Świat po końcu świata

O tym, jak zmieniła nas pandemia z Marią Król-Fijewską i Piotrem Fijewskim rozmawia Dorota Krzemionka

Psychologia i życie

Świat, jaki znaliśmy, rozpada się jak porcelanowa waza. Można pozbierać kawałki i próbować skleić je na nowo. Albo stworzyć z nich coś nowego, nowy świat. Może mniej w nim będzie pewności, ale bardziej będziemy widzieć się nawzajem, bliżej nam będzie do innych i do samych siebie.

Dorota Krzemionka: Czujemy, że kończy się pewien świat, którego wizję do tej pory mieliśmy, świat niewyczerpanych zasobów, gdzie sky is the limit. Napotkaliśmy ścianę. Zwiastuny były już wcześniej: nadciągająca katastrofa klimatyczna, sztuczna inteligencja, która miała nas pozbawić pracy, teraz doszła pandemia. Czy też macie Państwo poczucie, że pewien świat się kończy i już nie wróci do punktu wyjścia? 
Maria Król-Fijewska:
Tak. Myślę, że to, czego teraz doznajemy, to swego rodzaju pełzająca trauma. Jako psycholog jestem gotowa tak patrzeć na to, co się teraz dzieje. Gdybym to miała porównać do czasów okupacji, to na pewno jest teraz mniej ofiar, zagrożenie jest mniejsze, nie ma brutalności czy przemocy. Ale z uwzględnieniem proporcji porównanie do drugiej wojny światowej jest uzasadnione. W jakimś sensie mamy do czynienia z taką okupacją na mniejszą skalę.

POLECAMY

Rozumiem, że doświadczamy traumy, a w jakim sensie jest ona pełzająca?
M.K-F.:
Ponieważ czujemy stałe zagrożenie, ale wróg ma niewidoczną twarz. Spotykając człowieka, nawet miłego, bliskiego nam i życzliwego, nie wiemy, czy nie jest on dla nas groźny. Nie wiemy też, czy my nie nosimy w sobie potencjału śmierci, czyli choroby bezobjawowej. To powoduje, że jesteśmy w sytuacji zagrożenia – takiego nieuchwytnego, a zarazem całkiem realnego. 
Piotr Fijewski: Dotąd czuliśmy się mocarni, świat wydawał się przewidywalny. Wierzyliśmy, że mamy urządzenia, dzięki którym możemy sobie zaplanować przyszłość, jutrzejszy dzień. Wielu z nas było zadaniowcami, którzy żyli, wychylając się ku jakiejś perspektywie. W mediach społecznościowych potrafili opisywać, co będą robić za pięć czy dziesięć lat i wszystko mieli uporządkowane. Ten porządek został zburzony. Zderzyliśmy się z nieprzewidywalnością na wielu poziomach, począwszy od tego, czy wszyscy członkowie naszej rodziny przeżyją, a skończywszy na tym, czy nie wyrzucą nas z pracy, czy nasza firma będzie nadal funkcjonować. Do tego doszły zmiany polityczne, anarchizacja życia społecznego. Ludzie stanęli w obliczu niepokoju jako podstawy codziennego doświadczenia.
M.K-F: Do tego dochodzi trauma zamknięcia. Dla wielu osób jest to naprawdę poważne ograniczenie. Wielu ludzi dotąd czuło się niewolnikami w swojej pracy, ale potem ruszali samolotami w świat i tam byli odkrywcami, zdobywcami, kosztowali życia. A tu nagle nie można opuścić Polski, loty zostały zawieszone. Nie można pójść na koncert, do kawiarni, spotkać się ze znajomymi… Trzeba było więc zmienić sposób życia – odłożyć wyjazdy, imprezy. Napotkaliśmy ścianę.
P.F.: I nie chodzi nawet o przyjemności związane z przemieszczaniem się. Jak pisaliśmy w naszej książce Nieobecni, zadanioholizm był bardzo połączony z ruchem. Ludzie ciągle jeździli w ramach pracy, wozili dzieci na dodatkowe zajęcia. To wszystko nagle zamarło, przemieniło się w klikanie myszką. Miliony ludzi musiało się przystosować do życia w czterech ścianach.

Z troską myślę o rodzinach z dziećmi, rodzice nie tylko zdalnie pracują – czasem non stop, ale dodatkowo pomagają swoim zdalnie uczącym się dzieciom…
M.K-F:
Słowo trauma zdaje się tu dobrze pasować.
P.F.: W naszym odczuciu liczba zadań przy zdalnej pracy wcale się nie zmniejszyła. Matki dzieci w wieku szkolnym stają się nauczycielkami, muszą ogarniać dzieci przy komputerach. Podobnie, jeśli chodzi o naszą pracę – okazało się, że przyjmowanie pacjentów przez internet, a także prowadzenie grup czy szkoleń online wymaga od nas dużo więcej energii niż spotkania bezpośrednio.
M.K-F: I wydaje się, że to nie ma końca. W tym sensie trauma jest pełzająca. Przez jakiś czas zarażonych było mniej i już mieliśmy nadzieję, że gdzieś za horyzontem majaczy się normalność… Ale mija kilka tygodni i dowiadujemy się, że sąsiad zachorował na COVID-19, znajomy umarł, a ktoś inny trafił do szpitala i nie wiadomo, co z nim będzie. Mamy wrażenie, że pętla się zaciska, zagrożenie coraz bliżej podchodzi pod nasz próg. Trudno liczyć, że za chwilę pandemia minie i powiemy sobie: po co się było tak denerwować… 

Jeszcze nubiegłej wiosny mogliśmy to traktować jako doświadczenie pozwalające się zatrzymać w pędzie, uporządkować coś w domu. Ale teraz odbieramy to inaczej. Jakie to ma konsekwencje psychologiczne?
P.F:
Przede wszystkim aktualnie doświadczamy niepokoju. Jest on ciekawym połączeniem lęku i wyobraźni, które sprawia, że choć nie wiemy, co się zdarzy i kiedy, to w poczuciu osoby przepełnionej niepokojem scenariusz na pewno będzie czarny. To wyobrażenie napędza lęk i tworzy się sprzężenie zwrotne. Jesteśmy krusi w przeżywaniu lęku, mało odporni na radzenie sobie z nim. Nie umiemy go akceptować i z nim żyć. A nasza cywilizacja napęd...

Pozostałe 80% artykułu dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.



POLECAMY

Przypisy