Dołącz do czytelników
Brak wyników

Dorosłe dziewczynki z zapałkami

Artykuł | 6 lipca 2020 | NR 8
0 79

Za każdym razem historia toczy się podobnie: kobieta zakochuje się w mężczyźnie, który – z różnych powodów – jest niedostępny. Rusza z nim w taniec, chcąc tego, co niemożliwe. Jaką cenę zapłaci? Czego się dowie o sobie?

Przydarzyły mi się badania, których nie planowałam. Badane same dzwoniły i płakały w słuchawkę, esemesowały i wysyłały długie listy. Wśród nich były bliskie memu sercu przyjaciółki, facebookowe znajome i całkiem obce mi kobiety. Ich historie ułożyły się w charakterystyczny wzór. Nazwałam je dorosłymi dziewczynkami z zapałkami.

Głodne kawałki

W bajce Hansa Andersena marznąca na ulicy dziewczynka bezskutecznie próbuje sprzedać zapałki. W końcu zaczyna je wypalać, jedną po drugiej. Andersen pisze: „zziębnięte ręce skostniały jej prawie, nie ma siły utrzymać w nich paczki zapałek. A gdyby zapaliła jedną dla rozgrzania? Tylko jedną zapałkę. Na wspomnienie ciepła już nie ma siły oprzeć się pokusie. Jedna zapałka tylko”. 
Clarissa Pinkola Estés, psychoanalityczka, jungistka, interpretując tę bajkę w swej książce Biegnąca z wilkami, odwołuje się do psychologii głębi i psychoanalizy. Dziewczynka, chcąc choć przez chwilę się ogrzać, karmi swoje złudzenia. Chce ciepła, ale bezwiednie robi coś, co sprawia, że jest jej jeszcze zimniej; zapałek jest coraz mniej, a ich płomień szybko gaśnie. Moje rozmówczynie robiły to samo. 

Mimo różnych dekoracji sytuacja za każdym razem ma tę samą strukturę: kobieta z mniejszą lub większą wzajemnością „zakochuje się” w mężczyźnie, który z różnych powodów jest niedostępny – albo dlatego, że jest żonaty, albo wysyła wyraźne sygnały, że nie chce trwałego związku. Oczywiście bywają mężczyźni żonaci, którzy decydują się rozwieść i tworzą dobry kolejny związek, albo tacy, którzy późno znajdują życiową partnerkę – tutaj jednak mówimy o sytuacjach, w których mężczyzna jest niedostępny i nie chce tego zmienić. 

POLECAMY

„Niczego mi nie brakowało” – dziwią się często kobiety, patrząc na początek tej historii. Wiele z nich wiodło dobre życie, były w dobrym związku. Dlaczego więc podążyły za kimś niedostępnym? Bo chociaż każda z nas ma jeden PESEL, w środku jesteśmy zrobione z wielu kawałków i mamy różne, często sprzeczne ze sobą, potrzeby. Kiedy u drzwi staje „mężczyzna niemożliwy”, a kobieta te drzwi otwiera, to znak, że tkwiący w niej głodny, nienasycony kawałek szuka nasycenia – a ona jeszcze nie wie, że daremnie. Żeby mieć w sobie taką głodną cząstkę, wystarczy doświadczyć jakiegoś rodzaju opuszczenia, kiedy było się dziewczynką. Nie musi to być opuszczenie głębokie i wieloletnie, raczej takie, które jest udziałem prawie każdego człowieka i w każdym zostawia jakiś ślad. „W życiu jest wyrwa, po prostu” – mówi jedna z bohaterek filmu Sary Polley „Take This Waltz”. „Nie ma co gonić jak wariatka, próbując ją wypełnić”. Kiedy jednak otwieramy drzwi niemożliwemu mężczyźnie, ruszamy w taką właśnie gonitwę. 

Wysoki płomień

To nie jest opowieść o podłych facetach, przed którymi ostrzegały nas mamy, i niewinnych kobietach, ich ofiarach. To historia tańca, który każda z nas może zacząć, bo w naszej psychice jest kawałek, który chce go tańczyć. Kiedy go tańczymy, wydaje się obezwładniać nas jak fala tsunami, ale tak naprawdę ma strukturę i powtarzające się sekwencje. Ich obserwacja może pomóc wyjść z tej historii w jednym kawałku, a nawet przekształcić ją w ważne i potrzebne doświadczenie.

Na początku pojawia się mężczyzna – patrzy na nią sekundę za długo, esemes od niego dźwięczy na nocnym stoliku. I zaraz potem iskra – ożywa nienasycony kawałek, o którego istnieniu kobieta zapomniała, bo była zajęta swoim sytym życiem. Nagle czuje, że pragnie czegoś, czego nie ma. Czuje brak, zimno i chce zapalić zapałkę, by się ogrzać. Tak zaczyna się faza ognia. 

Kobieta odpisuje na esemes; odwzajemnia spojrzenie, zgadza się na spotkanie. Tańczy na ulicy, wkłada szpilki, gdy idzie wyrzucić śmieci, śmieje się w głos w tramwaju. Ogień zapałki pali się wysoko. Kobieta nie myśli, co będzie potem, bo nie ma żadnego „potem”, chociaż jej przyjaciółka szemrze, że coś się kiedyś źle dla niej skończyło. Kobieta nie słyszy, zresztą spieszy się na mikrodermabrazję i bawi ją, że przebiegła na czerwonym świetle, a jakiś kierowca trąbił na nią wściekle. Niby wstaje, wyprawia dzieci do szkoły, ale tak naprawdę nie ma jej – jakby siedziała w kinie i patrzyła na ekran, po którym przesuwają się obrazy zgoła nie dla dzieci. Kobiety w tym stanie, jeśli w ogóle wiedzą, jaka jest pora roku, to tylko wtedy, gdy wahają się, w co się ubrać na spotkanie z nim. Cała reszta świata wędruje poza horyzont, staje się nie-nim, nie-tym-na-co-czekamy.

Panie dyrektorki ukradkiem sprawdzają esemesy podczas konferencji, gorliwe matki zapominają o datach szkolnych wycieczek, w piekarnikach przypalają się szarlotki, debetują się karty kredytowe, wszystko gna, a jednak czas płynie za wolno. Ogień się jarzy, dając obietnicę – właśnie, czego? Ostatecznego nasycenia dotkliwego głodu, ogrzania najbardziej dotkliwego chłodu. Do tego dochodzi zwykle zachwyt mężczyzny – słowa o tym, jaka ona jest piękna i jak on jeszcze nigdy aż tak. Zachwyt podsyca obietnicę, że ogień nie zgaśnie – jak mógłby? Czasami pada słowo „miłość”. „Ale on mi powiedział, że mnie kocha!” – powiedziała mi kiedyś jedna z dziewczynek z zapałkami. To słowo działa hipnotycznie i sprawia, że robimy rzeczy, które ostatecznie nie służą nam. Albo pozwalamy, żeby pod transparentem miłości robili nam je inni; tak czy inaczej przysporzy nam to cierpienia.

Siłą rozpędu

Ale jeszcze nie teraz, nie w fazie siły rozpędu. Już jest po spotkaniu, po tej chwili, trwającej czasem weekend, czasem nawet tydzień. Już go nie ma, ale jeszcze jest, bo choć zapałka już zgasła, jej ciepło jeszcze nie wyparowało. Kobieta zeskoczyła już z karuzeli, ale jeszcze kręci się jej w głowie. Siły rozpędu, życia, erosa jeszcze ją niosą, krew szybciej krąży, a na ekranie umysłu w kółko leci ten sam miks obrazów ze spotkania. Kobieta przeczuwa nadejście innych, mniej wesołych faz, więc podświadomie stara się do tego nie dopuścić i wrócić do fazy ognia. Nie jest to jednak proste, ponieważ mężczyzna jest niemożliwy z definicji i na ogół nie da się po prostu do niego zadzwonić ani stanąć bez zapowiedzi w drzwiach. 

Dlatego prawdopodobnie nastąpi kolejna faza, najbardziej nieoczywista, którą nazwałam fazą fałszywego zadowolenia. Zapałka już definitywnie zgasła. A jednak na początku chłód nie jest tak dotkliwy. Dziewczynka myśli sobie: ej, da się przeżyć. Co prawda nie wiem, kiedy i czy w ogóle jeszcze go zobaczę, ale przeżyłam, ogarniam – dziecko do szkoły zawiezione, praca zrobiona, mąż zadowolony, pilates drugi raz w tygodniu.

Tym razem, myśli dorosła dziewczynka, boli mniej niż poprzednio. Jeśli zaś pozostaje w związku nie-związku z mężczyzną niemożliwym, mówi sobie: co z tego, że nigdy nie byłam u niego w domu, że nigdy nie odbiera moich telefonów, tylko oddzwania po jakimś czasie; co z tego, że ciągle mówi, że on „nie nadaje się” do małżeństwa? W sumie jesteśmy parą – myśli kobieta – przeczuwając, że się okłamuje. Przez chwilę chce wierzyć, że żyje tak, jak chciała albo że wróci do życia sprzed fazy ognia, bez kosztów, nietknięta. Nim będzie gotowa doświadczyć złości, smutku i lęku, przez chwilę udaje przed sobą, że gdyby jeszcze raz rozpoczęła cykl od początku, tym razem byłoby inaczej – i ten samooszukańczy mechanizm pozwala jej zadzwonić, napisać, sięgnąć po to, co wedle wszelkiego prawdopodobieństwa nie skończy się dobrze. 

Kolejna zapałka?

Czy może skończyć się dobrze? Nie wiem. W moich niezamierzonych badaniach kończyło się źle. W innej bajce, którą interpretuje Estes, żona Sinobrodego obraca w dłoni klucz do komnaty, w której jej mąż przetrzymuje ciała swoich ofiar. Klucz zaczyna krwawić. „Żona Sinobrodego próbuje wytrzeć klucz końskim włosem. Próbuje wszystkich znanych sposobów, wszystkich medykamentów na okaleczenia i głębokie rany (…) Jednak nic nie skutkuje, kobieta nie może też zakończyć tego procesu, udając, że nic się nie dzieje. Nie można zatamować krwawienia z klucza. Paradoksalnie, kiedy jej dawne życie dogorywa i nawet najlepsze lekarstwa są bezskuteczne, upływ krwi budzi ją z uśpienia; uświadamia sobie, że krwawi, i w ten sposób zaczyna żyć na nowo.”

To faza cierpienia i oczu otwartych na to, czego kobieta wcześniej nie chciała zobaczyć. Nazwałam ją fazą wklęsłą. Jej „wklęsłość” jest wprost proporcjonalna do „wypukłości” fazy ognia. Innymi słowy, im wtedy było „cudowniej”, tym teraz jest okropniej. U Andersena dziewczynka zamarza na śmierć. W historiach kobiet to najtrudniejszy moment – konfrontują się z tym, że obietnica nie została spełniona. Jest zimno. Facet nie dzwoni, wyjeżdża z żoną na wakacje i umieszcza na Face­booku zdjęcia szczęśliwej rodziny na tle zachodu słońca. To, co było gorące, teraz jest lodowate. Kobiety płaczą, w środku nocy jadą pod jego dom, by postać pod oknem, piszą pijackie esemesy, których nad ranem żałują, piszą do obcych kobiet (takich jak ja) listy o tym, że wszystko legło w gruzach, zaniedbują dzieci, nie wstają z łóżka. Albo działają po staremu, ale jakby na autopilocie, a w środku czują się martwe. Czasami podejmują w rozpaczy decyzje, palą mosty.

„Akceptować w sobie pustkę jest to sprawa nadprzyrodzona” – napisała Simone Weil, francuska filozofka i mistyczka. „Jednakże potrzeba najpierw jakiegoś wyrwania, czegoś rozpaczliwego, żeby powstała pustka. Pustka: noc duszy.”

„Naprawdę chciałam umrzeć” – napisała do mnie przyjaciółka. Właśnie wtedy, w środku tej nocy, powstaje największa pokusa, żeby zapalić jeszcze jedną zapałkę – zadzwonić, napisać, pojawić się u jego drzwi. Jak narkoman na głodzie myśli tylko o tym, żeby dać sobie w żyłę, tak przemarznięta do kości kobieta w fazie wklęsłej myśli tylko o tym, żeby poczuć ciepło, wrócić do fazy ognia. Rozpacz ogarnia ją z taką siłą, że często ustawia się na trasie niemożliwego mężczyzny – który już na tyle odpoczął od bliskości, że gotów jest powtórzyć cykl. Albo nie odpoczął i nie otwiera drzwi. 

Źródłem wielkiego cierpienia są właśnie owe powtórzenia, wchodzenie jeszcze raz na tę samą karuzelę, zapalanie kolejnej zapałki. Są kobiety, które robią to latami, czasem z tym samym mężczyzną, czasem z różnymi, ale zawsze bez happy endu. Czasami kobieta orientuje się za późno, że znalazła się znowu w tym samym miejscu: „Powiedziałam mu w nocy: mam dobre życie, nie planowałam znów tu z tobą stać” – napisała przyjaciółka. „Ale co się dzieje dalej? To się nie może tak skończyć!” – zaprotestowała inna, kiedy przedstawiłam jej moją teorię faz. 

Dotknij tego, kim jesteś

Moje rozmówczynie, w przeciwieństwie do Andersenowskiej dziewczynki z zapałkami, przeżyły. Jedna z nich, ku swojemu zdumieniu, zakochała się znów we własnym mężu, choć wcześniej pisała, że nic ich już nie łączy. Inna wybudowała dom. Jeszcze inna ciągle żyje w cieniu tamtej historii, ogląda ją jak ulubiony film. Inna co jakiś czas wraca do spotkań ze swoim niemożliwym mężczyzną, ale ból, który przychodzi potem, trwa krócej niż kiedyś. 

„I będzie morał z tej historii, kiedy już cię zapomnę” – śpiewała Randy Crawford. Potrzebujemy morału, chociażby po to, żeby nadać sens swojemu cierpieniu. Spytałam o niego moje rozmówczynie. Wiele z nich powiedziało, że to było najważniejsze i najbardziej uczące doświadczenie w ich życiu – lekcja o tym, że wyrwa w życiu, o której mówiła bohaterka „Take This Waltz”, jest nieunikniona, a pogodzenie się z tym jest zasadniczą częścią dorosłości: są rzeczy, których pragniemy, ale nigdy nie będą nasze. 

Druga lekcja: to, czego pragniemy, nie jest tożsame z tym, co nam służy. „Można w obronie siebie zdecydować się na oddalenie” – stwierdziła jedna z bliskich mi kobiet. Żeby się oddalić, potrzebny jest dystans, nauka samoobserwacji: „Kiedy obserwujemy obsesyjne fantazje, zamiast dać się przez nie porwać, sprawiamy, że ich moc słabnie, a razem z nimi słabnie pożądanie. W najgorszym momencie liczyłam, ile razy obiekt mojej fascynacji pojawiał się w moich myślach. W końcu zidentyfikowałam schemat – po każdym spotkaniu brała mnie burza fantazji i eksplozja hormonalna, która trwała od 7 do 10 dni. Potem drastycznie słabła. Świadomość tego schematu pomogła mi podejmować decyzje w zgodzie ze sobą, a nie w zalewie hormonów” – dodała.

Lekcja trzecia, najprostsza: czas mija. „Zakocha­nej i odrzucanej kobiecie trudno uwierzyć, że czas jest jej sprzymierzeńcem” – napisała do mnie w liście inna z dziewczynek z zapałkami. „A jednak z czasem zapominamy, chociaż bywa, że bardzo powoli. Jest to takie zmiłowanie nad nami. Tylko trzeba mózgowi pomóc i całkowicie odciąć się od mężczyzny i wspomnień z nim związanych. Najbardziej niebezpiecznie jest, gdy on się odzywa raz na jakiś czas, a my myślimy: wrócił. Nie, nie wrócił. On tylko pragnie utrzymywać nas pod swoją kontrolą. A nawet jeżeli jest inaczej, i tak trzeba go wywalić z mejla, z Facebooka i z życia”.

Lekcja czwarta to lekcja dotyku. „Dotknij tego, kim jesteś, teraz możesz to zrobić dużo głębiej i prawdziwiej niż w mniej ekstremalnych sytuacjach” – powiedziała mi inna moja przyjaciółka, kiedy spytałam, co powiedziałaby kobietom, które przeżywają to, co ona przeżyła.

Uzdrawiająca rana

Kobiecie, której nigdy nie poznałam, przyśnił się sen. Razem ze swoim mistrzem nurkowała pośród raf koralowych. W końcu dopłynęli do miejsca, gdzie rafy były trujące. Kobieta chwyciła swojego przewodnika za kostkę – on wyznaczał drogę, a ona w pełni mu ufała. I wtedy przewodnik gwałtownie skręcił, kierując ją tam, gdzie rosła owa trująca, ostra rafa koralowa. Zraniła ją głęboko, zaczęła krwawić. „Dlaczego to zrobiłeś?”, spytała, kiedy z powrotem znaleźli się na brzegu. „Tylko zraniony uzdrowiciel uzdrawia” – odpowiedział. 

To zdanie ze snu kobiety stało się tytułem wykładu Christine Downing, psycholożki i jungistki. Dedykuję je Wam, których nie znam, które przeszłyście podobną drogę. Doświadczenie rany daje nam możliwość uzdrowienia, także siebie samych – zostajemy własnymi uzdrowicielkami. Rzadko komu udaje się przejść przez życie suchą stopą; a zresztą – czy warto? Moje rozmówczynie znalazły w sobie, poza głodem, także miłość do siebie, która pozwoliła im opatrzyć ranę i zatamować krwawienie. Znalazły też w sobie rozsądek, odwagę, wytrwałość i bystrość umysłu. Gdyby stanęły teraz przede mną, pokłoniłabym się im głęboko. 

Przypisy