Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

24 kwietnia 2019

Ukradziony spokój

83

Aby uwolnić się od lęku, potrzebujemy dowiedzieć się, kim naprawdę jesteśmy. A to może stać się w ciszy i spokoju. Choć za jednym i drugim bezbrzeżnie tęsknimy, jednocześnie robimy wszystko, aby ich uniknąć. Pomagają nam w tym smartfony, komputery, Facebook, telewizja, głośna muzyka, nowe wyzwania, zadania i plany. Uciekamy w nie, bo słusznie podejrzewamy, że cisza i spokój obnażą pustkę i bezsens naszej gry w narcystycznym spektaklu.

Depresyjny niedowiarek i malkontent za radą przyjaciół – ufających, że majestat, cisza i piękno gór uzdrowią jego chorą duszę – udał się na samotną górską wędrówkę. Oczywiście nic mu się nie podobało. Utyskiwał, że droga wyboista, że ciągle pod górę, że zmęczenie, że za wysoko, że niebezpiecznie, że za cicho, samotnie i nudno. Oddał się więc przyjemności myślenia o tym, jak po powrocie wygarnie przyjaciołom, co za głupi mieli pomysł. Nim tak się stało, potknął się, zachwiał i niechybnie spadłby w przepaść, gdyby nie krucha roślinka, której uchwycił się w ostatniej chwili. Widząc, że długo nie utrzyma jego ciężaru, po raz pierwszy w życiu zwrócił się do Boga: „Boże, uratuj mnie, uratuj!”. Bóg odpowiedział mu: „Chętnie, ale jestem bezradny, bo we mnie nie wierzysz”. Malkontent w krzyk: „Wierzę! I zawsze będę wierzył, tylko mnie uratuj”. Na co Bóg z ulgą: „Skoro tak, to nie ma problemu. Jeśli we mnie naprawdę uwierzyłeś, możesz się puścić”.

Wielki didżej

Oto prawdziwa próba odwagi, determinacji i charakteru – jak pokazuje w swojej opowieści Anthony de Mello, hinduski jezuita. Oto droga prowadząca ku sobie: wiedzie ona nie przez kontrolę, walkę i bunt, lecz przez poddanie się i zgodę na to, by porwał nas strumień życia. Stąd płynie spokój i pogoda ducha – z głębokiego poczucia, że wszystko, co się dzieje w naszym życiu, jest dokładnie takie, jakie powinno być. Że skoro się dzieje, to widać ma się dziać.

Pracuję od lat z ludźmi nad ich problemami i widzę, że trudne momenty, kryzysy, nawet te, które uznają za nieszczęścia, z czasem wpisują się w twórczy proces samopoznania i samowyzwolenia. Pogoda ducha to wewnętrzna zgoda na siebie prawdziwego i na swoje życie takie, jakim ono jest. Spokój i pogoda ducha przychodzą, gdy uświadamiamy sobie, że w istocie nie musimy się starać, by cokolwiek zmieniać. Samo życie jest nieustającą zmianą. Jest jak czarodziejski superzmieniacz płyt na niekończącej się imprezie. Zmienia nam nastroje, melodie, okoliczności i ludzi obok nas, zmienia pory dnia i roku, pory życia.

Oblicze Facebooka

Gdy w pogoni za sukcesem i statusem próbujemy poddać swoje życie egoistycznej nad-kontroli, tracimy spokój i pogodę ducha. Wcześniej czy później (raczej wcześniej) dopada nas poczucie bezsensu i wewnętrznej pustki, a zarazem – paradoksalnie – przepełnia nas lęk, rozpacz lub złość. Gonitwa chaotycznych myśli i skrajnych emocji sprawia, że narasta stres. W pośpiechu gubimy priorytety i kierunek. Rośnie bezmiar niezałatwionych spraw, który wikła naszą uwagę i energię w to, co było.

Chcielibyśmy więc uciec przed przeszłością, ale nie bardzo mamy gdzie, bo przyszłość też nie rysuje się różowo. Wyobrażamy sobie bolesne następstwa naszych zaniedbań i uchybień. Żyjemy w torturze wiecznie napiętego ciała, które nie odróżnia realnego zagrożenia od wytworów umysłu. Szukamy ucieczki w alkoholowych odlotach albo podążając za syrenim zewem materialnego i wizerunkowego sukcesu. Gorączkowo próbujemy zaspokajać nasze neurotyczne pseudopotrzeby – w nadziei, że znieczulimy ból egzystencji. Daremnie.

Większość ludzi sukcesu, których spotykam, skarży się na objawy depresji, lęku i poczucia bezsensu. Ich biografie potwierdzają, że droga do materialno-wizerunkowego sukcesu prawie zawsze okupiona jest jakimś nieszczęściem. Nic dziwnego, że taki sukces, gdy zostanie osiągnięty, często rozczarowuje. Rezultat okazuje się niewspółmierny do skali poświęceń.

W pogoni za nim bezwiednie zamieniamy to, co trwałe i bezcenne: przyjaźnie, miłości, wartości, czas i obecność, na to, co nietrwałe i podatne na bankructwo. W efekcie wielu z nas żyje w lęku przed utratą tak zdefiniowanego dorobku życia. To podskórne poczucie zagrożenia prowadzi do depresji, lęku i wypalenia – i to w czasach, gdy żyje nam się z pozoru zasobniej i spokojniej. Paradoksalnie, gdy bieda i upokorzenie podzielone były równo między wszystkich, mniej było stresu, napięcia, pośpiechu i frustracji.Nie było się z kim porównywać, komu zazdrościć ani z kim rywalizować.

A dziś mamy Facebook. Wyniki badań pokazują, że w krajach, gdzie stał się on popularny, rosną wskaźniki depresji. Najbardziej bowiem aktywni na portalu są ludzie, którzy chcą i mają czym się pochwalić, wrzucają tam zdjęcia nowych domów, samochodów i najlepszych chwil życia. Ci zaś, którzy nie mają czym się chwalić, czują się gorsi, upokorzeni i są sfrustrowani.

Rządy chciwości

Niestety, coraz powszechniej uzależniamy poczucie własnej wartości od zewnętrznych wyznaczników statusu. Żyjemy w skrajnie narcystycznej kulturze, gdzie najwyższą wartością jest posiadanie i popularność. Konsumeryzm nie da nam jednak szczęścia i pogody ducha. Możemy wpaść w euforię zakupową, cieszyć się przez kilka dni wypasionym autem czy designerską kanapą. Ale co potem?

Konsumeryzm to powszechna strategia samooszukiwania się, ignorowania najistotniejszych ludzkich potrzeb. Jak nie dać się w nią uwikłać, gdy patriotyzm polega dziś na robieniu zakupów, a reklama przekonuje, że samorealizację i szczęście można nabyć, jeśli mamy dość pieniędzy. Czy potrafimy potępić tych, którzy krzywdząc i oszukując innych, odnoszą wielki finansowy i medialny sukces? Przykładem takiej ambiwalencji jest opowieść o „Wilku z Wall Street” w reżyserii Martina Scorsese.

Okazało się, że zaledwie połowa widzów odbiera ten film jako krytykę bohatera i systemu, który promuje i nagradza chciwość. Reszta uznała sukces tytułowego bohatera za godny pozazdroszczenia i naśladowania. Nie trzeba psychoterapeuty, by dostrzec, że bohater filmu cierpi na skrajną, przerażającą postać narcyzmu. A jego napędzane heroiną, chaotyczne życie jest paniczną ucieczką przed poczuciem bezwartościowości i pustki. Ucieczką z góry skazaną na klęskę.

Narcyzm może też skłaniać do udawania – często za wszelką cenę – że jesteśmy szczęśliwi i pogodni, ale prawdziwą pogodę ducha nam kradnie. Niestabilne poczucie własnej wartości zmusza nas bowiem do nieustannej, męczącej gry. Jesteśmy jak aktor, który nigdy nie może zejść ze sceny, nawet gdy na widowni już nikt nie siedzi. Musi grać – przed samym sobą. Skąd się bierze takie nastawienie?

Dzieje się tak, gdy rodzice uzależniają okazywanie nam miłości wyłącznie od naszych osiągnięć, gdy stajemy się dla nich jedynie dodatkiem do ich narcystycznego sukcesu lub spektakularnej klęski. Czynią tak niekiedy w dobrej wierze, by przygotować nas do wyścigu szczurów. Nigdy nie okazują nam zadowolenia z naszych osiągnięć. Zasłużona nagroda, uznanie i wytchnienie ciągle się oddalają.

Z czasem w naszych dziecięcych umysłach skutecznie zainstalowany zostaje program „nigdy dość”, czyli przymus nieustannego udowadniania swojej wartości i zabiegania o miłość. Zapewne doprowadzi nas on do stanowisk i pieniędzy, ale z pewnością nie przyniesie upragnionej pogody ducha i poczucia spełnienia. A gdy coś się nie uda, gdy coś nas zatrzyma, gdy zabraknie sił na dalszą grę, wtedy nieuchronnie dogoni nas depresja. Zbawienna w gruncie rzeczy, bo chroniąca resztę życia, jeśli nie uciekniemy w narcystyczną pozę à rebours, czyli kogoś „najbardziej beznadziejnego na świecie”.

Spotkanie z cieniem

Narcystyczny styl życia i tak poddany będzie – jak każd...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy