Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat , Ja i mój rozwój

17 czerwca 2016

Pułapki na szczęście

100

Rynek szczęścia jest największym i najbardziej obiecującym na przyszłość rynkiem na świecie. Miliardy ludzi codziennie usiłują szczęście zdobyć, podarować, sprzedać, czy nawet ukraść. Każdy z nich zastawia na szczęście pułapki. Bardzo wielu w nie wpada.

To był najgorszy dzień w jego życiu. Michael Gates Gale dobrze pamięta smak kawy, którą wtedy zamówił w sieciowej kawiarni na Manhattanie. Latte – ostatni luksus, na jaki było go stać. Siedział przy małym stoliku, w eleganckim garniturze – pozostałości świetnych czasów, sączył kawę i zastanawiał się nad swoim nieszczęściem...
Syn słynnego nowojorskiego publicysty, wychowany w 25-pokojowej rezydencji, po prestiżowych studiach, posada dyrektora kreatywnego wielkiej korporacji, sześciocyfrowe dochody, piękny dom na przedmieściach, rodzina. Słowem – urodzony pod szczęśliwą gwiazdą. Przed sześćdziesiątką jednak stracił wszystko: z pracy wygryz[-]ły go „młode wilki”, żona odeszła, gdy dowiedziała się o jego romansie, zdiagnozowano u niego wolno rosnący guz mózgu, stracił polisę ubezpieczeniową... Tego dnia w kawiarni myślał, że z samego szczytu spadł pod wóz i właśnie rozjeżdżają go rozpędzone koła.

Jedna rozmowa zmieniła wszystko. Kierowniczka kawiarni w żartach zaproponowała mu pracę. Gale nie miał nic do stracenia, więc markowy garnitur zmienił na firmowy fartuch, by serwować klientom kawę. Dziś mówi, że smak szczęścia poznał dopiero wtedy, gdy wydawało mu się, że stracił je bezpowrotnie i zastanawiał się, po co właściwie jeszcze żyć. Sens i ochotę do życia odzyskał, gdy uzmysłowił sobie, że jeszcze może być szczęśliwy.

Dążenie do szczęścia jest dla człowieka czymś naturalnym, obligatoryjnym wręcz – uważa Nancy Etcoff, psycholog z Uniwersytetu Harvarda. „Człowiek pragnie być szczęśliwy i nie może pragnąć czegoś przeciwnego. Jesteśmy zaprogramowani, by dążyć do szczęścia, nie tylko by się nim cieszyć, ale by pragnąć go coraz więcej” – mówi w wykładzie wygłoszonym dla platformy internetowej TED. Badaczka przekonuje, że ludzie są urodzonymi poszukiwaczami szczęścia – a już na pewno przyjemnych bodźców, które często są traktowane jako synonim szczęścia. Etcoff wylicza: już niemowlęta uwielbiają słodki smak, a nie znoszą gorzkiego; wolą dotykać gładkich powierzchni niż nierównych; wolą przyglądać się ładnym twarzom niż nieatrakcyjnym; wolą harmonijne melodie od tych pełnych dysonansów.

Pragnienie szczęścia jest w nas głęboko zakorzenione. Ewolucjoniści stwierdzą pewnie, że ukształtowało je tysiące lat ewolucji, w trakcie której naszych przodków fizycznie eliminował brak szczęścia, wywołany chorobami, wypadkami, głodem, wojnami. Pogoń za szczęściem jest w takim wypadku – jak pisze w książce Płynny lęk Zygmunt Bauman, polski socjolog i filozof – podszyta lękiem przed bólem fizycznym i psychicznym, przed światem zewnętrznym, przed rozkładem ciała i śmiercią. Właśnie lęk jest przyczyną, że tak łatwo poddajemy się temu, co inny filozof, profesor Zbigniew Mikołejko, nazywa współczesną dyktaturą szczęścia. To lęk powoduje, że bez refleksji jako oczywiste przyjmujemy wszelkie recepty na bycie szczęśliwymi, bezkrytycznie wpasowujemy się w nowe wzorce. Lęk przed nieszczęściem powoduje, że całkowicie daliśmy się uwieść pogoni za szczęściem. Że wciąż, za wszelką cenę, go szukamy.

Wewnątrz, czyli na zewnątrz

Dróg wiodących do szczęścia jest dużo, jednak zasadniczo dzielą się one na dwa tropy. Pierwszy zakłada, że nasze szczęście jest wyznaczone czynnikami wewnętrznymi, mamy je dane razem z genami i cechami osobowości. To one, np. pewien poziom optymizmu, ekstrawersji, samoocena, poczucie kontroli, odpowiadają za to, czy i na ile jesteśmy szczęśliwi. Twoje życie jest na tyle szczęśliwe, na ile ty sam jesteś szczęśliwy.

Takie postawienie sprawy stwarza w pogoni za szczęściem problem. Jeśli masz genetyczno-osobowościowe predyspozycje do szczęścia, to będziesz szczęśliwy, nawet wiodąc życie na pozór szare i beznadziejne. Ale jeśli przypadł ci gen marudności, trudno będzie złapać szczęście. Możesz oczywiście próbować samorozwoju i różnych sztuczek. Trudne to i żmudne, a według skrajnie deterministycznego poglądu – bezcelowe. Szczęścia będzie w tobie tyle samo przez całe życie.

Podobno jednak ludzie rozmyślając o istocie rzeczy, mają tendencję do kierowania swojej uwagi do środka, do wewnątrz, lekceważąc to, co jest zewnętrzne. „Brytyjski filozof Allan Watss podczas jednego ze swoich wykładów na temat filozofii Wschodu użył następującej analogii: Jeśli narysuję okrąg, większość osób zapytanych o to, co widzi, odpowie, że narysowałem okrąg, koło lub piłkę” – czytamy w książce Geografia szczęścia Erica Weinera.

„Mało kto powie, że narysowałem dziurę w ścianie, gdyż większość myśli najpierw o tym, co wewnątrz, a nie o tym, co jest na zewnątrz. Jednak w rzeczywistości obie te strony są ze sobą połączone”. Są połączone. Nie ma co na siłę szukać szczęścia w sobie, gdy zewnętrzne okoliczności szczęściu wybitnie nie sprzyjają. Zewnętrzne okoliczności mogą przeszkadzać w dążeniu do szczęścia, ale mogą w tym też pomagać.

Naukowcy przychylają się obecnie do tezy, że szczęście w 50 procentach zależy od naszego wnętrza, a w 50 procentach od tego, co na zewnątrz. A zatem teoretycznie połowa szans na znalezienie szczęścia znajduje się poza nami. To, na ile jesteśmy szczęśliwi, zależy od tego, jak szczęśliwe jest nasze życie, ile szczęścia dają nam jego elementy. Pozostańmy w nurcie tej hedonistycznej koncepcji szczęścia. Utwórzmy sobie roboczy katalog rzeczy, spraw czy idei, które w powszechnym mniemaniu mogą nas przybliżyć do szczęścia.

Załóżmy, że zawiera on:
1. miejsce zamieszkania,
2. pieniądze-bogactwo,
3. sukces zawodowy,
4. sławę, władzę, status społeczny,
5. seks, miłość, dzieci i rodzinę,
6. zdrowie, pogoda ducha,
7. długie życie,
8. spokój wynikający z wiary w Boga.

Katalog jest oczywiście niepełny, płytki – większość z jego kategorii usłyszeć można u cioci na imieninach, gdy goście składają życzenia... Co na to psychologowie – czy to, czego życzymy sobie i innym, rzeczywiście przynosi szczęście?

1. Raj raczej chłodny
Najpiękniejsze miejsce na ziemi? Wyspy na Pacyfiku, koralowe atole z soczyście zielonymi palmami. Biel i błękit greckich miasteczek, terakota włoskich uliczek... Czyste niebo, wieczne lato. Tak, wedle popularnych wyobrażeń, wygląda raj na ziemi. Czy da nam szczęście?
Niekoniecznie. Według badań mieszkańcy koralowych atoli wcale nie należą do najszczęśliwszych ludzi na ziemi. Ci, którzy mieszkają w umiarkowanie ciepłym klimacie, nie są wcale szczęśliwsi od tych, którzy zmagają się z nieprzyjazną przyrodą. Jest wręcz odwrotnie. Ruut Venhooven, założyciel działającej od 25 lat Światowej Bazy Danych o Szczęściu, twierdzi, że najszczęśliwsze kraje leżą na północy.
W rankingach szczęścia niezmiennie zwyciężają Dania i Duńczycy, na kolejnych miejscach plasują się mieszkańcy Szwecji, Norwegii, Finlandii, Kanady, a nawet Islandii – krajów, gdzie słońce świeci krótko i słabo, a zimą zachodzi na wiele tygodni. Najpotężniejszy kraj na świecie – USA – plasuje się wokół 20 miejsca, a Polska w 2011 roku była na miejscu 59 (na 149 krajów). Natomiast na ostatnich miejscach rankingu, jak pokazuje Eurobarometr, są Bułgarzy oraz Grecy i Portugalczycy – zamieszkujący najciep[-]lejsze krańce Europy.
Szczęśliwi ludzie północy? Zdaniem prof. Dariusza Dolińskiego właśnie specyfika surowej północy sprawiła, że jest tam mało pesymistów, bo tacy długo w takich warunkach nie wytrzymywali, nie doczekali się potomstwa, ich geny nie przetrwały.
Kraje najlepiej wypadające w rankingach szczęścia to zarazem kraje zamożne, o wysokiej stopie życia obywateli i sprawnie funkcjonującym systemie socjalnym.

2. Pieniądze szczęścia nie dają... bogatym
Pewnego razu na Krecie u właściciela jednego z najwspanialszych hoteli nad morzem zjawił się jegomość z Rosji. Oświadczył, że za kilka dni przyjeżdża jego szef miliarder i trzeba dla niego przygotować miejsce. „Morze musi mieć odcień bardziej zielonkawy, piasek ma mieć kolor złoty, wokół powinny rosnąć fioletowe palmy, a między palmami mają chodzić flamingi”, wyjaśnił. „Wie pan, ile to będzie kosztowało?”, zapytał właściciel. „Pieniądze nie odgrywają roli”, odpowiedział jegomość. Za kilka dni miliarder siedzi nad brzegiem morza, popijając whisky. Piasek mieni się złotem, morze jest zielonkawe, palmy fioletowe, a flamingi szaleją w krzakach. „Popatrz, Kola”, mówi szczęśliwy miliarder do jegomościa, „czy za jakiekolwiek pieniądze można takie piękno kupić?”. To jedna z anegdot Aloszy Awdiejewa. Czy rzeczywiście za pieniądze da się kupić szczęście?

Komu z nas wśród codziennej pogoni nie zdarzyło się prosić Fortuny o dar w postaci wygranej na loterii? Kto z nas nie marzył, że dzięki wygranej w Lotto spłaci jednego dnia wszystkie długi, porzuci nużące obowiązki i zacznie żyć szczęśliwie? A jednak taka wygrana może być pułapką.

Pod koniec września w maleńkim Bolimowie koło Skierniewic padła w Lotto wygrana – 29 i pół miliona złotych. Dwudziestoletnia bolimowianka ogłosiła na Facebooku, że to ona wytypowała zwycięską szóstkę. Wpis został szybko usunięty, a jednak... Życie zwyciężczyni i jej rodziny stanęło na głowie. Zamknęli się w domu. Po tygodniu od losowania nie podjęli pieniędzy, a dziennikarce powiedzieli, że to nie oni są zwycięzcami. Wizja bycia milionerami przeraziła ich. Po pieniądze do dziś nikt się nie zgłosił. Być może słusznie. Ponad 10 lat temu Stephen Goldbart i Joan DiFuria, psychologowie z Money, Meaning and Choices Institute w Berkeley, opisali syndrom nagłego bogactwa (Sudden Wealth Syndrome). Według naukowców ci, którzy nieoczekiwanie stają się bogaci, mają problemy z dostosowaniem się do nowej sytuacji, cierpią na bezsenność i depresję, mają poczucie nieadekwatności społecznej, a poczucie zagubienia i winy prowadzi ich do zachowań autodestrukcyjnych. Niezapracowane pieniądze szybko się rozchodzą. Co zostaje?

W latach 70. Philip Brickman z Northwestern University dotarł do 20 osób, które rok wcześniej wygrały w loteriach losowych od 50 tysięcy do miliona dolarów, oraz do ludzi, którzy zostali w wyniku wypadku inwalidami. Okazało się, że rok po wygranej (i po wypadku) ich poziom szczęścia był zasadniczo taki sam jak przed szczęśliwym (pechowym) incydentem. Na tej podstawie ukuto tezę o „kieracie szczęścia”, zgodnie z którą żadne zdarzenie, nawet wygranie fortuny, nie poprawia w dłuższej perspektywie poziomu ludzkiego szczęścia. „Hedoniczny młyn” po pewnym czasie ściera na proch pozostałości i szczęśliwych, i nieszczęśliwych wydarzeń.
Wzrost zamożności daje szczęście tylko tym, którzy są najbiedniejsi. Po osiągnięciu około 10–15 tysięcy dolarów rocznego dochodu, dalszy przyrost zarobków nie czyni nas szczęśliwszymi. Bogacze wcale nie są dużo szczęśliwsi niż ludzie o przeciętnych dochodach (stwierdzili to w 1985 roku, po przebadaniu 49 spośród 100 najbogatszych Amerykanów z listy „Forbesa”, psychologowie Edward Diener, Jeff Horwitz i Robert Emmons); poziom szczęścia w USA od lat 50., mimo znacznego wzrostu dochodów Amerykanów, praktycznie stoi w miejscu (tzw. paradoks Esterlinga); rozkład światowego szczęścia nie pokrywa się z rozkładem bogactwa. Daniel Kahneman, psycholog i laureat Nagrody Nobla z ekonomii, twierdzi wręcz, że przystosowujemy się do swojego poziomu zamożności, tak jak więźniowie przyzwyczajają się do życia w areszcie.

Badania dowodzą, że nie tyle pieniądze dają szczęście, co szczęście rodzi pieniądze. Jak twierdzą psychologowie pozytywni Edward Diener i Martin Seligman, ludzie szczęśliwi mają wyższe dochody. Ustalili oni, że zadowoleni studenci pierwszego roku 19 lat później zarabiają więcej. A ci, którzy mają pieniądze, mogą dla swego szczęścia zrobić jedno: wydać je na innych. Michael Norton, psycholog i wykładowca marketingu z Har[-]vard Business School, opisuje eksperyment, w którym studentom z jednej grupy polecono wydać pieniądze na siebie, a z drugiej – na kogoś innego. Ci drudzy byli znacznie szczęśliwsi. „Dawanie pieniędzy uszczęśliwia”, przekonuje Michael Norton.

3. Na fali do pracy
Są tacy, którzy marzą o byciu rentierem. Nic nie musieć robić, a mieć z czego żyć. To kolejna pułapka. Podwójna. Życie rentiera jest nudne, twierdzi Ruut Vennhoven, za to praca daje wiele satysfakcji. Nie można być szczęśliwym, leżąc całymi dniami na kanapie.

Martin Seligman widzi trzy zasadnicze, niewykluczające się drogi wiodące do szczęścia. Pierwsza polega na poszukiwaniu i przeżywaniu pozytywnych emocji, delektowaniu się nimi, rozciąganiu ich w czasie i przestrzeni. Problem w tym, że do miłych emocji przyzwyczajamy się, z czasem smakują nam coraz mniej, aż tracą smak.
Dwie pozostałe drogi są bardziej niezawodne. To życie pełne znaczenia, w którym wykorzystujemy swoje zalety, pokonujemy swe ograniczenia, służąc nie tylko sobie. To wreszcie życie z pasją. W wykładzie dla TED Seligman opowiada o swoim przyjacielu: Len to introwertyk, któremu kiepsko układa się z kobietami. Jest dla nich za nudny, zbyt smutny. Ale Len nie jest wcale nieszczęśliwy. Wręcz przeciwnie. Jego życiem rządzą pasje. Zanim skończył 25 lat, już kierował firmą maklerską i był multimilionerem. „Len, tak jak większość z was, jest zdolny do przeżywania flow – przepływu” mówi Martin Seligman. „Kiedy wchodzi na parkiet amerykańskiej giełdy o 9.30 rano, dla niego czas staje. I stoi aż do dzwonu kończącego sesję”.

Flow – przepływ, fala – to pojęcie wprowadzone przez amerykańskiego psychologa Mihályego Csíkszentmihályiego. Stan ten sprawia, że nawet długotrwałe, z pozoru nużące czynności wykonywane są jakby w natchnieniu, w stanie ekscytacji, bez zmęczenia czy zniechęcenia porażkami, krytycznymi opiniami i ocenami. Flow teoretycznie osiąg[-]nąć może każdy. W praktyce osiągają go nieliczni – według Heike Bruch z uniwersytetu w szwajcarskim St. Gallen – przeciętnie tylko 10 procent pracujących zawodowo. Za to dla co trzeciego pracownika, jak wykazuje Bruch, praca jest katorgą.

Dlaczego praca, która może dawać szczęście, odbiera je? I jak to zmienić? Trzeba przełamać kolejny mit. Praca jest często jedynie narzędziem – dzięki niej chcemy odnieść sukces, a ten uczyni nas szczęśliwymi. „To fałszywa recepta” – twierdzi Shawn Achor, związany z Uniwersytetem Harvarda psycholog pozytywny, autor książki The Happiness Advantage.

Sukcesy w pracy wcale nie dają nam szczęścia, bo automatycznie podnosimy poprzeczkę wyżej, wyznaczamy sobie kolejny cel. W ten sposób szczęście ląduje za horyzontem – ciągle je gonimy, a horyzont się oddala. Achor twierdzi, że najpierw trzeba dogonić szczęście, a dzięki temu łatwiej odniesiemy kolejny sukces. „Mózg bowiem korzysta z tak zwanej przewagi szczęścia” – tłumaczy. Według niego jeśli mamy pozytywne nastawienie, rośnie nasza inteligencja, twórczość i energia. Mózg staje się o 31 procent wydajniejszy. Źródłem tych przemian jest dopamina – neuroprzekaźnik uwalniany przy pozytywnych doświadczeniach, który sprawia, że jesteśmy szczęśliwsi, a zarazem uruchamia ośrodki uczenia się w mózgu, pozwala szybciej kojarzyć odległe rzeczy.

Potwierdzają to m.in. badania Julii K. Boehm i Sonji Lyubomirsky: szczęśliwi pracownicy osiągają większe sukcesy – te dają im satysfakcję, która przekłada się na kolejne sukcesy i wyższe zarobki, a one podnoszą poziom szczęścia. I tak nakręca się spirala szczęścia i zawodowych sukcesów w pracy.

4. Blask, który spala
Sukcesy prowadzą nas na szczyt sławy i podziwu. Wierzymy, że tam znajdziemy szczęście, które jest udziałem celebrytów i gwiazd. W 1953 roku amerykańscy neurologowie James Olds i Peter Milner odkryli w mózgu szczura ośrodek odpowiadający za odczuwanie przyjemności. Naukowcy umieścili tam elektrody, które stymulowały prądem, gdy szczur naciskał specjalną dźwignię. Wkrótce szczur nie robił nic innego tylko... naciskał. Przestało interesować go jedzenie, samice mizdrzące się do niego, przestał nawet spać. W końcu padł z wyczerpania.
Głód sukcesu i sławy jest nienasycony, wciąż potrzebuje pożywienia. To dlatego, że jego paliwem i równocześnie miarą są inni – ci, z którymi się porównujemy, i ci, którzy oceniają nasze dokonania. Niestety, współrzędne i wyznaczniki ciągle się zmieniają, oceny fluktuują, a z nimi nasze szczęście. Co więcej, uwikłanie się w grę „kto kogo” wcale nas do szczęścia nie zbliża, za to na pewno oddala od ludzi.
„W świecie zwierząt jest tylko jeden sposób na poprawę miejsca w hierarchii. To dominacja. Przewodzę dzięki sprawności fizycznej, podtrzymuję przywództwo, waląc pięściami w klatkę piersiową, a wy demonstrujecie gesty uległości. Ludzie podążają na szczyt zupełnie inną drogą, ścieżką prestiżu, który jest przyznawany w nieskrępowany sposób. Jeśli ktoś ma wiedzę i jest ekspertem w danej dziedzinie, zna się na rzeczy, przyznajemy mu określony status, dzięki któremu ludzie nie muszą być niżej w hierarchii” – mówi Nancy Etcoff.
Nie trzeba być na szczycie, aby być poważanym. Z badań Cameron Anderson z University of California w Berkeley wynika, że do bycia szczęśliwym nie jest potrzebny podziw milionów, wystarczy szacunek i docenienie przyjaciół i sąsiadów. Według niej na poczucie dobrostanu badanych najbardziej wpływało to, jak mocna i trwała była sieć społeczna, w której funkcjonowali.

5. Dziecko – szczepionką
Obserwując szczura naciskającego dźwigienkę, Olds i Milner wykazali m.in., jak wielką siłę motywacyjną ma odczuwanie przyjemności. Nieprzypadkowo seks – pozwalający przetrwać gatunkom – jest tak przyjemny. Bez tej rozkoszy ludzkość by wyginęła.
Z danych ze Światowej Bazy Szczęścia wynika, że ludzie często uprawiający seks są na ogół szczęśliwsi od abstynentów i tych, którzy robią „to” sporadycznie. Jaki jest jednak kierunek zależności? Czy częsty seks wpływa na poziom szczęścia, czy też ludzie szczęśliwsi częściej uprawiają seks? Na to pytanie nie ma jednoznacznej odpowiedzi.
Seks łączy, na dłużej bądź krócej, ludzi. Ci pozostający w stałych związkach są szczęśliwsi od żyjących samotnie; relacje z bliskimi zapewniają nam ponoć 10–15 p...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy