Dołącz do czytelników
Brak wyników

Otwarty dostęp

17 maja 2021

Same piękne rzeczy – przeczytaj fragment książki!

90

„To była szczególnego rodzaju pustka odczuwana w dzieciństwie – i wciąż jest to szczególna pustka. Ten rodzaj niepewności jest niemal powszechny wśród osób zmagających się z prawdziwym problemem uzależnienia – poczucie bycia samotnym w tłumie” - pisze Hunter Biden - syn prezydenta Stanów Zjednoczonych Joe Bidena - w poruszających wspomnieniach o nałogach, stracie i przetrwaniu. Prezentujemy fragment książki.

Mam pewien pojedynczy przebłysk pamięci z najwcześniejszego i najbardziej znaczącego momentu mojego życia. Nie jestem pewny, w jak dużej części składa się on z opowieści rodzinnych i relacji prasowych, które zasłyszałem bądź przeczytałem w późniejszych latach, a w jakiej stanowi rzeczywisty zapis wypartego wydarzenia, które w końcu ożyło w świadomości.
Niemniej jest to całkiem żywe wspomnienie.
18 grudnia 1972 roku. Mój tata właśnie wygrał wyścig o mandat młodszego senatora1 Stanów Zjednoczonych z Delaware – trzy tygodnie wcześniej skończył trzydzieści lat, ledwie przekraczając wymaganą granicę wieku dla senatora (przysięgę złożył w styczniu). Przebywał w Waszyngtonie, gdyż tego dnia miał odbyć rozmowy z kandydatami na członków personelu swojego nowego gabinetu. Moja matka Neilia, piękna i mądra kobieta, również zaledwie trzydziestoletnia, zabrała mnie, mojego starszego brata Beau i naszą maleńką siostrzyczkę Naomi, by nieopodal naszego domu w Wilmington, który nieustannie domagał się remontu, kupić bożonarodzeniową choinkę.
Beau miał prawie cztery lata. Ja miałem prawie trzy. Przyszliśmy na świat w odstępie roku i jednego dnia – byliśmy niemal „irlandzkimi bliźniętami”.
To, co się potem wydarzyło, zapisało się w moim umyśle następująco.
Siedzę na tylnym siedzeniu naszego przestronnego chevroleta kombi, za mamą, która kierowała autem. Beau znajduje się razem ze mną na tylnej kanapie, za Naomi, którą obaj nazywaliśmy Caspy – była blada, pulchna i zdawało się, iż trzynaście miesięcy wcześniej pojawiła się w naszej rodzinie znikąd. To przezwisko pochodziło od jednej z naszych ulubionych postaci z kreskówek – przyjaznego duszka Caspera. Naomi smacznie śpi w fotelu pasażera obok mamy, otulona kocykiem w koszyku dla dzieci. Nagle widzę, jak głowa mamy obraca się w prawo. Nie pamiętam nic więcej z jej wyglądu: spojrzenie oczu, wyraz malujący się na ustach. Jej głowa po prostu się zakołysała. W tej samej chwili mój brat rzuca się – lub raczej zostaje rzucony – prosto na mnie.
To wszystko. Dzieje się to błyskawicznie, konwulsyjnie, chaotycznie: gdy nasza mama powoli wjeżdżała samochodem na czteropasmowe skrzyżowanie, nasze auto zostało uderzone z boku przez ciężarówkę z przyczepą przewożącą kolby kukurydzy.
Mama i siostrzyczka zginęły niemal na miejscu. Beau został wydobyty z wraku ze złamaną nogą i licznymi drobniejszymi urazami. Ja doznałem poważnego pęknięcia czaszki.
Następna rzecz, jaką pamiętam, to przebudzenie w szpitalu, gdzie Beau leżał w łóżku obok, obandażowany i na wyciągu, wyglądał, jakby został pokiereszowany w jakieś solidnej bójce na podwórku. Powtarzał w kółko te same słowa:
– Kocham cię. Kocham cię. Kocham cię.
To był prawdziwy początek naszej wspólnej historii. Beau stał się moim najlepszym przyjacielem, moją bratnią duszą i gwiazdą przewodnią praktycznie od pierwszych świadomych chwil życia.
Trzy tygodnie później w naszej szpitalnej sali tata został zaprzysiężony na senatora.

(…)
 

Beau i ja nigdy tak naprawdę nie opłakiwaliśmy straty naszej matki i młodszej siostry.
Nigdy nie myśleliśmy, że jest to coś, co musimy opłakiwać.
Oczywiście po części wynikało to z naszego młodego wieku. Ale przede wszystkim było tak dlatego, że nasz ojciec tak dzielnie gromadził wokół nas rodzinę, by otoczyć nas niezmąconą miłością.
Beau i ja często o tym rozmawialiśmy, gdy dorośliśmy – o tym, że mimo tragedii byliśmy szczęściarzami. Praktycznie wstydziliśmy się przyznać do jakiegokolwiek smutku, jaki mogliśmy odczuwać, ponieważ byliśmy tak bardzo otuleni miłością w objęciach rodziny. Mówienie, że tęskniliśmy za mamą, wydawało nam się niemal zdradą, zwłaszcza gdy niedługo po tym, jak opuściliśmy szpital, wprowadziła się do nas siostra mojego taty, ciocia Val, która nie tylko dbała o nasze codzienne potrzeby, ale także była tak ciepła i czuła, jak może być tylko matka. Brat mojego taty, wujek Jimmy, zamienił nasz garaż na mieszkanie, dzięki czemu mógł być stale obecny w naszym życiu. Opiekowało się nami również wielu innych wujków i wiele ciotek, a także nasi dziadkowie – wciąż pamiętam, jak moja babcia poprawiała mi humor, po prostu głaszcząc delikatnie dłonią moją twarz, albo jak drapała mnie po plecach, gdy leżałem w łóżku, albo jak podgrzewała mi miskę domowej zupy warzywnej z wołowiną.
Chyba nigdy w pełni nie pogodziłem się z brutalnością tamtego wypadku, niezależnie od tego, czy przywoływałem go w mojej pamięci jako rzeczywiste wspomnienie, czy też pozostawało ono ukryte w mojej podświadomości. Faktem jest, że to prawda: to się wydarzyło, a Beau i ja tam byliśmy.
Jedno z pytań, jakich nigdy sobie wzajemnie nie zadawaliśmy, brzmiało: „Co pamiętasz?”. Nie wiem, dlaczego. Nie wiem, czy któremuś z nas w ogóle przyszło do głowy, żeby o to zapytać.
Myślę, że obaj w podobny sposób przyjęliśmy tamten dzień i jego następstwa, ale u każdego z nas skutki objawiły się inaczej. Naprawdę wierzę, że ta trauma i stres przyczyniły się do powstania problemów zdrowotnych mojego brata. Więził w sobie tak wiele emocji, że nie mogę oprzeć się przekonaniu, iż w końcu odbiło się to na nim, bez względu na to, jak pozytywnie zapatrywał się na różne sprawy.
Jeśli chodzi o mnie, to chcę, żeby było jasne: nie uważam, że to tamten tragiczny moment musiał doprowadzić mnie do zachowań, które przyczyniły się do uzależnienia. Byłoby to pójście na łatwiznę. Natomiast lepiej rozumiem, dlaczego czasami czuję się tak, jak się czuję, skąd bierze się niepokój, jakiego doświadczam w najbardziej nieodpowiednich momentach, zwłaszcza w otoczeniu innych ludzi – na spotkaniach towarzyskich, w trakcie wypełniania obowiązków politycznych, podczas przypadkowych spotkań w szkole, na lotnisku czy podczas jakiegoś zebrania. To była szczególnego rodzaju pustka odczuwana w dzieciństwie – i wciąż jest to szczególna pustka. Ten rodzaj niepewności jest niemal powszechny wśród osób zmagających się z prawdziwym problemem uzależnienia – poczucie bycia samotnym w tłumie.
Ja zawsze czułem się samotny w tłumie.
Jednak, mimo że nie rozmawialiśmy o tym jako dzieci, byłem całkowicie świadomy śmierci mojej mamy – i w pełni świadomy jej nieobecności. Uwielbiałam słuchać opowieści krewnych o mamie, trzymając się kurczowo ich wspomnień o tym, jak bardzo była wyjątkowa, dzielna, współczująca. Opisywali mi ją jako kobietę mądrą, zdecydowaną, piękną. Najczęściej słyszałem określenie „elegancka”, które odnosiło się zarówno do jej zachowania, jak i wyglądu fizycznego. Sprawiała wrażenie osoby mającej cechy wręcz królewskie, a jednocześnie wyjątkowo przystępnej. Była lojalna niemal do przesady, sama w sobie była znakomitym politykiem i stała się siłą sprawczą, która niezawodnie przyczyniła się do tego, że tata zyskał wysoką pozycję w Waszyngtonie w nad wyraz młodym wieku dwudziestu dziewięciu lat.
Natomiast nie uświadamiałem sobie tego, w jak dużym stopniu jej strata stanowiła brakujący element rodzinnej układanki. Wprawdzie tę pustkę wypełniło coś wyjątkowego, jednak była to strata niepowetowana. Tak jakby ktoś wyrwał fragment obrazu i zastąpił go piękną podobizną. Nasza rodzina pozostała piękną, choć zmienioną kompozycją, która zrodziła się z tragedii i została przemieniona przez przemożne pragnienie, by dopilnować, żebyśmy Beau i ja mieli się dobrze. Jednak dla mnie ten oryginalny element zawsze był nieobecny, na zawsze utracony.
Kiedy nasz tata ożenił się ponownie pięć lat po „wypadku”, jak nazywaliśmy to tragiczne zdarzenie, zapewnił nam opiekę w postaci przybranej mamy, która jest z nami do dziś. („Kiedy «my» się pobierzemy?” – Beau i ja zadręczaliśmy tatę, nieustannie zachęcając go do oświadczyn). Nauczycielka licealna z Willow Grove w Pensylwanii, Jill Biden, wykonała wspaniałą pracę, przejmując rolę naszej mamy – na oczach opinii publicznej, która się temu przyglądała. Uważam ją za moją matkę w pełnym tego słowa znaczeniu.
Wciąż jednak tęskniłem za tym, co utraciliśmy, nawet jeśli nie mogłem sobie tego do końca przypomnieć.
Ponad czterdzieści lat zajęło mi uznanie tej pierwotnej straty, zajęcie się tą pierwotną traumą, rozpoznanie pierwotnego bólu. I tyle czasu zajęło mi zrozumienie, że takie postępowanie nie jest zdradą wobec tych, którzy starali się z całych sił uchronić Beau i mnie przed najgorszym.

POLECAMY

Fragment pochodzi z książki „Same piękne rzeczy” Huntera Bidena, która wlaśnie ukazała się nakładem Wydawnictwa Agora.

 

  1. W amerykańskim systemie politycznym i w mediach stosuje się określenia „starszy senator” i „młodszy senator” odnoszące się do porządku starszeństwa – każdy stan ma dwa miejsca w Senacie, a ten senator z danego stanu, który dłużej pełni funkcję, jest nazywany starszym. Choć nie jest to oficjalne nazewnictwo, ze starszeństwem związane są pewne konkretne przywileje, takie jak pierwszeństwo w wyborze do komisji senackich (przyp. tłum.).

Przypisy