Dołącz do czytelników
Brak wyników

Trening psychologiczny

2 grudnia 2019

NR 12 (Grudzień 2019)

W nosie mam... siebie

163

Mówimy „spoko”, „nie ma problemu”, „wcale nie jest mi przykro”, a zarazem jakiś głos w nas doskonale wie, że nie jest spoko, bo jest nam przykro, i że jest problem. Dlaczego unieważniamy i zdradzamy samych siebie?

„Mam w nosie, co on teraz wyczynia” – mówi znajoma o swoim eksie. A inna oświadcza: „Nie obchodzi mnie, co ludzie o mnie mówią, niech gadają, co chcą”. Wielu osobom zdarza się składać podobne deklaracje.

POLECAMY

Informują świat, jak małe znaczenie ma dla nich coś, co się w nim wydarza. Po co zatem tracą energię na mówienie o tym? Co tak naprawdę wyrażają stwierdzeniem, że coś lub ktoś jest dla nich nieważny?

Scena języka

Mam wrażenie, że w ten sposób ujawniamy, że ten ktoś nadal jest dla nas ważny, lecz ta ważność bardzo nam ciąży. Przekonujemy więc innych, że przestał dla nas cokolwiek znaczyć, a tak naprawdę próbujemy przekonać samych siebie. I po cichu liczymy, że jeśli przekonamy świat, ten da nam lustro społecznego poparcia i w końcu sami uwierzymy, iż ten ktoś już nie ma dla nas żadnego znaczenia.
Język pokazuje, w jaki sposób postrzegamy świat i swoją w nim rolę. Jest jak scena w teatrze. Możemy umieścić siebie w roli uczestnika zdarzeń albo w roli obserwatora. Gdy widzimy siebie jako uczestnika, wyrażamy to pierwszą osobą liczby pojedynczej. Mówimy na przykład: „zrobię ci kawę”. Wówczas na scenie mamy trzy elementy: mówiącego, jego odbiorcę i kawę. Możemy jednak tę scenę inaczej skonstruować i powiedzieć: „twoja kawa stoi na stole”. Usuwamy się wtedy ze świateł reflektorów i siadamy wśród publiczności. Na scenie zostawiamy kawę, stolik i odbiorcę przesuniętego na drugi plan za pomocą zaimka „twoja”.

Ale możemy umieścić go na pierwszym planie, mówiąc: „napij się kawy”.

Za każdym razem, gdy budujemy wypowiedź, konstruujemy jakąś scenę zdarzeń. I zawsze, kiedy coś mówimy, robimy to w jakimś celu. Słuchając czyjejś wypowiedzi, warto zadać sobie pytanie: po co ta osoba o tym mówi? W jakim celu podejmuje wysiłek, by umieścić na swoich prywatnych teatralnych deskach nadawcę i jego kawę? 

Ja krzyczy o uwagę

Język to twór niezwykle ekonomiczny. Nie ma w nim przypadkowości. Każde słowo czy konstrukcja gramatyczna niesie znaczenie. Nawet elementy pozornie zbędne znaczą, są dodatkowym sensem. Innymi słowy, jeśli można powiedzieć coś prościej, a mimo to mówiący sięga po bardziej skomplikowaną konstrukcję, ma ku temu powód. Przykładowo, mówi: „ja zrobiłam ci kawę”, gdy w polszczyźnie do wskazania osoby wystarczy końcówka fleksyjna („zrobiłam”). Pojawia się pytanie, jakie znaczenie dodatkowe wnosi ten – zbędny na pozór – zaimek „ja”? 

W zdaniu „zrobiłam ci kawę” oczywiste jest, kto jest autorem kawy. Czegoś, co jest oczywiste, nie trzeba dopowiadać. Może więc mówiący ma wątpliwość, czy odbiorca kawy usłyszał, kto mu ją zrobił? Albo może to zbagatelizował? Zaimek „ja” krzyczy o zwrócenie na siebie uwagi i podkreśla, kto tu jest ważny, oświetla na scenie zdarzeń kogoś, kto być może psychicznie czuje się niewidzialny. Jeśli coś bowiem zostaje dopowiedziane, to znaczy, że nie jest oczywiste dla mówiącego albo – w jego przekonaniu – nie jest oczywiste dla odbiorcy. 

Jeśli znajomy zaczyna od: „Wiesz, ja w ogóle nie jestem zazdrosny o nową książkę X”, rodzi się we mnie pytanie – po co mi o tym mówi? Przecież jeśli rzeczywiście nie jest zazdrosny, zauważę to. Ale może obawia się, że właśnie zauważę jego zazdrość i ocenię negatywnie?

Zdarza się, że ludzie umieszczają na swojej scenie zdarzeń innych tylko po to, by ich zanegować i z tej sceny usunąć. Słyszymy nieraz: „Kompletnie mnie nie interesuje, co porabia teraz mój były mąż”, „Mam w nosie, co myśli o mnie koleżanka z pokoju”. Jeśli ktoś naprawdę się czymś nie przejmuje, po prostu o tym nie mówi. Skoro zaś przywołuje byłego partnera czy koleżankę z pokoju, de facto nadaje im ważność właśnie tym, że w ogóle o nich wspomina. 

Mieć kogoś w nosie

Gdy coś nas nie interesuje, nie poświęcamy temu uwagi i o tym nie gadamy. Jeśli więc znajoma relacjonuje mi przez telefon, że „w ogóle jej nie interesuje, gdzie spędził noc jej partner”, słyszę to raczej jako komunikat: bardzo mnie to ciekawi, ale trudno mi się samej przed sobą do tego przyznać. Bo czasem ktoś jest dla nas bardzo ważny, ale ta ważność jest trudna do zniesienia. I wtedy sięgamy po mechanizm unieważniania.

A co, jeśli ktoś sprowokuje nas pytaniem? Nada ważność czemuś w naszym życiu? Na jednym ze spotkań mama gospodyni głośno wyrażała dezaprobatę dla umiejętności kulinarnych swojej córki. Nie wytrzymałam i po imprezie spytałam córkę, czy nie było jej przykro, gdy mama krytykowała jej szarlotkę. Odpowiedziała: „Coś ty, w ogóle mnie nie obchodzi, co ona myśli. Bo to krytyka dla samej krytyki”. 

Jej wypowiedź była więc komentarzem do skonstruowanej przeze mnie sceny. To moje pytanie ustawiło pod reflektorem mamę, znajomą i szarlotkę jej autorstwa. Założyłam przy tym, że słuchanie publicznie krytyki z ust matki musi być dla córki przykre. Ona zaś unieważniła silny ładunek emocjonalny, który intuicyjnie jej przypisałam. I sprawiła, że zobaczyłam tę sytuację z jej perspektywy. Otóż była przyzwyczajona do krytycznych uwag matki i nie uznawała ich za istotne. A może uznawała, ale sama przed sobą i przede mną utrzymywała, że jest inaczej?

Jak jest naprawdę? Na ile rzeczywiście nie przejmujemy się jakąś sprawą, a na ile udajemy przed sobą i światem, że nas to nie obchodzi? Rozstrzygnięcie tego nie należy już do obszaru zainteresowań językoznawcy, tylko psychologa. Językoznawca widzi tu mechanizm unieważniania opinii matki. Terapeuta może zobaczyć, na ile mówiący chce wierzyć, że tak jest, a na ile stwierdza coś, wywołany do tablicy. 

Język bowiem nadaje znaczenia temu, co się nam wydarza. Szuka takiej ramy interpretacyjnej, dzięki której ocalimy swoją twarz w oczach innych, a także pozostaniemy dobrymi ludźmi we własnych oczach. 

Z jakiegoś powodu chcemy, by osoba dla nas ważna przestała taka być. Ujawniamy więc jej ważność, wprowadzając ją na scenę zdarzeń, po czym umieszczamy ją lub jej działania metaforycznie w takich miejscach, gdzie nie musimy na nią patrzeć. Na tym polega sens metafory „mieć kogoś/coś w nosie” – nie jesteśmy w stanie zobaczyć tego, co tam mamy, więc traci to na ważności. 

Przeciwieństwem sam...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy