Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

12 lutego 2016

Sztuka wpływania

74

W handlu, w firmie, w polityce, w rodzinie. Parada manipulacji trwa... Nawet w relacji z ukochaną osobą nie potrafimy zrezygnować ze sztuczek, wciąż szlifujemy sztukę wpływania: stroimy fochy, kupczymy seksem, robimy kocie oczka. Igramy miłością. Jak? Po co? Jakim kosztem?

Miłość to talia kart, w której wszyscy oszukują: mężczyźni, by wygrać, kobiety, by nie przegrać – mawiał mistrz suspensu i, jak sam się określał, producent strachu Alfred Hitchcock. Zapewne nieraz grywał tą talią. Z jakim skutkiem?

Jak mało kto manipulował emocjami, dyrygował napięciem, gdy zwalniał akcję tuż przed jej zwrotem, a widzowie wstrzymywali oddech. Na pozór nic się nie działo, a narastało poczucie, że za chwilę coś się wydarzy. Coś strasznego.

Uważnie obserwował ludzi, podglądał ich. Znał ludzkie słabości, pokazywał je w swych filmach. A jeśli zaszła potrzeba, umiał je wykorzystać. Kiedy zażądano wycięcia trwającej ułamek sekundy sceny z nagą Janet Leigh pod prysznicem, zaproponował cenzorowi, że jeśli pozwoli zostawić tę scenę, będzie mógł własnoręcznie wyreżyserować inną. Hitchcock wiedział, że propozycja połechce ego urzędnika, wywoła uczucie wzajemności. Z drugiej strony był pewien, że obawa przed kompromitacją nie pozwoli cenzorowi z tej propozycji skorzystać... Sam Hitchcock nie skrywał swej słabości do aktorek o chłodnym typie urody i włosach koloru blond.

Bywał wybuchowy i egocentryczny, jak to artysta. Jak znosiła to Alma, jego żona? Podczas kręcenia „Psychozy” zafundował jej prawdziwą emocjonalną huśtawkę – złość na cenzurę, twórcze frustracje, zachwyt nową aktorką, lęk przed bankructwem. To wszystko powierzał swojej żonie, obojętny na to, co ona przeżywa.
Jerry i Gizela, bohaterowie sztuki Williama Gibsona „Dwoje na huśtawce”, z takiej huśtawki w ogóle nie potrafią zejść. Spotkali się na jakimś przyjęciu. Kobieta z przeszłością, której choroba uniemożliwia kontynuowanie jej pasji i zawodu – tańca. I mężczyzna po przejściach, prawnik z prowincji, który właśnie odszedł od żony. Dwoje rozbitków trafia na siebie w pogoni za uczuciem, a może uciekając przed samotnością. On dzwoni do niej pod pretekstem kupna lodówki, którą ona ma na zbyciu. Pierwsza sztuczka, by nawiązać kontakt z nieznajomą. Potem takich sztuczek będzie jeszcze wiele – niedomówień, ukrytych motywów, gier...

Za wiele? Kocie oczka

Większość z nas święcie wierzy, że miłość jest przeciwieństwem manipulacji, bezpiecznym schronieniem przed gierkami świata. Niestety, wiele wskazuje, że się łudzimy, bowiem nie ma skuteczniejszej metody manipulowania innymi ludźmi niż granie na ich uczuciach. A im bliższa osoba, tym łatwiej grać. Paradoksalnie, w miłości głównym mechanizmem wywierania wpływu jest właśnie sama miłość. Czasem staje się ona nitką, dzięki której poruszamy kimś jak marionetką. Niekiedy nić zmienia się w „smycz”, na której trzymamy drugą osobę.

W bliskim związku nieuchronnie wpływamy na siebie. Wystarczy, że partner uśmiechnie się do nas, da nam prezent lub zmarszczy brwi, a budzą się w nas emocje. Czy to już jest manipulacja? Być może, choć niekoniecznie. Manipulacja zaczyna się dopiero wtedy, gdy on robi to celowo, próbując nas w ten sposób skłonić do czegoś, czego prawdopodobnie nigdy nie zrobilibyśmy spontanicznie, sami z siebie. A my nie jesteśmy świadomi, że wodzi nas na sznurku. Dajemy się złapać w pułapkę.

Jedna ze znajomych opowiadała, że gdy chce, by jej mąż coś zrobił, na przykład zmienił uszczelkę lub naprawił lampę, podejmuje grę zaczynającą się: „Nie, na pewno tego nie zrobisz... To takie trudne...”. On wtedy – trochę z przekory, a trochę, by pokazać, na co go stać – zabiera się do roboty.
Repertuar takich sztuczek jest bogaty. Pytałam badanych (ponad 260 osób, kobiety i mężczyzn), w jaki sposób ich partner lub partnerka manipuluje nimi. Panowie pisali, że gdy ich partnerka chce od nich coś uzyskać, to: „potrafi zrobić takie kocie oczka, które zniewalają, przytula się, robi niewinną minę, założy seksowną bieliznę” lub „wymusza płaczem to, czego chce”. Natomiast gdy czegoś nie chce, to: „wywołuje kłótnię”, „wywiera presję” lub „sugeruje, że źle się czuje, więc zmieniam moje plany na wieczór”.

Kobiety z kolei mówiły, że gdy ich partner czegoś od nich chce, to: „jest miły i zrobi rzeczy, których zwykle nie robi bez nalegań ”; natomiast gdy chce je powstrzymać, to „nie daje za wygraną” lub „obniża moje poczucie własnej wartości”.

Na miękko czy twardo?

Dr Krystyna Doroszewicz wyodrębniła aż 16 taktyk wpływu na partnera, wśród nich te twarde, miękkie i pośrednie. Techniki twarde łączy jedno – nie uwzględniamy w nich autonomii partnera, próbujemy go „złamać”. To łamanie w każdej z technik dokonuje się inaczej: w przemocy za pomocą siły, gróźb, w awanturze poprzez krzyk, w deprecjacji – przedrzeźnianiem. „Ciche dni” i fochy tylko pozornie wyglądają na niewinne, w rzeczywistości wystawiają partnera na próbę ostracyzmu i izolacji. Wzajemność zmierza do wywołania u partnera poczucia winy podkreślaniem, jak bardzo się poświęcamy dla niego. Wywieranie presji to np. gdakanie na dany temat aż do skutku. Do technik miękkich należą: reklamowanie, odwoływanie się do uczuć i dialog. Uwzględniamy w nich autonomię partnera, nie ograniczamy jego swobody wyboru zachowania. Zachwalamy swój pomysł (jak w przypadku reklamowania), podkreślamy, jak ważna jest to dla nas sprawa, jak nam będzie przykro, gdy partner odmówi (odwoływanie się do uczuć). Techniki pośrednie mogą być bardziej miękkie lub twarde, zależnie od intencji stosującej je osoby. Na przykład bezradność może świadczyć o braku lepszych pomysłów na osiągnięcie celu (wtedy jest techniką miękką), może być też stosowana z premedytacją, by wyłudzić. Kalkulacja oznacza, że czekamy na odpowiedni moment, by poprosić o coś partnera, czasem robimy to na raty, zgodnie z porzekadłem „Kropla drąży skałę”. Bardziej miękkimi technikami są: ingracjacja, czyli schlebianie partnerowi, flirtowanie, czyli uwodzenie go wdziękami i przekupstwo – jestem miła za coś lub dla czegoś. oprac. dk

O czym myślą mężczyźni?

Im niższe poczucie własnej wartości, tym więcej w związku manipulacji. Gizela w którymś momencie prosi Jerry’ego: „Możesz mi powiedzieć szczerze, jeden jedyny raz w życiu, że mnie kochasz?”. Czy zdaje sobie sprawę, że wciąga go w ten sposób w grę? Co może jej odpowiedzieć? No, na przykład przytaknąć: „Tak, kocham cię”. Ale czy naprawdę to czuje? A ma być szczerze! I czy zabrzmi to wiarygodnie w odpowiedzi na jej prośbę? Może też teoretycznie przyznać: „Mam wątpliwości, co naprawdę do ciebie czuję”. Tylko jak to zrobić, skoro ona zdaje się błagać o uczucie. Zresztą... cokolwiek Jerry powie, może się to obrócić przeciwko niemu. Tym bardziej że w pewnym momencie sam, nieco ironicznie, przyznaje: „Nie wiem, co myślę, dopóki nie usłyszę, co mówię”. Brzmi to jak credo manipulatora.

Dlaczego Gizela nie spyta wprost, co Jerry do niej czuje? Czemu znajoma nie poprosi męża o wymianę uszczelki? Na tym polega działanie manipulatora, że ukrywa swój motyw. Nie liczy się z nami, naszymi odczuciami, naszym związkiem. Jedynym jego celem jest własny interes, chce go zrealizować dzięki nam, ale bez naszej wiedzy, a nawet wbrew nam. O co mu może chodzić? Na przykład o wprowadzenie nas w dobry nastrój, by uzyskać wsparcie, przebaczenie, uniknąć sprzeczki (cele emocjonalne). Nierzadko zmierza w ten sposób do innych celów. Na przykład erotycznych: pragnie wzbudzić nasze pożądanie, byśmy chcieli się z nim kochać i to w sposób, na jaki ma ochotę. Może też chodzić o dobra materialne, np. badani mówią: „Chciałem, żeby pomogła mi w spłaceniu rat”, „Nie chciałem, żeby wydawała pieniądze na głupoty”. Częstym motywem manipulatora jest chęć zdobycia nad nami kontroli i zyskania władzy; wyrażają to wypowiedzi „chciałem, żeby przyznała mi rację”, „chciałem postawić na swoim i być mężczyzną w tym związku”. Bywa też, że manipuluje tylko po to, by przeforsować swój pomysł, jak spędzić wolny czas (np. „Chciałam, abyśmy w niedzielę poszli na obiad do moich rodziców”, „Chciałem pójść na piwo z kolegami”). Albo wręcz dla zabawy – jak powiedział jeden z badanych: „Chciałem uniknąć nudy w naszym związku”.

Osoby, które cechuje psychiczna męskość (czyli identyfikujące się z męską rolą), częściej manipulują w celach erotycznych, a te charakteryzujące się psychiczną kobiecością (identyfikujące się z rolą kobiecą) częściej chcą dzięki temu pozyskać zasoby materialne. Rezultat ten wpisuje się w stereotypy płci, mówiące, że mężczyźni „myślą tylko o jednym”, a „najlepszymi przyjaciółmi kobiet są diamenty”. Bo, jak zakłada psychologia ewolucyjna, kobiety i mężczyźni mają różne interesy. Panie chcą zabezpieczyć siebie i swoje dzieci. A panowie odnoszą sukces reprodukcyjny, zapładniając jak najwięcej partnerek.

Trudna do zdobycia

Najpierw jednak trzeba zdobyć partnera. Wzbudzić w nim namiętność. To ona właśnie – jak piszą Robert Sternberg, psycholog i twórca trójczynnikowej teorii miłości, a także Bogdan Wojciszke, autor Psychologii miłości – popycha nas ku sobie. Na sam widok drugiej osoby czujemy „motyle w brzuchu” i chcemy spędzać z nią każdą chwilę.

Jak sprawić, by te motyle się pojawiły? Wykorzystujemy w tym celu różne sztuczki. Zwykle bardziej wyrafinowane niż ta, którą posłużył się Jerry, gdy w kolejnej rozmowie telefonicznej, po potoku słów błahych i zaczepnych odzywek, niepewnie spytał w końcu: „Czy nie zechciałabyś zostać połową pary?”.

Uwodzenie jest jak zaproszenie do tańca. I – jak w tańcu – mniej liczą się słowa, ważniejszy jest wygląd i seksualna atrakcyjność. Panowie prężą więc muskuły i wciągają brzuch. Demonstrują też swe zasoby materialne i status, na przykład zapraszając ją na wystawną kolację w drogiej restauracji. Czasem poprzestają na przechwalaniu się, na co to ich nie stać. Panie eksponują biust, bawią się włosami i rzucają zalotne spojrzenia spod wpółprzymkniętych powiek, a potem skromnie spuszczają wzrok. Osoby, którym natura poskąpiła cenionych przez płeć przeciwną walorów, stosują różne triki, by zasugerować, że jednak te atuty posiadają. Kobiety na przykład wkładają staniki push-up, podkreślające biust, a mężczyźni poszerzają ramiona wywatowanymi marynarkami.

Początkowo tak kobiety, jak i mężczyźni wpasowują się w stereotypowe role seksualne: kobiety grają role niewinnych, niemających pojęcia o seksie, a mężczyźni chętnie występują w roli przewodników i doskonałych kochanków. Kobiety utwierdzają panów w tym poczuciu. Udają, że są zachwycone, nierzadko symulując satysfakcję seksualną. Mężczyźni zaś zdają się tego nie zauważać.

Kobiety, by wzbudzić pożądanie, mają do wyboru taktykę „trudnej do zdobycia twierdzy” albo przeciwnie – zmysłowej gejszy. Czasem próbują być jedną i drugą naraz. Nic tak mocno na panów nie działa, jak zmysłowa dziewica. Tylko jak to zagrać? Łatwo o przesadę. Gizela w którymś momencie, gdy Jerry znów się jej wymyka, dopytuje: „A może jestem za bardzo seksowna, co? Uważasz, że mam ciągle tylko seks w głowie?”.

W miarę pogłębiania się znajomości, panie sięgają po taktykę „tylko z tobą jest mi dobrze”. Mężczyźni natomiast, początkowo namiętni i pomysłowi w uwodzeniu, z czasem jakoś tracą zapał do adorowania partnerki. Ale – jak zauważa seksuolog Zbigniew Lew-Starowicz – na każdym etapie związku pragną uchodzić za dobrych kochanków.

Według Davida Schmitta i Davida Bussa, amerykańskich psychologów ewolucyjnych, partnera można zdobyć nie tylko promując siebie, pokazując – jak wyżej – swą atrakcyjność i seksualne walory, ale także deprecjonując rywali. W tym celu kobiety rozpuszczają plotki o rywalce, sugerując, że jest seksualnie rozwiązła albo przeciwnie – że jest oziębła lub brak jej umiejętności seksualnych. Natomiast panowie podważają siłę fizyczną rywala, dominują nad nim...

Dalsza część jest dostępna dla użytkowników z wykupionym planem

Przypisy