Dołącz do czytelników
Brak wyników

Trening psychologiczny

13 stycznia 2019

NR 1 (Styczeń 2019)

Tylko bez paniki

144

Przeważnie to my stwarzamy swoje lęki. To dobra wiadomość, bo skoro sami jesteśmy odpowiedzialni za utrzymywanie nieznośnego stanu, również my sami możemy dosłownie w kilka sekund przerwać napad paniki.

ANDRZEJ LIPIŃSKI: Jest Pan autorem dość prowokacyjnej tezy, że ataki lęku nie są oznaką choroby, lecz raczej przysługą czy wręcz „aktem miłości”, wyświadczanym nam przez psychikę. Jak to rozumieć?

POLECAMY

KLAUS BERNHARDT: Najważniejszą funkcją strachu jest chronienie nas przed niebezpieczeństwami. Nasza psychika odwołuje się przy tym z jednej strony do wiedzy zakodowanej w podświadomości, czyli do intuicji, z drugiej do informacji dostarczanych przez rozum. Słuchanie wykształconej w ewolucyjnym procesie intuicji jest bardziej rozsądne, bazuje ona bowiem na doświadczeniach i nie potrzebuje żadnej argumentacji. Kiedy w trakcie podejmowania decyzji zaczynamy argumentować, od razu wiadomo, że kontrolę przejął rozum. Jeśli zbyt długo ignorujemy nasz wewnętrzny głos, psychika wysyła sygnały ostrzegawcze, najpierw w formie niegroźnych dolegliwości psychosomatycznych – pojawia się rozstrój żołądka, głos więźnie w gardle, odczuwamy ból w karku. Jeśli zignorujemy te ostrzeżenia, psychika sięgnie po silniejsze środki, w ostateczności mogą to być właśnie napady paniki.

Wystarczy poważnie potraktować sygnały ostrzegawcze, by uwolnić się od tej dolegliwości? 

W mojej praktyce terapeutycznej regularnie mam do czynienia z przypadkami nagłego ustąpienia napadów paniki po tym, jak pacjent wreszcie przestał ignorować silne objawy psychosomatyczne i np. dokonał zmian w swoim życiu. Błyskawiczne ustąpienie ataków w wyniku radykalnych zmian sytuacji życiowej zdarza się nawet u osób, które od lat z powodu napadów lęku musiały brać leki uspokajające.

Ale przecież istnieją jeszcze inne, znacznie głębsze przyczyny napadów lęku niż tkwienie w niekorzystnej czy nawet wykańczającej sytuacji życiowej.

Znalezienie tych przyczyn jest naturalnie sprawą niezwykle ważną i z reguły udaje nam się to już na pierwszym spotkaniu terapeutycznym. Ciało wysyła przecież wiele sygnałów informujących o prawdziwych źródłach choroby. Podstawą mojej terapii jest praca z mikroekspresją (patrz słowniczek) i mową ciała, dzięki temu już po kilku zdaniach mogę ocenić, czy pacjent mówi o rzeczywistych przyczynach swojej dolegliwości, czy zahacza jedynie o powierzchnię problemu, posługując się przy tym swoim argumentującym rozumem. Wtedy staram się wydobyć na powierzchnię faktyczne podłoże zaburzenia.

Zatem w pierwszym kontakcie postępuje Pan podobnie jak tradycyjni terapeuci. A jednocześnie uważa Pan, że konwencjonalne terapie często bardziej szkodzą, niż pomagają.

Rzeczywiście jestem przekonany, że nieustanne grzebanie w dzieciństwie, a więc w pierwszej linii psychoanaliza, ale również terapia konfrontacyjna często wyrządzają więcej szkód, niż przynoszą korzyści. Dotyczy to zwłaszcza terapii konfrontacyjnej, która w Niemczech jest wciąż jedną z podstawowych metod leczenia napadów paniki. Nie przywiązuje się w niej należytej wagi do pytania o przyczynę lęków, pacjent pod okiem terapeuty jest wystawiany na silne działanie bodźca i w tej konfrontacji ma się przekonać, że ów bodziec nie stanowi dla niego poważnego zagrożenia. Ta metoda nie pozwala pozbyć się głębokich źródeł strachu.

A co z psychoanalizą czy psychoterapią? Tutaj w długim procesie, trwającym nawet do 300 godzin, poszukuje się przecież głębokich źródeł zaburzeń.

W 80 procentach zaburzeń, z którymi mam do czynienia – jeżeli nie kryje się za nimi ciężka trauma – zazwyczaj potrzebuję nie więcej niż 5 godzin, by doprowadzić do znacznej poprawy stanu emocjonalnego pacjenta. Większość tych przypadków to utrwalone w mózgu negatywne wzorce myślowe. Każda nasza myśl ma w mózgu swój odpowiednik w postaci połączeń synaptycznych; jest to niejako biologiczny mechanizm zapisywania pamięci. Osoby cierpiące na zaburzenia lękowe mają w swoich mózgach mocno przetarte ścieżki negatywnych myśli i odczuć, z których przez wiele lat utrwaliły się synaptyczne autostrady.

To oczywiste, że takie autostrady są nieporównywalnie stabilniejsze niż wszystkie inne połączenia, w związku z tym pacjent nie jest w stanie wygenerować w głowie odwrotnych, pozytywnych obrazów. Podczas trwającej od 200 do 300 godzin psychoanalizy te negatywne połączenia są rozbudowywane i jeszcze bardziej wzmacniane. Podobnie w terapii konfrontacyjnej – jeżeli wprowadzam pacjenta siłą w sytuację, która wywołuje u niego mocny, nierzadko śmiertelny lęk, to jego mózg wykształci tysiące nowych połączeń synaptycznych wzmacniających dotychczasowy problem.

I te negatywne wzorce – utrwalane przez lata, czasem przez dziesięciolecia – można zneutralizować w ciągu 5 godzin terapii?

Te pierwsze 5 godzin to wkład terapeuty, ale potem między sesjami pacjent musi sam wykonywać wiele ćwiczeń, których go uczę. Moim zadaniem jest uświadomienie pacjentowi, że do utrwalenia negatywnych autostrad w swoim mózgu doprowadził własnym myśleniem. Negatywne myśli płyną teraz – niczym dane w sieci komputerowej – tymi właśnie kanałami, wybierają te połączenia całkowicie automatycznie. Pacjent musi zatem sam wygenerować nowe sieci synaptyczne w mózgu, umożliwiające swobodny przepływ pozytywnych myśli.

Czyżby klasyczne formy terapii w pewnym sensie ignorowały odkryty przed około 20 laty fenomen neuroplastyczności?

Większość terapii uwzględnia to zjawisko w zbyt małym stopniu lub w ogóle je ignoruje. Terapia akceptacji i zaangażowania bierze je pod uwagę, hipnoza również, częściowo także terapia poznawczo-behawioralna.

Naturalnie istnieje wiele dobrych teorii i szkół terapeutycznych, jednak większość z nich zaleca równoległe leczenie farmakologiczne, co, jak wiadomo, w żadnym wypadku nie wpływa na zmianę struktur neuronalnych, a konfrontacja z bodźcem lękowym i grzebanie w przeszłości jedynie wzmacniają istniejące negatywne połączenia w mózgu. Często mam do czynienia z pacjentami, których prześladuje lęk przed upadkiem. Na pytanie, czy coś takiego rzeczywiście już im się zdarzyło, odpowiadają, że nie. Ich lęk jest wyłącznie skutkiem wytworów wyobraźni. Uważam, że w walce z wyimaginowanym smokiem najskuteczniejszą bronią jest wy­imaginowany miecz.

Jak wygląda ten wyobrażony miecz, który daje Pan pacjentowi?

Na początku pytam pacjenta, w jaki sposób „stwarza własny lęk”, to znaczy, jakie konkretne obrazy albo nawet całe filmy pojawiają się każdego dnia w jego głowie. Czasem może to być też tekst, coś w rodzaju wewnętrznego dialogu wyzwalającego ten dręczący stan. W klasycznej psychoterapii z regu...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy