Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

25 stycznia 2016

Wewnętrzny GPS

0 326

Jest z nami stale. Prowadzi nas przez życie. Wspiera, pomaga wybierać. A czasem zadaje nam ból. Nasze „ja”. Jak je poznać?

Dorota Krzemionka: – Każdy z nas uważa się za eksperta od samego siebie. Ale, paradoksalnie, poznajemy siebie po amatorsku...
Piotr Oleś: – Nie mamy innego wyjścia. Trudno nam poznawać siebie i wyciągać wnioski z osobistych doświadczeń. Sądy na swój temat są bowiem przepuszczane przez to, co już o sobie wiemy. A to jest pochodną wiedzy innych ludzi o nas samych. Na przykład tego, co sądzili o nas nasi rodzice.

Pamiętam, jak moja znajoma już po czterdziestce postanowiła nauczyć się prowadzić samochód. Przyklasnęłam pomysłowi. A wtedy jej mama stwierdziła: „Pani się do tego nadaje, ale my – miała na myśli siebie i swoją dorosłą córkę – nie potrafimy jeździć samochodem!”. Dysponujemy mnóstwem takich przekonań na swój temat, z niektórych nawet nie zdajemy sobie sprawy, nie wiemy też, skąd pochodzą...
– A zarazem pełnią one w dużym stopniu rolę aksjomatów, pewników, których nawet nie próbujemy sprawdzać. Nie bez przyczyny Pani znajoma w wieku 40 lat nie ma jeszcze prawa jazdy. Niby widzimy, że nie wszystko w naszym życiu wygląda tak, jak przekazywali rodzice, ale emocje powstrzymują nas przed podważeniem pewników. Dopiero gdy doświadczenie drastycznie do nich nie pasuje, zaczynamy się z tymi dziecięcymi przekonaniami konfrontować. I okazuje się, że można je kwestionować albo uzupełnić o warunki, kiedy to działa, a kiedy nie.

Zwykle raz ukształtowane przekonanie na swój temat trudno zmienić, bo – świadomie lub nie – sami dążymy do tego, by taki „pewnik” potwierdzić...
– Tak się często dzieje. William Swann, psycholog amerykański, odkrył w latach osiemdziesiątych, że każdy z nas ma motyw zwany autoweryfikacją. Polega on na tym, że mamy skłonność do uzgadniania naszych doświadczeń z już istniejącą samowiedzą. Wprawdzie zależy nam na tym, by nasza wiedza o sobie była prawdziwa, ale dopasowując doświadczenia do istniejącej samowiedzy, dokonujemy często tendencyjnej ich interpretacji – tak, by podtrzymywać już istniejące przekonania. Trzeba naprawdę silnych bodźców, byśmy się uwolnili z posiadanych przekonań na swój temat.

Chcemy mieć trafną wiedzę na swój temat, ale chcemy też o sobie dobrze myśleć. Jak pogodzić te dwa motywy?
– Nie ma z tym problemu, kiedy motyw autoweryfikacji i autowaloryzacji idą ręka w rękę, jak dzieje się u osób z wysoką samooceną. Ryzykujemy co najwyżej tym, że nasza samowiedza będzie zbyt optymistyczna, nadmiernie pozytywna. Jeśli natomiast mamy niską samoocenę, to wtedy wpadamy w konflikt tych dwóch motywów, znany jako konflikt poznawczo-afektywny. Jak dowodzą badania eksperymentalne prowadzone przez Swanna, osoby z niską samooceną dostrzegają w sobie więcej wad i mankamentów, łatwiej przypominają sobie porażki, siebie za nie obwiniają, dobierają sobie krytycznych współpracowników i tak dalej. Jednym słowem, takie osoby chętnie potwierdzają niezbyt korzystną wiedzę o sobie i nie są w stanie w pełni korzystać z dobrych doświadczeń; owszem, takie doświadczenia podnoszą im samoocenę, ale raczej na krótką metę. Nawet wtedy, gdy ktoś je chwali, nie dowierzają takim ocenom, podważają ich
wiarygodność.

Mam wrażenie, że współczesne czasy koncentrują nas na własnej osobie, windują „ja” na piedestał, a z drugiej strony nie sprzyjają poznawaniu siebie...
– Mam podobne wrażenie. Współczesna kultura akcentuje samokontrolę, panowanie nad środowiskiem, podtrzymanie i umacnianie poczucia własnej wartości. To idzie w kierunku: nie dajmy się wykorzystać przez innych, kontrolujmy to, co się dzieje w kontakcie z innymi ludźmi. W efekcie uczymy się dobrze dbać o swoje interesy, choć nie zawsze to czynimy. Ale w kontaktach z innymi za bardzo bywamy nastawieni na umacnianie siebie, a w mniejszym stopniu otwarci na drugiego człowieka. Chętniej uczymy się od innych skutecznych technik działania niż głębokich wzorców przeżywania czy prawdziwej empatii.

Wiesław Myśliwski w Traktacie o łuskaniu fasoli pisze: „Nieraz próbuję tego dociec, jestem czy nie jestem. Tylko że sam dla siebie człowiek nie jest świadectwem. Musi zawsze ktoś drugi poświadczyć. Sam dla siebie człowiek jest zbyt wyrozumiały. Jak może, tak się broni przed sobą. Kluczy, wymija się, omija, aby nie dalej, nie głębiej, nie tam, gdzie coś ukrywa. Sam przed sobą każdy chciałby wyjść jak na ślubnej fotografii”.
– Pisarz świetnie pokazuje to, co psychologia potwierdza: poznanie siebie wywodzi się z głębokiego poznania drugiego człowieka. Jeżeli nasze kontakty ulegają spłyceniu, to na zasadzie sprzężenia zwrotnego ubożeje nasza wiedza o sobie. Nie sprzyjają kontaktom skrótowe wzorce komunikacji, jakie teraz obowiązują, samokontrola i wspomniane nastawienie, by nie dać się światu wykorzystać. Prawdziwy kontakt zakłada, że człowiek rezygnuje z otoczki i pozorów siły prezentowanych światu; zamiast tego wpuszcza drugą osobę we własną prywatność, w przestrzeń własnych przeżyć.

Czego potrzeba, aby tak się stało?
– Trzeba mieć poczucie bezpieczeństwa i podstawową ufność, że ten drugi nas nie zniszczy. A powszechne w kulturze wzorce nie pokazują świata od tej strony, raczej nakazują: zachowaj własną prywatność, trzymaj to, co dla ciebie ważne, niekoniecznie ujawniaj to światu, nie dziel się swoimi przeżyciami, bo świat ci to zabierze, a inni mogą to wykorzystać przeciwko tobie.

Jak przełamać te nastawienia? Jak rozeznać się w sobie? Nie uczą nas tego ani w szkole, ani w rodzinie...
– Tak kiedyś, jak i teraz poznawaniu siebie służy kontakt z poezją, z powieścią raczej niż z obrazem. Obrazy tak bardzo zapełniają naszą wyobraźnię, że mało w niej zostaje wolnej przestrzeni na autorefleksję. Natomiast dobra powieść rodzi refleksję i autorefleksję, otwiera przestrzeń wyobraźni; wyobrażamy sobie, co się dzieje z bohaterami, co przeżywają. Zastanawiamy się: a jak ja bym się czuł albo zachował w podobnej sytuacji? Mniej dostajemy, więcej musimy sobie wytworzyć. Zawsze też poznawaniu siebie sprzyjały refleksyjne rozmowy z rodzicami, dziadkami, bliskimi ludźmi. Mieliśmy na nie czas. Skrótowa komunikacja komórkowa nie sprzyja refleksji, nie ma długich wieczornych pogaduszek. Musiałby wysiąść prąd, żeby zrobiło się na to miejsce. Ludzie pamiętają stan wojenny nie tylko jako traumę, ale też fantastyczne doświadczenie. Nie działały telefony, radio, mogli wreszcie ze sobą rozmawiać. Drugi człowiek może być wielkim odkryciem. Spróbujmy spytać starsze osoby w rodzinie o ich doświadczenia z podobnego okresu życia, jak oni przeżywali, co było dla nich ważne. Poznajemy doświadczenia innych, nie wchłaniając ich, ale traktując jako możliwości: jedne warto przyjąć, inne trzeba odrzucić, kwestionować, dystansować się, dyskutować z nimi wewnętrznie, dialogować. Niekoniecznie trzeba je odrzucać i kontrować, lepiej przyglądać się, co w tym może być dla mnie ciekawego. Fakt, że z nimi dyskutujemy, oznacza, że stają się dla nas ważne, prowokują do myślenia. A konfrontując własne doświadczenia z doświadczeniami innych, poszerzamy zakres rozumienia świata.

Dialogi z ważnymi osobami stają się wewnętrznymi dialogami. Czemu one służą?
– Dialogowe „ja” jest pochodną kultury, w której istnieje wiele punktów widzenia. Nasza kultura nie jest monolityczna, a „ja” to odzwierciedla. Dzięki temu mamy możliwość rozumienia świata w różnych aspektach, ale im bardziej wielogłosowe staje się nasze „ja”, tym trudniej zintegrować te głosy. Wpadamy w pułapkę nadmiernej wielości i różnorodności. Dialog wewnętrzny pozwala łączyć niespójne części, jednocześnie wiąże się z jakimś poziomem niepewności. Właśnie tam, gdzie odczuwamy niepewność, mamy powód prowadzić wewnętrzny dialog, niepewność bywa bowiem trudna i domaga się jakiejś odpowiedzi.

Badania dowodzą, że dialogowość łączy się z lękowym stylem przywiązania i z niższą samooceną...
– Chętnie prowadzimy dialogi, gdy nie jesteśmy pewni naszej relacji z drugim człowiekiem, kiedy chcemy ją zmienić, poprawiać, gdy jesteśmy z kimś w konflikcie, a nie wtedy, gdy czujemy się bezpieczni. Przywiązanie bezpieczne ujemnie koreluje z dialogowością, przywiązanie lękowe dodatnio. To znaczy: dialogi wewnętrzne chętnie prowadzimy wtedy, gdy potrzebujemy sprawdzić, co drugi człowiek może myśleć, kiedy raczej testujemy, czy gotów jest nas zaakceptować, utrzymać z nami kontakt, niż wtedy, gdy jesteśmy pewni, że tak jest i dbamy o to, by tak pozostało. Wysoka samo...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy