Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie

17 marca 2021

NR 4 (Kwiecień 2021)

Świat po końcu świata
O tym, jak zmieniła nas pandemia z Marią Król-Fijewską i Piotrem Fijewskim rozmawia Dorota Krzemionka

87

Świat, jaki znaliśmy, rozpada się jak porcelanowa waza. Można pozbierać kawałki i próbować skleić je na nowo. Albo stworzyć z nich coś nowego, nowy świat. Może mniej w nim będzie pewności, ale bardziej będziemy widzieć się nawzajem, bliżej nam będzie do innych i do samych siebie.

Dorota Krzemionka: Czujemy, że kończy się pewien świat, którego wizję do tej pory mieliśmy, świat niewyczerpanych zasobów, gdzie sky is the limit. Napotkaliśmy ścianę. Zwiastuny były już wcześniej: nadciągająca katastrofa klimatyczna, sztuczna inteligencja, która miała nas pozbawić pracy, teraz doszła pandemia. Czy też macie Państwo poczucie, że pewien świat się kończy i już nie wróci do punktu wyjścia? 
Maria Król-Fijewska:
Tak. Myślę, że to, czego teraz doznajemy, to swego rodzaju pełzająca trauma. Jako psycholog jestem gotowa tak patrzeć na to, co się teraz dzieje. Gdybym to miała porównać do czasów okupacji, to na pewno jest teraz mniej ofiar, zagrożenie jest mniejsze, nie ma brutalności czy przemocy. Ale z uwzględnieniem proporcji porównanie do drugiej wojny światowej jest uzasadnione. W jakimś sensie mamy do czynienia z taką okupacją na mniejszą skalę.

Rozumiem, że doświadczamy traumy, a w jakim sensie jest ona pełzająca?
M.K-F.:
Ponieważ czujemy stałe zagrożenie, ale wróg ma niewidoczną twarz. Spotykając człowieka, nawet miłego, bliskiego nam i życzliwego, nie wiemy, czy nie jest on dla nas groźny. Nie wiemy też, czy my nie nosimy w sobie potencjału śmierci, czyli choroby bezobjawowej. To powoduje, że jesteśmy w sytuacji zagrożenia – takiego nieuchwytnego, a zarazem całkiem realnego. 
Piotr Fijewski: Dotąd czuliśmy się mocarni, świat wydawał się przewidywalny. Wierzyliśmy, że mamy urządzenia, dzięki którym możemy sobie zaplanować przyszłość, jutrzejszy dzień. Wielu z nas było zadaniowcami, którzy żyli, wychylając się ku jakiejś perspektywie. W mediach społecznościowych potrafili opisywać, co będą robić za pięć czy dziesięć lat i wszystko mieli uporządkowane. Ten porządek został zburzony. Zderzyliśmy się z nieprzewidywalnością na wielu poziomach, począwszy od tego, czy wszyscy członkowie naszej rodziny przeżyją, a skończywszy na tym, czy nie wyrzucą nas z pracy, czy nasza firma będzie nadal funkcjonować. Do tego doszły zmiany polityczne, anarchizacja życia społecznego. Ludzie stanęli w obliczu niepokoju jako podstawy codziennego doświadczenia.
M.K-F: Do tego dochodzi trauma zamknięcia. Dla wielu osób jest to naprawdę poważne ograniczenie. Wielu ludzi dotąd czuło się niewolnikami w swojej pracy, ale potem ruszali samolotami w świat i tam byli odkrywcami, zdobywcami, kosztowali życia. A tu nagle nie można opuścić Polski, loty zostały zawieszone. Nie można pójść na koncert, do kawiarni, spotkać się ze znajomymi… Trzeba było więc zmienić sposób życia – odłożyć wyjazdy, imprezy. Napotkaliśmy ścianę.
P.F.: I nie chodzi nawet o przyjemności związane z przemieszczaniem się. Jak pisaliśmy w naszej książce Nieobecni, zadanioholizm był bardzo połączony z ruchem. Ludzie ciągle jeździli w ramach pracy, wozili dzieci na dodatkowe zajęcia. To wszystko nagle zamarło, przemieniło się w klikanie myszką. Miliony ludzi musiało się przystosować do życia w czterech ścianach.

Z troską myślę o rodzinach z dziećmi, rodzice nie tylko zdalnie pracują – czasem non stop, ale dodatkowo pomagają swoim zdalnie uczącym się dzieciom…
M.K-F:
Słowo trauma zdaje się tu dobrze pasować.
P.F.: W naszym odczuciu liczba zadań przy zdalnej pracy wcale się nie zmniejszyła. Matki dzieci w wieku szkolnym stają się nauczycielkami, muszą ogarniać dzieci przy komputerach. Podobnie, jeśli chodzi o naszą pracę – okazało się, że przyjmowanie pacjentów przez internet, a także prowadzenie grup czy szkoleń online wymaga od nas dużo więcej energii niż spotkania bezpośrednio.
M.K-F: I wydaje się, że to nie ma końca. W tym sensie trauma jest pełzająca. Przez jakiś czas zarażonych było mniej i już mieliśmy nadzieję, że gdzieś za horyzontem majaczy się normalność… Ale mija kilka tygodni i dowiadujemy się, że sąsiad zachorował na COVID-19, znajomy umarł, a ktoś inny trafił do szpitala i nie wiadomo, co z nim będzie. Mamy wrażenie, że pętla się zaciska, zagrożenie coraz bliżej podchodzi pod nasz próg. Trudno liczyć, że za chwilę pandemia minie i powiemy sobie: po co się było tak denerwować… 

POLECAMY

Jeszcze nubiegłej wiosny mogliśmy to traktować jako doświadczenie pozwalające się zatrzymać w pędzie, uporządkować coś w domu. Ale teraz odbieramy to inaczej. Jakie to ma konsekwencje psychologiczne?
P.F:
Przede wszystkim aktualnie doświadczamy niepokoju. Jest on ciekawym połączeniem lęku i wyobraźni, które sprawia, że choć nie wiemy, co się zdarzy i kiedy, to w poczuciu osoby przepełnionej niepokojem scenariusz na pewno będzie czarny. To wyobrażenie napędza lęk i tworzy się sprzężenie zwrotne. Jesteśmy krusi w przeżywaniu lęku, mało odporni na radzenie sobie z nim. Nie umiemy go akceptować i z nim żyć. A nasza cywilizacja napędza niepokój, próbując zaplanować i uporządkować świat pod linijkę, żeby było perfekcyjnie. Słabo nam idzie medytacja, bycie tu i teraz, akceptowanie chaosu i zmienności, pogodzenie się z nimi. Musimy się zacząć uczyć tego, że nie wiemy, jak będzie jutro i że w każdej chwili ktoś może zapukać do naszych drzwi i niekoniecznie to będzie przyjaciel. 

Kiedyś chyba ludzie byli bardziej otwarci na nieprzewidywalność, bo real­nie mniej mieli pod kontrolą…
M.K-F.:
Spytałam kiedyś moją mamę, jak ona i inni byli w stanie żyć podczas powstania. Tyle osób dookoła umierało, cały czas słychać było strzały i wybuchy. A mama na to, że oni do tego przywykli, przystosowywali się do zagrożenia. Śmierć przestała być tak znacząca. Mimo wojny próbowali normalnie żyć: żenili się, cieszyli. My też już trochę się przyzwyczailiśmy do świata w pandemii. Ostatnio podjechaliśmy na stację benzynową, gdzie było wiele osób. Zdałam sobie sprawę, że nigdy wcześniej nie tankowaliśmy z poczuciem, że możemy się przy tym zarazić na śmierć. Można powiedzieć, że podczas tej pandemii każdy miał szansę napotkać swoje prywatne piekło. Dla niektórych jest nim zagrożenie życia. Dla innych tym piekłem było odcięcie od relacji. Bez nich czuli się jak żaba w wyschniętym stawie. Woleli umrzeć niż nie dotykać, nie przytulić się do kogoś. Jeszcze dla innych piekłem było ograniczenie wolności. Wsiadali w samochody i jeździli wte i wewte z poczuciem: nie, ja się nie dam zamknąć. Nie mówiąc o tych, którzy napotykali piekło zamknięci wśród swoich bliskich na małej przestrzeni. Dotąd zachowywali równowagę dzięki temu, że rzadko się spotykali. A teraz byli ze sobą w tym koncentracie. Tak więc każdy miał szansę zetknąć się z jakimś swoim problemem, z jakimś uwrażliwieniem. 

Nikt tak naprawdę nie wie, co będzie dalej. I nie ma się do kogo odwołać, bo – jak pisze w „GW” Jacek Żakowski – eksperci też nie wiedzą ani epidemiolodzy, ani ekonomiści. Świat usunął się nam spod nóg. 
P.F.:
Rzeczywiście zostaliśmy pozbawieni autorytetów, pozostawieni sami sobie. Nie ma nigdzie oparcia, ani w Kościele, ani w przywódcach politycznych. Niepokój i nieprzewidywalność spotyka się z samotnością, z brakiem przewodników.

Wiele straciliśmy: poczucie bezpieczeństwa, pewność, co będzie jutro, perspektywę, która pozwalała zaplanować. Straciliśmy wolność i ruch. A być może straciliśmy tylko iluzję, że to wszystko mieliśmy?
M.K-F.:
Zgodzę się, że wolność – na przykład – niewolnika, który od czasu do czasu na wakacjach staje się odkrywcą, była iluzoryczna. Ale nie można powiedzieć, że iluzją były relacje, te bezpośrednie, które teraz w dużym stopniu musieliśmy ograniczyć. Choć pandemia może odsłaniać pewną prawdę o tych najbliższych relacjach i odzierać nas ze złudzeń. Zdarza się, że zamknięci z najbliższymi na małej przestrzeni stajemy się dla siebie nawzajem nie do zniesienia.

Jak ludzie reagują na pandemiczną sytuację?
M.K-F.:
Na pewno zwiększyła się liczba osób potrzebujących pomocy. Psychologowie i psychoterapeuci nie mają już wolnych terminów. Wielu osobom odnawiają się psychiczne problemy, wracają do nas dawni pacjenci. Pracując z grupami, coraz więcej czasu musimy poświęcać na rundki. 
P.F.: Widzimy, co się dzieje teraz z młodymi ludźmi, poziom zaburzeń w tej grupie jest ogromny. Trauma dotyka też służb medycznych.

Ktoś powiedział, że ratownicy medyczni przypominają powstańców…
P.F.:
Wspomagają się różnymi środkami i pracują na krawędzi wytrzymałości psychicznej i fizycznej. Jeszcze wiosną terapeuci z naszego ośrodka zadeklarowali, że mogą za darmo przyjmować lekarzy i pracowników służby medycznej. Mamy telefon interwencyjny, pod który można się zgłaszać. I co? Proszę sobie wyobrazić, że przez ponad pół roku zadzwoniła tylko jedna lekarka. Ale wyobrażamy sobie, że gdy wszystko się uspokoi, to dopiero się zacznie i trzeba będzie tych ludzi ratować z traumy. 
M.K-F.: Można powiedzieć, że ludzie reagują na zagrożenie związane z pandemią na dwa sposoby. Jedni lękowo i próbują się zabezpieczać: nie wychodzą z domu, wszystko dezynfekują. Inni zaś reagują buntem, mówią: nikt mi nie zabierze prawa do tego, bym się spotykał, mnie na pewno nic nie będzie!
P.F.: Jedni i drudzy się boją i szukają bezpieczeństwa, tylko pierwsi poprzez ochranianie się i opiekowanie sobą lub rodziną, a drudzy poprzez utrzymanie się w dotychczasowych strukturach i zachowanie dotychczasowego trybu działania: mimo zakazu spotykają się towarzysko albo idą na mszę do kościoła.
M.K-F.: O ile w innych kościołach zgodnie z wytycznymi Watykanu komunia św. była dawana na rękę, to w naszym kościele w Niepokalanowie cały czas była podawana do ust. Mam wrażenie, że dla tej społeczno...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy