Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

6 września 2016

Wczoraj minęło, jutro nie nadeszło, życie jest dziś

0 423

Odkładamy życie na później, mówimy: teraz muszę się dorobić, awansować albo odchować dzieci, ale za kilka lat, po czterdziestce, na emeryturze, jak zmienię pracę, jak kupię dom... to sobie wtedy pożyję. Bywa też, że żyjemy przeszłością. Wydaje nam się, że nasze prawdziwe życie już było - byliśmy szczęśliwi, ale wszystko się zmieniło i już tylko wegetujemy... Co nam przeszkadza żyć w pełni, z pasją, odczuwając istnienie wszystkimi zmysłami? Dlaczego nie potrafimy się skupić na teraźniejszości i uznać, że nasze życie nie jest gdzie indziej, tylko właśnie teraz i tu, gdzie jesteśmy?

Żyć pełnią życia... Hasło trudne do objęcia umysłem, bo pełnia życia może znaczyć nieomal wszystko: skromność i pychę, pracowitość i lenistwo, zawziętą rywalizację i doskonałą współpracę, bogactwo i ascezę, i tak dalej. W pojęciu człowieka z ulicy oznacza jednak najczęściej życie „po pańsku”, życie bez większych ograniczeń zewnętrznych, dostawanie wszystkiego, co tylko się chce. Czyli – życie rozrzutne w każdym tego słowa znaczeniu. Człowiek z ulicy dopuszcza jednak zmienność i fluktuacje, bo prawie każdy ma świadomość, że nie można mieć wszystkiego, a zwłaszcza nie można mieć zawsze. W związku z tym, pojawiające się co rusz egzaltowane okrzyki dotyczące pełni życia zawierają ukrytą myśl, że z życiem jest tak jak z pełnią Księżyca. Ideałem jest pełnia, ale przecież trwa ona tylko przez czas jakiś. Rzeczywistość to fazy Księżyca. Najpierw nic – ciemność, potem nów, potem jedna kwadra, potem pełnia, potem druga kwadra i znów nów, a potem ciemność i da capo al fine. Podobnie myśli się o pełni życia, z tym jednak, że czasy pełni mogą trwać długo, że nie ma tu żadnej prostej regularności. W zanadrzu tkwią jednak dwa dodatkowe założenia. Pierwsze – biblijne (z dokonanej przez Józefa interpretacji snu faraona), że po latach chudych przychodzą lata tłuste. I drugie – że życie jest grą o sumie zerowej, a więc jeśli ktoś ma wszystko, tym samym ktoś inny nie ma nic.

Czy można mieć wszystko?
Jeśli skupimy się na tym aspekcie pełni życia, który związany jest ze stroną „być”, życie pełne to życie mądre – tak w każdym razie myślę. Na tym można by poprzestać, gdyby jasne było, co to znaczy mądre. Może nie jest tak, że znaczy dla każdego coś innego, ale znaczeń można by doszukać się wielu. Tu pozostaje mi odwołać się do włas[-]nych preferencji, a wedle nich życie mądre to życie skomplikowane i pełne sprzeczności. Mądrość życia przejawia się, jak myślę, w sposobie radzenia sobie z tymi komplikacjami i sprzecznościami. Jak? No właśnie! Trzeba niemałej arogancji, aby na takie pytania odpowiadać z pewnością siebie. Co więcej, nie spodziewajmy się jednej odpowiedzi. Zapytajmy Zygmunta Baumana, Dalajlamę, Wisławę Szymborską. Zapytajmy zmagającą się ze śmiertelną chorobą Anitę P., moją młodziutką studentkę. Zapytajmy też dziecko rozumne i wygadane. Ile dostaniemy odpowiedzi? Ile będzie rozterek w tych odpowiedziach? To obszar, w którym niezwykle trudno jest o uniwersalne prawdy, a perspektywa dziecka może okazać się płodniejsza niż perspektywa doświadczonych starców.

Tak więc rekomendacje przedstawione poniżej są z pewnością tylko jednym z wielu, wielu możliwych sposobów myślenia...

Myślę, że każdy z nas był popędzany przez rodziców, nauczycieli, wychowawców, trenerów, ale też kolegów: Zrób więcej! Jeszcze! Nie poprzestawaj na tym, co masz! Bycie ambitnym uchodzi za jedną z największych cnót. W jakimś sensie jest to cnota, ale wątpię, aby była to cnota największa. Postuluję więc tutaj pohamowanie ambicji. Nie musisz mieć wszystkiego i nie możesz mieć wszystkiego. Więcej, jakaś niesprawiedliwość musi być. Mam jednak na myśli nie to, że cnotą najwyższą jest rezygnowanie z wszelkich ambicji, ale że warto zachować umiar. Wygórowane ambicje bywają niesłychanie destruktywne. Powtarzam ciągle, że ambicja i chciwość podłe rodzą dzieci. Kiedy bowiem zaczynamy coś robić za wszelką cenę, to z łatwością tracimy z pola widzenia wiele innych spraw, nierzadko ważniejszych, sensowniejszych, bardziej wartościowych. Ponadto tracimy z pola widzenia interesy innych ludzi – liczy się tylko nasz interes. Zaczynamy zachowywać się jak zaprogramowane roboty. Znów coś musimy, chcemy czy nie chcemy. Mało tego, musimy zdobyć dużo, jak najwięcej, osiągnąć jak najlepsze wyniki, jedyne w swoim rodzaju. Nie wystarczy troszkę więcej, troszkę lepiej. Musi być wszystko (albo nic)!
Nie zachwyca mnie taki sposób myślenia i działania. Mądrzejsza zdaje się strategia „krok po kroku”. Bardziej wartościowe wydaje się smakowanie po troszku niż zjadanie od razu wielkich kawałów. Strategia ukierunkowana na najwyższe osiągnięcia jest jednak funkcjonalna, bo gdy pojawi się niepowodzenie, możemy powiedzieć: zadanie było tak trudne, że nikt by sobie z nim nie poradził!

POLECAMY

Czy trzeba być konsekwentnym?
Musisz być nie tylko ambitny, musisz być też konsekwentny, bo inaczej niczego nie osiągniesz – kto nie słyszał takich zaleceń... Konsekwencja, podobnie jak ambicja, traktowana jest i jako sprawność, i jako cnota. Jeśli coś zaczęliśmy, powinniśmy to dokończyć. Jeśli powiedzieliśmy A, nie ma już wyjścia – trzeba powiedzieć Z. Na pierwszy rzut oka wydaje się to bardzo racjonalne i użyteczne. Tymczasem warto postawić pytanie: dlaczego należy być konsekwentnym? Dlaczego koniec musi mieć cokolwiek wspólnego z początkiem? Czy tylko dlatego, że powiedziało się A? Liczne dane na temat tak zwanej pułapki zaangażowania pokazują, jak wiele działań – mimo oczywistej ich bezsensowności – jest kontynuowanych z prostej konsekwencji. Tylko dlatego, że się zaczęły. Często te działania kończą się dość przygnębiającymi porażkami. Dotyczy to zarówno bezsensownie kontynuowanych związków partnerskich, które trwają tylko dlatego, że partnerzy są ze sobą od dawna, jak też nieracjonalnych decyzji biznesowych (błędne inwestycje) czy politycznych (przedłużające się misje wojskowe i operacje wojenne). Konsekwencja zwalnia bowiem z myślenia i ciągłego monitorowania działań. Robimy to, co robiliśmy, a robimy dlatego, że kiedyś zdecydowaliśmy, że będziemy to robili. Obecny sens tych działań wydaje się mniej istotny.

Doświadczanie radości życia związane jest nie tylko z osiąganymi wynikami, ale także z przebiegiem samych działań. Kto wie, czy nawet nie bardziej z tym drugim. Zawzięta kontynuacja działań nieudanych lub nieudolnych sprawia, że ewentualny sukces jest mało prawdopodobny, a jeśli już zostanie osiągnięty, to kosztem ogromnej dawki niezadowolenia.

Podobnie jak przejawem mądrości jest godzenie się ze sprzecznościami i godzenie sprzeczności, tak też satysfakcjonujące życie wymaga radzenia sobie ze sprzecznościami i nieraz popadania w sprzeczności. Trzeba tylko nauczyć się, że sprzeczność nie musi być osobistą katastrofą. Trzeba dopuścić myśl, że nie warto poświęcać uwagi temu, co z jakiegoś powodu straciło sens. Taka postawa wymaga umiejętności rozstawania się z tym, co stało się źródłem dyssatysfakcji.

W porównaniu z czym, z kim?
Nie można uniknąć porównań społecznych – nie tylko dlatego, że sami chętnie porównujemy się z innymi ludźmi, ale także dlatego, że inni wciągają nas w swoje porównania. Tendencja do porównywania się z innymi ludźmi pojawia się wcześnie, bo już u dzieci, i z dużą intensywnością trwa przez całe życie. Problem zatem nie w tym, czy dokonywać porównań, ile raczej w tym, kiedy i jakich porównań dokonywać.

Łatwo znajdziemy takie osoby, na tle których wypadniemy wspaniale. Wystarczy znaleźć słabszego, głupszego, grubszego i tak dalej. Bez problemu (choć mniej chętnie) znajdziemy też takie osoby, które w porównaniu z nami wypadną korzystniej – okażą się mądrzejsze, ładniejsze, bardziej pracowite i tak dalej.

Pierwszy zatem powód, dla którego lepiej być ostrożnym w porównaniach, to zadziwiająca łatwość, z jaką osiągniemy upragniony przez nas wynik – autoafirmację albo samo-[-]poniżenie. Na pytanie „czy jestem mądry?” pozostaje zatem odpowiedzieć pytaniem „w porównaniu z kim?”. A przecież o doborze obiektów porównań decydujemy sami. W konsekwencji możemy zadziwiająco łatwo okazać się pod każdym względem wspaniali jak olimpijscy bogowie. I w ten sposób zapewnić sobie przyjemne, choć nieco destrukcyjne złudzenia. Za pomocą takiej formy pozytywnego myślenia zapewnimy sobie dobre samopoczucie, ale tym samym w znacznym stopniu osłabimy motywacje do osobistego rozwoju.

Drugi powód, dla którego dobrze jest zachować umiar w porównaniach, to fakt, że wiele z nich ma charakter kompensacyjny. Są następstwem porażki albo braku zaufania ze strony innych czy negatywnych ocen społecznych. W efekcie porównania służą po części temu, by polepszyć własne samopoczucie, po części zaś udowadnianiu innym, że się mylili.

Powód trzeci wydaje się najważniejszy: porównania społeczne są częstokroć ukrytą formą rywalizacji z innymi, a co najmniej wstępem do działań rywalizacyjnych. Te zaś zwiększają niechęć do innych, wzmagają niepokój i lęk przed niepowodzeniem. Rywalizacja nasila zwrotnie tendencje do porównywania się z innymi, co może prowadzić do błędnego koła.

Komu dać radość?
Marząc o pełni życia, w sposób oczywisty koncentrujemy uwagę na sobie. Dążymy do tego, aby codzienność była dla nas źródłem wielkiej radości, aby wolna była od smutku, dyssatysfakcji czy bólu. W jakiś tajemniczy sposób zakładamy, że nasze radości są radościami innych ludzi, a nasze smutki bolą innych tak samo jak nas.

Zakładamy – choć nie zawsze wyrażamy to jasno – że wszyscy myślą i czują tak samo jak my. Inaczej mówiąc, jesteśmy skłonni sądzić, że radość innych ludzi jest ubocznym produktem naszej radości, a smutek innych – uboczną konsekwencją naszego smutku. Chwila zastanowienia wystarczy jednak, aby uświadomić sobie nie tylko to, że wcale tak być nie musi, ale i to, że aby żyć życiem mądrym to bynajmniej nie wystarczy. Odkryjemy wówczas, że jednym z najważniejszych składników mądrego życia jest intencjonalne wzbudzanie u innych ludzi pozytywnych uczuć: dumy, zachwytu, radości, sympatii. Innymi słowy, jest w tym zamiar dawania radości i rzeczywiste powodowanie pozytywnych stanów u innych. Nie wydaje się jednak, aby można być dobrym dla wszystkich. Nasze zasoby niezbędne do działania są ograniczone, zatem nieodzowne staje się zdecydowanie, kto ma być adresatem naszych działań, na kogo mają być ukierunkowane intencje niesienia radości. Komu najwięcej, a komu mniej.

Komu zawsze, a komu tylko niekiedy lub nigdy. Nie znaczy to bynajmniej, że nie należy myśleć o sobie, ani że nie należy zapewniać sobie przyjemności. O sobie oczywiście też myśleć trzeba. O siebie też trzeba dbać. Tyle, że nie tylko o siebie. Także o innych – z całą jasnością co do tego, kim oni są.

JACEK PRUSAK, psycholog, jezuita:

Dwa zegary Wszystko płynie – mawiał grecki filozof. Ta prawda może napawać nas trwogą albo wyzwalać, byśmy w danym nam czasie wyczuwali wieczność. Przyszłość Boga możemy przeżyć już teraz. Abyśmy tego mogli „zasmakować”, musimy jednak nauczyć się przyjmować teraźniejszość. Wskazówkę pozostawił nam Kohelet: „Wszystko ma swój czas, i jest wyznaczona godzina na wszystkie sprawy pod niebem: Jest czas rodzenia i czas umierania, czas sadzenia i czas wyrywania tego, co zasadzono, czas zabijania i czas leczenia, czas burzenia i czas budowania, czas płaczu i czas śmiechu, czas zawodzenia i czas pląsów…” (Koh 3). Te słowa przypominają, że zewnętrzny upływ czasu jest nam wyznaczony. Możemy przeżywać go jako podporę i pomoc albo uważać za zbyt ciasny gorset. Nasze zanurzenie w czasie związane jest również z „wewnętrznym zegarem”: dusza mówi nam, kiedy na co jest pora. Poczucie pełni możemy osiągnąć jedynie wtedy, kiedy oba zegary uda się zsynchronizować. Wtedy człowiek przeżywa czas z treścią, jaka w nim już tkwi. Czas zewnętrzny staje się wewnętrznym, wewnętrzny – zewnętrznym. Nieubłagany bieg zdarzeń staje się kolejnością zdarzeń, które zaczynają wypełniać się sensem. Kohelet mówi, że żyć to przyjąć, co zostało nam dane i pozwolić się temu sprowokować. Doświadczenie teraźniejszości pozwala nam wcześniej spojrzeć na wieczność, w której tęsknota dzisiejsza będzie spełniona w ponadczasowej pełni. Musimy być jednak wolni zarówno od fatalizmu, jak i ubóstwiania „chwili obecnej”. Wypełnione w ten sposób chwile są, według nauki Koheleta, dane. Przerywają bieg czasu i stwarzają intensywną teraźniejszość. Interpretując słowa Koheleta, jeden z jezuickich teologów napisał: „zawierają one skondensowane życie: ból i radość. Ból możemy przyjąć, znieść, a przy tym pozwolić mu się przeistoczyć – w nadziei na jego ostateczne pokonanie. Radości możemy zakosztować i rozkoszować się nią w oczekiwaniu rado...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy