Dołącz do czytelników
Brak wyników

Zdrowie i choroby , Laboratorium

11 lipca 2016

Skalpelem i słowem 

0 477

Psychiatria przeszła długą drogę - od zakuwania chorych w kajdany i egzorcyzmów, poprzez odcinanie płatów czołowych, po elektrody w mózgu i leczenie słowem. Słowem, które zostawia w mózgu ślad równie trwały jak nóż.

Na świecie żyją miliony ludzi z zaburzeniami psychicznymi. Według statystyk WHO cierpi na nie około 450 milionów ludzi. Zdarza się, że dotykają ludzi wybitnych, twórczych. Ernest Hemingway cierpiał na chorobę afektywną dwubiegunową. W momentach chorobliwie obniżonego nastroju kilka razy próbował popełnić samobójstwo, w końcu – skutecznie. Ale zanim to się stało, napisał wiele znakomitych powieści, zdobył literacką Nagrodę Nobla. Abraham Lincoln przez wiele lat chorował na depresję. Nie przeszkodziło mu to być jednym z najwybitniejszych prezydentów amerykańskich.

Cena za złożoność
Ludzie od tysięcy lat cierpieli i nadal cierpią na zaburzenia psychiczne. Skoro choroby psychiczne nie zostały wyeliminowane w naturalnym biegu ewolucji, to być może niekiedy służą one przetrwaniu, zwiększają nasze szanse w walce o byt. Takiego zdania był wybitny, nieżyjący już krakowski psychiatra Eugeniusz Brzezicki. W swojej pracy Schizophrenia paradoxalis socialiter fausta wskazywał na społecznie korzystne skutki pewnych zachowań związanych ze schizofrenią. Antoni Kępiński w
Rytmie życia pisze: „W olśnieniu schizofrenicznym chory nagle widzi sens włas[-]nego życia i (...) poświęca wszystkie myśli dla stworzenia wielkiego dzieła swego życia, np. charytatywnego, jak brat Albert, artystycznego, jak Strindberg, Monsiel, lub filozoficznego, jak przypuszczalnie Comte”. Być może pewne cechy z początku choroby psychicznej, na przykład łagodny stan manii, ułatwiają nam karierę i sukces reprodukcyjny.

A może zaburzenia są ceną, jaką ludzkość płaci za złożoność umysłu... Świadoma aktywność psychiczna jest naszą największą zdobyczą. A funkcjonuje dzięki wytworzonej przez miliony lat ewolucji skomplikowanej strukturze, jaką jest nasz mózg. Około stu miliardów precyzyjnie rozmieszczonych komórek nerwowych, wspieranych przez osiem razy tyle komórek glejowych, tworzy między sobą setki bilionów połączeń (szacunki dla samej kory mózgowej wahają się między 60 a 240 x 1012). Ten złożony system odżywiany jest dziesięciokrotnie silniej niż reszta ciała: krew przepływa przez mózg z szybkością 750–1000 ml na minutę przez system naczyń krwionośnych, którego łączna długość szacowana jest na 160 tysięcy kilometrów!

Nic dziwnego, że ten złożony i pracujący non stop system – działalność mózgu nie ustaje ani na chwilę aż do końca życia – może czasem ulegać uszkodzeniom. Chociaż istnieją mechanizmy naprawcze: uszkodzone wypustki nerwowe odrastają, w formacji hipokampa tworzą się nowe neurony z komórek macierzystych, to czasami nie są w stanie usunąć tych uszkodzeń. Tymczasem one wpływają na sposób interakcji mózgu z otoczeniem, dalej – na ludzkie zachowanie. Ich efektem są m.in. zaburzenia psychiczne, określane – dawniej nagminnie, dziś coraz rzadziej – jako choroby umysłowe.

Co jest normalne?
Granica między normą a zaburzeniem psychicznym bywa płynna i zależy od lokalnych norm kulturowych. To one decydują w dużym stopniu, czy jeszcze jesteśmy uważani za zdrowych psychicznie, czy już uznaje się nas za chorych. Wystarczy zauważyć, jak duże różnice w częstości zaburzeń występują pomiędzy różnymi rejonami świata, a nawet krajami. I tak w USA ocenia się, że co czwarta osoba (25 proc.) ujawnia jakieś zaburzenia psychiczne, a na poważne zaburzenia cierpi około 8 proc. społeczeństwa. Najczęściej rozpoznaje się tam fobie (7,8 proc. populacji), alkoholizm (5,2 proc.) i depresję (5,1 proc.). Czy to efekt życia w kraju wysoko uprzemysłowionym?

Niekoniecznie, gdyż drugie miejsce w tym rankingu zajmuje Ukraina, gdzie zaburzenia występują u co piątej osoby (20 proc. populacji), a u 5 proc. są to poważne problemy psychiczne. Natomiast w Niemczech, Hiszpanii, Włoszech czy Japonii, a także w Pekinie (traktowanym jako osobny region), zaburzenia psychiczne dotykają zaledwie co dziesiątą osobę (8–10 proc.), a poważne schorzenia diagnozuje się u mniej niż 2 proc. populacji. Można się spierać, czy za powyższe różnice odpowiadają warunki życia, czy zasady diagnozowania choroby psychicznej. Wiele zachowań nie pasuje do obowiązującej na danym terenie normy kulturowej, ale nie każde jest traktowane jako zaburzenie psychiczne. Dopiero wtedy, gdy czyjeś zachowanie szkodzi osobie i ludziom wokół, gdy rodzi cierpienie, uważamy, że jest spowodowane chorobą umysłową. I próbujemy je leczyć.

Od kajdan po słowo
Tak było od początków cywilizacji – chory umysł usiłowano leczyć. Stosowano przy tym rozmaite wymyślne, często nieracjonalne sposoby, m.in. trepanację czaszki, egzorcyzmy. Chorych trzymano w klatkach lub kajdanach, bito, palono, kastrowano, dokonywano im transfuzji krwi zwierzęcej. Od końca XIX wieku zaczęto stosować pierwsze leki psychiatryczne, zwłaszcza uspokajające barbiturany. Wprawdzie ułatwiały one postępowanie z pobudzonymi pacjentami psychiatrycznymi, ale nie leczyły.

Z braku skutecznych terapii „materialnych” sięgnięto – głównie za sprawą Zygmunta Freuda – po psychoterapię, czyli leczenie słowem. Dość szybko powstały nowe nurty i szkoły terapeutyczne, których skuteczności nie można było zweryfikować. To jest właśnie słabość psychoterapii – nie jest ona dziedziną naukową w sensie popperowskim. W odróżnieniu od nauk ścisłych, wielu twierdzeń różnych szkół psychoterapeutycznych nie sposób sfalsyfikować, to znaczy nie można wymyślić testu, który sprawdziłby ich prawdziwość. Nie oznacza to, że w wielu wypadkach psychoterapia nie jest pomocna i skuteczna. Ale... Neurobiologowie niejednokrotnie argumentowali, że psychoterapia to nic innego jak efekt placebo...

Nieśmiało zaczęły się kształtować poglądy, że umysł ma swoje korzenie biologiczne. W końcu XIX wieku szwajcarski psychiatra Gottlieb Burckhardt jako pierwszy spróbował leczyć schizofrenię chirurgicznie, dokonując topektomii – usunięcia określonych, niewielkich fragmentów czołowej kory mózgowej. Jego eksperymenty zgodnie potępili inni lekarze i, po sześciu niezbyt udanych operacjach, Burck[-]hardt wycofał się z doświadczeń. Inną metodą biologiczną była terapia snem. Po raz pierwszy zastosował ją w 1920 roku w Zurychu Jakob Klaesi. Możliwa była dzięki wynalezieniu silnego środka hipnotycznego; wprowadzenie tej metody nie miało podstaw teoretycznych.

Potrząsnąć umysłem
Na początku XX stulecia psychoterapia – z braku poważnej konkurencji – miała pozycję dominującą. Pod koniec lat 30. zaczęło się to zmieniać: pojawiły się pierwsze biologiczne terapie chorób duszy. Oparte były na wywoływaniu drgawek. Od dawna obserwowano, że schizofrenicy rzadko cierpią na padaczkę, a epileptycy zazwyczaj nie popadają w psychozę. Początki terapii drgawkowej sięgają czasów Paracelsusa, stosującego kamforę.

Drgawki wywołane kamforą w leczeniu psychoz stosowano w Anglii, Austrii i Niemczech już w końcu XVIII wieku, ale do nowoczesnej psychiatrii wprowadził je w 1934 roku budapeszteński psychiatra Ladislas von Meduna. Wywoływał je kamforą i kardiazolem. Nieco wcześniej, w 1933 roku, amerykański neurofizjolog i psychiatra polskiego pochodzenia, Manfred Joshua Sakel, wprowadził drgawki insulinowe do leczenia schizofrenii.

Zachęcony korzystnymi wynikami wywoływania drgawek insulinowych i kardiazolowych, włoski psychiatra Ugo Cerletti zastosował znacznie bezpieczniejsze drgawki elektryczne – elektrowstrząsy. W 1938 roku po raz pierwszy leczył w ten sposób pacjenta z nasilonymi objawami schizofrenii. Kuracja okazała się zaskakująco skuteczna, więc później zaczęto wykorzystywać ją także w leczeniu depresji. W nieco zmienionej postaci jest stosowana do dziś....

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy