył je na tacy tak, aby nie można było tego zauważyć.

Konsumenci marshmallow po latach

W latach 1968–1974 Mischel i jego zespół poddali „testowi marshmallow” ponad 550 dzieci. Co ciekawe, naukowcy zdecydowali, że będą systematycznie, mniej więcej co dziesięć lat, przyglądać się kolejom życia niektórych uczestników. Te obserwacje przyniosły bardzo ciekawe wnioski. Ci z badanych, którzy w dzieciństwie potrafili dłużej czekać na nagrodę, jako nastolatki wykazywali wyższą inteligencję, łatwiej się koncentrowali, byli bardziej samodzielni i mieli większą zdolność do samokontroli. W sytuacjach stresowych rzadziej wpadali w złość czy zachowywali się niedojrzale. Częściej też planowali swoje działania, a niepowodzenia traktowali jako problem przejściowy, możliwy do rozwiązania.

Między dwudziestym piątym a trzydziestym rokiem życia te osoby były bardziej odporne na trudne sytuacje, przejawiały większą elastyczność w radzeniu sobie z problemami oraz z większym powodzeniem utrzymywały relacje intymne. Zdobyły też lepsze wykształcenie, rzadziej sięgały po niebezpieczne używki i miały mniejszy wskaźnik masy ciała (BMI).

To, co stałe, jest zmienne

Samokontrola i zdolność do odraczania gratyfikacji nie są trwałymi umiejętnościami, niezmiennymi bez względu na sytuacje i okoliczności, w jakich funkcjonujemy. To, czy z nich skorzystamy, będzie zależeć – podobnie jak w przypadku każdej innej zdolności – od naszych potrzeb i motywacji. Nie bez znaczenia jest też sposób, w jaki spostrzegamy nasze działanie i jego ewentualne konsekwencje, a także atrakcyjność czy siła pokusy. Można więc rzetelnie rozwiązywać zadania polecane przez szefa i notorycznie zapominać o ustaleniach poczynionych z bliskimi. Można wytrwale biegać w weekendy o poranku z atrakcyjną sąsiadką i regularnie przesypiać dzwonek budzika, gdy trzeba wstać do pracy.

Jeśli chcemy zrozumieć zachowania ludzi i skutecznie je przewidywać, zwróćmy uwagę, w jakich sytuacjach one się pojawiają. Na przykład konsultanci doradztwa personalnego, pracownicy działów HR powinni uważniej przyglądać się temu, co kandydaci na dane stanowiska naprawdę robią w różnych momentach swojego życia, a nie temu, co na ten temat mówią.

Wiem „po co”

Z samokontroli korzystamy efektywniej wtedy, gdy jesteśmy do niej odpowiednio zdopingowani. Jej spadek nie wynika z wyczerpania naszych zasobów, ale z obniżenia uwagi i motywacji.

Zmęczenie mozolną, długotrwałą pracą dotyka każdego z nas. Bywa, że jesteśmy na granicy wytrzymałości. Do najbliższych, do siebie mówimy wtedy: „Nie dam rady. Po co się zdeklarowałem? Rzucę to, mam dość”. Kiedy jednak mamy dostatecznie (!) silną motywację, nie tylko jesteśmy w stanie kontynuować nielubianą aktywność, ale nawet wykonywać ją z większym zapałem. Istotne są także nasze cele oraz osobiste, wytrenowane standardy działania. Jeśli w bliskiej perspektywie mam spotkanie z kimś dla mnie ważnym, to z dużym prawdopodobieństwem zrobię wiele, by odpowiednio wcześnie dokończyć wszystkie sprawy zawodowe. Jeśli jestem na finiszu pracy doktorskiej, to wykrzeszę resztki sił, by na czas dokończyć pisanie wniosków.

Siła tkwi w sposobie myślenia

Spostrzeganie siebie jako kogoś, kto „da radę”, kto „potrafi”, skłania do wytrwałego dążenia do celu pomimo trudu i obaw. Niebezpieczne są natomiast wewnętrzne oceny w rodzaju „Jestem beznadziejny w rozwiązywaniu tych zadań”, „Znowu mi się nie uda”, bo mogą stać się samospełniającymi się przepowiedniami.

Proces ten wspierają pewne strategie. Jedną z nich są tzw. intencje implementacyjne, czyli proste plany działania „jeżeli – to”. Są one na tyle skuteczne, że działają nawet w „gorących” emocjonalnie warunkach, gdy wyznaczyliśmy sobie cel dla nas ważny, ale też trudny do osiągnięcia. Co oznacza, że na diecie nie będziemy podjadać czekoladowych ciasteczek czy zaglądać co chwilę na Facebook, gdy piszemy artykuł.

Rzecz polega na sformułowaniu konkretnego działania, gdy pojawią się określone sygnały sytuacyjne. Jeśli podejdzie kelner z propozycją deserów, to zamówię tylko kawę; jeśli włączam komputer, żeby pracować, to nie korzystam z komunikatorów. Te banalne plany, wielokrotnie powtarzane, sprawiają, że system gorący samorzutnie będzie wyzwalał pożądaną reakcję na pojawiający się bodziec. Z czasem wytworzy się nawyk, czyli nowe skojarzenie z konkretną sytuacją, jak mycie zębów po śniadaniu.

Im częściej powtarzamy takie działania, tym szybciej stają się automatyczne, co sprawia, że „kontrolujemy” się zupełnie nieświadomie. Gdy przyjrzymy się sobie uważnie, to zobaczymy, jakie sytuacje czy rzeczy wywołują w nas niepożądane reakcje. Pozwoli nam to odpowiednio wcześnie przygotować alternatywne zachowanie i przećwiczyć nowy, korzystniejszy sposób reagowania.

Mucha widzi więcej

Gdy analizujemy niepowodzenia, to okazuje się, że często ich powodem są nasze szybkie emocjonalne reakcje na boles- ne doświadczenie. Na stwierdzenie osoby bliskiej: „Znowu się objadasz” albo „Potrafisz tylko obiecywać”, doświadczamy złości, frustracji, gniewu, spowodowanych poczuciem niesprawiedliwej oceny. Zdystansowanie się wobec stresującego zdarzenia, spojrzenie na sprawę z perspektywy – jak powiada Walter Mischel – „muchy na ścianie”, zmienia ocenę tego, czego doświadczamy. Zanurzanie się w siebie i ponowne przeżywanie przykrej sytuacji jest pułapką dla naszej zdolności do radzenia sobie ze stresem. Warto się zastanowić, jak z taką sytuacją poradziliby sobie inni...

Nie widzisz, to nie wiesz, co tracisz

Osoby, które skutecznie odraczają gratyfikację, korzystają z najrozmaitszych sposobów, aby odwrócić uwagę od pokus. Pokazuje to „test marshmallow” – im większa ekspozycja bodźca, którego pragniemy, tym większe jego pożądanie. Jeśli usuniemy go z pola widzenia, to wzrośnie zdolność do radzenia sobie z pokusą. Od nas zależy, czy ciastka schowamy w szufladzie, czy zostaw...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy