Dołącz do czytelników
Brak wyników

Materiały PR

3 kwietnia 2019

Trudne powroty do pracy


0 300

Spośród stu najbardziej stresujących sytuacji, których możemy doświadczyć, szukanie pracy lub powrót do niej po długiej przerwie znajdują się w pierwszej dziesiątce. A fakt, że tę przerwę spowodowały choroba onkologiczna i związane z nią terapie, które w sposób drastyczny osłabiły organizm i negatywnie odbiły się na psychice, położenia nie ułatwia. Jest dodatkowym balastem dla obu stron, zarówno o pracę się starających, jak i pracodawców. Przy czym ci ostatni mogą wybierać i osoby z onkologiczną przeszłością po prostu nie zatrudnić.

Spośród stu najbardziej stresujących sytuacji, których możemy doświadczyć, szukanie pracy lub powrót do niej po długiej przerwie znajdują się w pierwszej dziesiątce. A fakt, że tę przerwę spowodowały choroba onkologiczna i związane z nią terapie, które w sposób drastyczny osłabiły organizm i negatywnie odbiły się na psychice, położenia nie ułatwia. Jest dodatkowym balastem dla obu stron, zarówno o pracę się starających, jak i pracodawców. Przy czym ci ostatni mogą wybierać i osoby z onkologiczną przeszłością po prostu nie zatrudnić.


Po co?

Praca niewątpliwie daje niezależność i poczucie finansowego bezpieczeństwa, które przekłada się na brak wielu frustracji. Trudno z tym dyskutować, jak również z faktem, że osoby, które z powodu zarabiania pieniędzy na utrzymanie pracować nie muszą, należą do zdecydowanej mniejszości.
 Często praca daje też satysfakcję, a stąd do poczucia szczęścia już tylko krok. Motywuje nas do rozwoju, i to nie tylko zawodowego.

Dzięki niej podnosimy swoje kwalifikacje, ćwiczymy pamięć, wiemy więcej, a to zwiększa poczucie własnej wartości. Ponadto pracując, nawiązujemy nowe kontakty, które nierzadko przenosimy do sfery prywatnej. Spotykamy się z ludźmi, którzy zajmują się tym samym, co my, i których nie zanudzimy opowieściami z branży. Jeśli mamy podobny światopogląd i poczucie humoru, dzięki pracy możemy zyskać długotrwałe relacje.
Praca zabiera wprawdzie czas, ale też pomaga go lepiej organizować. Nie przecieka nam on tak przez palce. Musi go starczyć i na obowiązki służbowe, i dla rodziny, i na rozwój osobisty, i na odpoczynek.

Tajemnicą Poliszynela jest, że kiedy nie pracujemy, czasu mamy jakby mniej.
Wreszcie praca stwarza szansę przełamywania własnych ograniczeń. To często poligon naszych możliwości, przestrzeń zmierzenia się z trudnościami, o których myśleliśmy, że są ponad siły, a okazały się do pokonania.


CV z rakiem


W gdańskiej filii Akademii Walki z Rakiem rozmawiałam z trzema osobami, u których w najnowszej wersji CV pojawiła się przerwa związana z chorobą nowotworową. Były w różnym wieku, przed zachorowaniem zajmowały różne stanowiska, a w jego trakcie przeszły różne terapie. Opowiadały o swoich lękach, nadziejach i radościach, które towarzyszyły im i towarzyszą podczas powrotu do życia czynnego zawodowo. Tak się złożyło, że były to same kobiety. 


Olga*

Ma 35 lat, męża i ciekawą, twórczą pracę projektantki ubrań w dużej firmie odzieżowej typu korporacyjnego. Atrakcyjna, zadbana, bez trudu weszła do mnie po schodach na 2. piętro. Nigdy bym nie pomyślała, że rozmawiam z osobą legitymującą się zaświadczeniem o niepełnosprawności w stopniu znacznym. Umówiłyśmy się po jej pracy, więc jeszcze przed spotkaniem wiedziałam, że historia Olgi będzie miała pozytywny wydźwięk.


„Diagnozę usłyszałam 2 czerwca 2016 roku: białaczka limfoblastyczna. Pojawiły sie guzy chłoniakowe, spuchła jedna ręka. Podczas morfologii wyszedł alarmujący stan białych krwinek. Kiedy zadzwoniono do mnie z tą informacją, byłam w pracy. Wyszłam z niej i... wróciłam dopiero w marcu 2 lata później. 
Chorowanie to był koszmar: cztery cykle chemii, w listopadzie przeszczep szpiku. W domu znalazłam się przed samymi świętami w bardzo złym stanie psychicznym i fizycznym. Przez pół roku byłam na chorobowym, a potem przez rok na zasiłku rehabilitacyjnym.

Jednak w listopadzie 2017 na powrót do pracy nie czułam się gotowa. Firma okazała się superwspierająca. Od początku dawano mi do zrozumienia, że nie muszę martwić się o moje stanowisko. Zeszłej jesieni zaproponowano przejście na 3/5 etatu oraz możliwość wybrania zaległego urlopu. W sumie zebrało się tego tyle, że do pracy wróciłam dopiero w tym roku, 20 marca. Na wstępie uzgodniono ze mną, że nie będę jeździć w delegacje do krajów, w których moja obniżona odporność zostałaby wystawiona na niepotrzebną próbę. Dzięki zaświadczeniu o niepełnosprawności pracuję 7 godzin i mam dodatkowe 10 dni urlopu.

Jeszcze kiedy chorowałam, w moim oddziale zorganizowano akcję DKMS-u, a potem jeszcze w 6 największych punktach firmy w Polsce. Wieści o tych działaniach bardzo podtrzymywały na duchu. Myślałam sobie wtedy, że nawet jeśli mi się nie uda, to moje chorowanie jest po coś. Obliczyłam, że hipotetycznie, dzięki tym akcjom, 5 chorych osób ma szansę znaleźć dawcę.
”

Beata 


Rocznik 66., żywiołowa, kolejny „okaz zdrowia”. Przed diagnozą od wielu lat zajmowała wysokie menadżerskie stanowisko w dużej firmie. Przeszła w niej całą ścieżkę rozwoju zawodowego. Tytan pracy, zadaniowiec z gatunku „im trudniej, tym lepiej”. Prowadziła „zapętlone życie współczesnego biznesmena” (określenie Beaty), w nieustannym stresie. Zadania musiały być wyzwaniami, inne nudziły. Kiedy rozmawiałyśmy, do powrotu do pracy dzieliło ją kilka tygodni. 
Definitywne rozpoznanie raka piersi usłyszałam w połowie maja, 2 lata temu.

„Diagnostyka w kierunku onkologicznym toczyła się już od końca kwietnia, ale wciąż pracowałam. Czułam się odpowiedzialna za mój zespół i musiałam pozamykać ileś projektów albo przekazać je mojemu zastępcy. Nie miałam zresztą pojęcia, że moje chorowanie tyle potrwa. 26 maja zapytałam się niefrasobliwie lekarki, czy będę mogła się leczyć i pracować. – Raczej nie sądzę – usłyszałam. – Porozmawiajmy o chorobie. Kilka chwil później brałam już pierwszą chemię. No cóż, faktycznie, nie było to możliwe, nawet dla takiego zawodnika jak ja. Moje chorowanie nie zamknęło się jeszcze w okresie przewidzianym przez państwo. Przeszłam chyba przez wszystko, co medycyna wymyśliła: chemię, operację, radioterapię, potem znowu przez rok chemię z hormonoterapią.
 Mój stosunek do pracy mi się zmieniał.

Miałam fazę, że chciałam zacząć coś nowego, być sama tym „sterem i okrętem”. Ale wróciła pamięć, że leczenie kosztuje, a moja praca dawała mi finansową stabilizację. Na ryzyko mnie nie stać. Poza tym powrót do środowiska, gdzie jestem znana i szanowana, też ma swoją wartość. 
W trakcie choroby firma spisała się na medal. Do dzisiaj mam służbowy samochód, komórkę, komputer. Wiem, że na mnie czekają i doceniam, jak bardzo poszli mi na rękę, tak ustawiając w papierach, że w rezultacie mogłam nie pracować pełne 2 lata. 
Wracam na inne stanowisko, też menadżerskie. W firmie jest potrzeba stworzenia nowego obszaru, którym będę zarządzała. Nie martwię się, czy sobie poradzę, choć to oczywiście znowu jest wyzwanie. Boję się natomiast, czy dam radę sama ze sobą. Czy będę umiała postawić sobie granice? To jest mój bardzo wielki lęk”.


Ewa


Czterdziestoparolatka, mama dwójki małych dzieci. Jest logistykiem, ale w rozmowie wspomina też o wykształceniu filologicznym. Mówi bardzo staranną polszczyzną, sama przyznaje się do wrażliwości na słowo i do tego, że bardzo źle znosi fakt ich zapominania. Z powodu choroby nowotworowej ma kłopoty z pamięcią i koncentracją. Diagnozę raka tarczycy usłyszała 1 lutego 2016 roku, wkrótce po pierwszych urodzinach młodszego synka, którego karmiła jeszcze piersią. Kiedy się rodził, właśnie wylądowała w zawodowej próżni. Wcześniej pracowała na czas określony w firmie, za którą nie tęskni, bo za szefową miała pracoholiczkę. Przez 12 miesięcy pobierała zasiłek macierzyński w postaci 80 procent swojego wynagrodzenia, a potem dopadł ją nowotwór. Kiedy rozmawiamy, jest na etapie szukania pracy, po pierwszej rozmowie rekrutacyjnej.


„Zawsze byłam sprawną kobietą, i właściwie bez problemów zdrowotnych. Poza hashimoto, które wyszło przypadkowo, ale po pierwszej ciąży i w trakcie drugiej choroba znalazła się w remisji i mogłam odstawić wszystkie leki. Profilaktyczne usg szyi, a potem biopsja tarczycy wyszły jednak niepomyślnie. Rak. Poczułam sie wyrzucona na margines życia: z dwójką małych dzieci, z mężem, u którego też własnie pojawiły się zdrowotne problemy, bez pracy, bez pieniędzy, za to z nowotworem.


Mówili mi, że mam szczęście. Ponoć rak tarczycy jest najlepszy, super fajny, prawdziwy los na loterii! Przez ten „szczęśliwy los” zostałam okaleczona, bo nie mam tarczycy. Wydolność mojego organizmu jest dużo gorsza. Siadła też psychika, zwłaszcza po leczeniu radiojodem, kiedy musiałam przejść 2-tygodniową kwarantannę i nie mogłam widzieć dzieci. Wciąż konieczne są kontrole, które wiążą się z odstawieniem hormonów, depresją i stanami wielkiego napięcia. 
Utrata hormonalnej stabilności nie pozwalała mi myśleć o powrocie do pracy, ale teraz już muszę, bo szorujemy o finansowe dno. Muszę i chcę. Tylko że ja się zmieniłam. Wcześniej znałam swoje wady i zalety, lubiłam brać na siebie dużo, może nawet za dużo. Teraz nie jestem siebie pewna. Zrobiłam się mało odporna na stres, bardziej zapobiegawcza. Byłam człowiekiem do trudnych zadań, a teraz już ich nie chcę. Wolę pracę, gdzie będzie więcej rutyny niż wyzwań. Już nie chcę stać na pierwszej linii frontu.


Mam zaświadczenie o niepełnosprawności w stopniu umiarkowanym, co daje mi ulgi w przyszłej pracy, ale nie jestem pewna, czy będę się do niego przyznawać. Mimo tego wszystkiego czuję, że wracam do życia i mam wielką na nie chęć”.


Praca to nie wszystko
 - tak uważa Anna Marlęga-Woźniak, koordynatorka gdańskiego oddziału Akademii Walki z Rakiem przy Fundacji Hospicyjnej. – W prowadzonej przeze mnie grupie wsparcia zauważyłam – mówi – że wątki powrotu do pracy, podołania obowiązkom, które narzuca lub dopiero jej poszukiwań należą do: ważniejszych i wzbudzających silne emocje tematów spotkań. Staram się wówczas pokazać, że w życiu istotna jest równowaga, a praca nie może nam zasłonić innych możliwości samorealizacji. I dodaje: – W naszym społeczeństwie panuje wszechpotężny etos pracy, przez którą się definiujemy.

To jest postawa na dłuższą metę destruktywna, ponieważ praca nie powinna być jedynym obszarem budującym poczucie własnej wartości. My w Akademii staramy się tę siłę sprawczą pracy trochę zneutralizować. 

Obawa przed wejściem w stare buty jest uzasadniona, a lęk Beaty, by znowu się nie zatracić w milionie zawodowych obowiązków, to lęk dość powszechny.

W Akademii realizowane są zajęcia, na których uczestnicy pracują nad uświadamianiem sobie swoich potrzeb i złapaniem kontaktu z własnym ciałem. Jeśli ono mówi, że jest zmęczone, to znaczy, że potrzebujemy urlopu i kropka. Słuchacze uczą się, jak dbać o siebie jako o osobę, a nie jako o pracownika.
 Zarówno Beata, jak i Olga i Ewa w swoich procesach dojrzewania do decyzji o pracy podkreślały rolę spotkań w Akademii. Już sam fakt, że trafiły pod jej skrzydła świadczy, że przed chorowaniem były aktywne, bo umiały aktywnie radzić sobie z trudnościami. – Sądzę, że dlatego tak szybko podniosłam się psychicznie, bo trafiłam pod opiekę Akademii (Ewa).

– Bardzo dużo daje mi grupa wsparcia. Na spotkaniach w Akademii dzieliłam się swoimi obawami, a teraz moją radością (Olga). – Do przyjścia do Akademii namówiła mnie koleżanka. Nie byłam przekonana, obawiałam się spotkania stękających osób po przejściach. Jednak przełamałam się, przyszłam i jest super (Beata).
Praca daje chleb, rozwija, pomaga budować międzyludzkie relacje – to wszystko prawda. Jednak po długiej przerwie, jaką „funduje” rak, czasami trudno jest od razu wrócić do dawnej formy i dobrze mieć na to wewnętrzne przyzwolenie. Nie musimy przecież być tacy jak przed chorobą, zawsze zwarci, gotowi i wydajni do granic. Czasami trzeba wrócić na niższe stanowisko.

Pamiętajmy, jak znaczącą rolę odgrywa stres w rozwoju chorób onkologicznych i pracujmy nad tym, by go ograniczyć. 


Magda Małkowska


*Olga, Beata, Ewa – prawdziwe imiona bohaterek artykułu znane są redakcji.

Przypisy