Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

1 grudnia 2015

Wolny wybór

0 465

Zachęcanie do pomagania może nas do niesienia pomocy...zniechęcić. Okazuje się, że najlepszym sposobem walki z obojętnością wobec cierpienia innych jest wzmacnianie poczucia autonomii i wolności wyboru.

„Nie bądź obojętny. Udziel pomocy”, „Reaguj. Masz prawo”. Nie trzeba wiele, by pomóc – czasem wystarczy wystukać numer, czasem wystarczy jedno słowo. Mimo to media donoszą o sytuacjach, w których komuś działa się krzywda, a jednak nikt nie reagował. Na przykład w zeszłym roku w pewnej małej miejscowości kierowca potrącił na przejściu dla pieszych kilkunastoletniego chłopca, po czym zbiegł z miejsca wypadku. Niestety, nikt z jadących nie zatrzymał się, by udzielić pomocy. „Stop przemocy” – nawołują kampanie społeczne. A ile osób ma odwagę zwrócić uwagę opiekunowi, który podnosi głos na dziecko? „Stop rasizmowi” – słyszymy. A w mediach pojawiają się coraz to nowe wiadomości o aktach przemocy na tle rasowym.

Gdy docierają do nas informacje o kradzieżach, włamaniach czy bójkach w miejscach publicznych, zastanawiamy się, jak to możliwe, że nikt nie interweniował. Jak to się stało, że choć było tylu świadków, nikt nie udzielił pomocy poszkodowanym? Winą za tę bierną postawę zwykle obarczamy rodziców i wychowawców, którzy nie nauczyli swoich dzieci i wychowanków wrażliwości społecznej, lub media, które nie dość skutecznie piętnują obojętność. Na niewiele się zdają nawet prowadzone na wielką skalę akcje medialne, które promują wrażliwość na potrzeby innych, działania prospołeczne, reagowanie na przemoc. Nie pomagają ani wielkoformatowe billboardy, ani dodatkowe lekcje wychowania społecznego.

Przekorni z natury


Nie lubimy, by mówiono nam, co mamy robić. Z łatwością możemy przywołać wiele sytuacji, w których zakazana aktywność stała się dla nas bardziej atrakcyjna i pożądana właśnie ze względu na oddzielający nas od niej zakaz. Gdy dziecko domaga się zabawki, którą zaczął bawić się inny maluch, mówimy, że jest przekorne. Psychologowie już w latach 60. ubiegłego wieku zauważyli, że człowiek ma tendencję do sięgania po zakazane owoce. Gdy czujemy, że nasza wolność wyboru zostaje ograniczona, dążymy do przywrócenia jej. Zjawisko to, opisane w 1966 roku przez profesora Jacke’a Brehma, jest nazywane reaktancją. Wiele badań wykazało, że choć ludzie różnią się tolerancją na odbieranie im swobody, doświadczenie takiego oporu psychicznego jest uniwersalne.

Jak zatem możemy wpływać na zachowania innych? W jaki sposób motywować siebie do sumiennego wypełniania codziennych obowiązków, które przecież czasem ograniczają naszą wolność? Często do działania popychają nas czynniki zewnętrzne: spodziewana premia, dobra ocena, lęk przed negatywną opinią innych. Znacznie lepsze efekty osiągamy jednak dzięki motywacji wewnętrznej, wynikającej z naszych zainteresowań, wartości, które wyznajemy, lub po prostu z ciekawości. To dzięki niej jesteśmy gotowi podejmować trwały wysiłek i stać nas na realizowanie pasji, nawet jeśli otoczenie nas w tym nie wspiera ani nie nagradza za to.
Wzajemne oddziaływania pomiędzy siłami zewnętrznymi wpływającymi na osobę i jej wewnętrznymi potrzebami stały się przedmiotem intensywnych badań Edwarda

Deciego i Richarda Ryana, psychologów z University of Rochester. Swoje hipotezy testowali oni nie tylko w laboratorium, ale także w zakładach pracy i szkołach. W ten sposób udało im się wykazać, że dzięki motywacji wewnętrznej jesteśmy bardziej kreatywni, szybciej się uczymy i lepiej radzimy sobie ze złożonymi problemami. Co więcej, okazało się, że pasji nie należy przeszkadzać. Wprowadzenie zapłaty za wykonywanie zadań, którymi do tej pory zajmowaliśmy się dla własnej satysfakcji, sprawia, że czujemy się kontrolowani, a przez to osiągamy słabsze rezultaty.

Pomagam, bo nie muszę


Społeczny przymus czy kontrola również mogą wpływać negatywnie na naszą gotowość niesienia pomocy. Eksperyment przeprowadzony przez Keesa van den Bosa i jego współpracowników z Utrecht University pokazał, że emitowane w holenderskiej telewizji reklamy społeczne zamiast popychać do działania – mogą je hamować.
Bohaterowie prezentowanych spotów zachowywali się w sposób daleki od społecznych ideałów. Akcja pierwszego filmu rozgrywała się w autobusie. Młoda dziewczyna była tak zaabsorbowana swoimi zakupami, że nie zauważyła chłopca poruszającego się o kulach, który nie miał miejsca siedzącego. Bohaterowie drugiego klipu podejrzliwie i nieprzyjaźnie zareagowali na życzliwą propozycję pomocy ze strony nieznajomych. W trzecim natomiast mężczyzna stojący w kolejce do kasy w supermarkecie z tak wielkim zaangażowaniem prowadził rozmowę telefoniczną, że zdezorganizował pracę kasjerki i opóźnił zakupy innych czekających. W każdym filmie rozlegał się głos zza kadru, który zachęcał do wyciągnięcia wniosków z przedstawionych sytuacji. Okazało się jednak, że obejrzenie spotów wcale nie zachęciło uczestników eksperymentu do prospołecznych zachowań, za to wzmocniło w nich lęk przed negatywną oceną. Gdy chwilę po obejrzeniu filmów mieli okazję spontanicznie pomóc eksperymentatorowi w zbieraniu rozsypanych długopisów, tylko nieliczni to zrobili. Pomagali natomiast ci, którym przedstawiono spot niezwiązany z tematem badania.

Te zaskakujące wyniki przypieczętowały prace holenderskich badaczy nad modelem zachowań prospołecznych. Przeciwstawili się oni dość powszechnemu przekonaniu, że aby człowiek działał na rzecz innych, trzeba trzymać go w ryzach powinności, stale przypominać o normach i karać za ich przekroczenie. Według nich kluczem jest coś innego – poczucie autonomii. Innymi słowy, jesteśmy bardziej skłonni pomagać, gdy możemy sami decydować o naszym zachowaniu. Zdaniem badaczy to w...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy