Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Laboratorium

4 lutego 2016

Posłuszny bez końca czyli autorytet wymaga, żebyś zabił człowieka

75

Posłuszeństwo jest cnotą, cenioną i nagradzaną. Szczególnie posłuszeństwo wobec autorytetów, takich jak np. naukowcy. Czy istnieją granice posłuszeństwa? Nie? Czy na pewno?

Charles Percy Snow, angielski pisarz i krytyk kultury, napisał: „Więcej ohydnych zbrodni popełniono w imię posłuszeństwa niż w imię buntu. Jeśli wątpisz, przeczytaj Williama Shirera Powstanie i upadek Trzeciej Rzeszy. Niemieccy oficerowie zostali wychowani w najbardziej rygorystycznym kodeksie (regule) posłuszeństwa. Dla nich nie istniało nic bardziej honorowego i bogobojnego niż posłuszeństwo. I w imię posłuszeństwa uczestniczyli w najbardziej niegodziwych działaniach w historii świata.” Może myślisz, że Niemcy byli szczególnymi ludźmi,
albo że w historii Rzeszy zaistniały specyficzne warunki? Ty nie skrzywdziłbyś niewinnej osoby. Nie wykonałbyś takiego polecenia. Może masz rację... a może bardzo się mylisz...

Proszę kontynuować
Oto przeczytałeś ogłoszenie, że profesor psychologii ze znanego uniwersytetu poszukuje chętnych do udziału w eksperymencie. Zaciekawiony, przybywasz pod wskazany adres. Okazuje się, że celem badania jest wyjaśnienie wpływu rosnących kar na efektywność zapamiętywania. Oprócz ciebie jest tam jeszcze jeden uczestnik eksperymentu. Ciągniecie losy. Tobie przypada rola nauczyciela, ten drugi ma być uczniem. On ma opanować pamięciowo długą listę par słów, a następnie odtworzyć je. Ty masz sprawdzić, czy mu się to udało. Jeśli popełni błąd, musisz go ukarać... wstrząsem elektrycznym. Do dłoni ucznia zostają przymocowane elektrody, podłączone do generatora prądu. Ubrany w biały fartuch eksperymentator demonstruje ci, jak działa urządzenie i puszcza prąd 45 V. Czujesz to, ale niezbyt boleśnie. Następnie przechodzisz do pomieszczenia obok. Ucznia słyszysz tylko przez głośnik. Przed sobą masz 30 przycisków generatora prądu, oznaczonych kolejno od 15 V aż do 450 V. Nad ostatnimi klawiszami widnieje napis: „niebezpieczny wstrząs”.

POLECAMY

Zaczyna się badanie. Odczytujesz pierwsze słowo, a uczeń ma podać skojarzone z nim drugie słowo z pary. Początkowo wszystko idzie dobrze. Wkrótce jednak uczeń popełnia błąd. Musisz go ukarać. Wciskasz pierwszy klawisz generatora, aplikując mu wstrząs o sile 15 woltów. Po kilku poprawnych odpowiedziach uczeń znów się myli. Zasada jest taka, że za każdy błąd uczeń jest karany impulsem o 15 woltów wyższym. Wciskasz więc klawisz 30 V. Niestety, w miarę trwania eksperymentu, uczeń myli się coraz częściej. I coraz bardziej cierpi. Przy 120 woltach narzeka, że go boli. Przy 150 woltach woła, by go uwolnić. Przy kolejnych uderzeniach prądem krzyczy, że ma chore serce. Wali w ścianę i błaga, by go uwolniono. Na wszystkie twoje wątpliwości eksperymentator reaguje tak samo. Mówi: „Proszę kontynuować”. Jeśli masz nadal wątpliwości, dodaje: „Eksperyment wymaga, żebyś to kontynuował”. Jeśli to nie wystarczy, eksperymentator stwierdza: „Jest absolutnie konieczne, żebyś kontynuował”. A na koniec dodaje: „Nie masz wyboru, musisz iść dalej”.

Uczeń tymczasem jęczy za każdym razem, gdy wciskasz kolejny przycisk generatora prądu. A co gorsza, w pewnym momencie – gdzieś przy 300 woltach – w ogóle przestaje reagować. Jesteś przerażony, ale eksperymentator spokojnie stwierdza, że brak reakcji ucznia należy traktować jak błąd. Radzi odczekać 10 sekund, a następnie poleca ci wcisnąć kolejny przycisk generatora. Na twoje obawy, czy uczniowi nic nie grozi, eksperymentator mówi: „Wprawdzie stosowanie prądu może być bolesne, ale nie powoduje uszkodzenia tkanek. Proszę kontynuować”.
Co zrobisz w tej sytuacji? Czy będziesz wykonywać polecenia eksperymentatora? Kiedy się zatrzymasz? Czy dojdziesz do końca skali, czyli 450 woltów? Zrobisz to? Jeśli twoja odpowiedź brzmi: nie, nie! Na pewno nie!! – to reagujesz tak, jak przewidywali profesorowie i studenci z Uniwersytetu Yale. Po zapoznaniu się z procedurą badania sądzili oni, że tylko nieliczni (najwyżej 1-2 proc.) badani skłonni będą zastosować wstrząs o maksymalnej sile. A jak było naprawdę?

Do diabła z tym doświadczeniem
Opisany powyżej eksperyment został przeprowadzony przed ponad 40 laty przez amerykańskiego psychologa społecznego z Yale University, Stanleya Milgrama, i do dziś należy do najbardziej znanych i kontrowersyjnych badań w psychologii. Jego wyniki wciąż zaskakują i dają do myślenia.

W eksperymencie nie chodziło oczywiście o badanie pamięci. Prąd nie płynął. Tzw. uczeń – 47-letni miły księgowy – był w rzeczywistości zawodowym aktorem i współpracownikiem eksperymentatora. Jego jęki były udawane. Nikt nie cierpiał, nikomu nie stała się krzywda. Ale nie zmienia to faktu, że wszyscy badani – którym zawsze przypadała rola nauczyciela – wierzyli święcie, iż sprawiają ból uczniowi.

Prawdziwym i jedynym celem eksperymentu było sprawdzenie, w jakim stopniu ludzie skłonni będą wypełniać polecenia badacza i razić coraz silniejszym prądem Bogu ducha winną osobę. W badaniu uczestniczyło 40 mężczyzn w wieku 20-50 lat. Byli wśród nich urzędnicy, nauczyciele, sprzedawcy, inżynierowie i pracownicy fizyczni. Płacono im 4,5 dolara za samo zgłoszenie się do udziału w eksperymencie, niezależnie od tego, jak później się zachowają.

A jak się zachowali? Pięciu badanych mężczyzn odmówiło posłuszeństwa przy 300 woltach, gdy rzekomy uczeń walił pięściami w ścianę i błagał, by przestać go dręczyć. Czterech posunęło się krok dalej. Ogólnie 14 badanych odmówiło posłuszeństwa. Natomiast ponad połowa z nich (26 z 40) posłusznie wciskała klawisze generatora prądu do samego końca, czyli do 450 V. Włączali je, choć byli przekonani, że wstrząsy są dla ucznia skrajnie bolesne. Robili to nawet wówczas, gdy uczeń przestawał reagować, a co mogło być sygnałem, że stracił przytomność. Wykazywali przy tym silne wzburzenie, rzadko obserwowane w laboratoriach psychologicznych: pocili się, jąkali, przygryzali wargi, niektórzy wbijali sobie paznokcie w ciało.

A jednak drżącymi dłońmi wciskali kolejne przyciski. Jeden z obserwatorów zanotował: „Obserwowałem dojrzałego i robiącego początkowo wrażenie zrównoważonego człowieka interesu, który wszedł do laboratorium uśmiechnięty i pewny siebie. Po 20 minutach rozdygotany, jąkający się, przypominał kłębek nerwów, najwyraźniej zbliżał się do stanu nerwowego załamania”. Na taśmie magnetofonowej zarejestrowano, jak inny uczestnik mówił: „to jest nieludzkie... O Boże, nie mogę posunąć się dalej, nie, to nie jest w porządku... do diabła z tym doświadczeniem... ten facet tam cierpi... nie, ja nie chcę tego zrobić”. A jednak nadal reagował na każde słowo eksperymentatora. Choć badani mogli w każdej chwili przerwać swój udział w eksperymencie, wciąż wypełniali polecenia eksperymentatora. Podobne wyniki uzyskano w innych eksperymentach, prowadzonych przez Milgrama i badaczy na całym świecie. Opisał je dr Thomas Blass z University of Maryland Baltimore County w książce Obedience to authority: Current perspectives on the Milgram paradigm.
Dlaczego ludzie tak się zachowali? Dlaczego gotowi byli na polecenie skrzywdzić niewinnego człowieka?

Ja tu tylko naciskam
Sam autor badań wyjaśniał to specyficznym stanem „pośrednictwa w działaniu” (agentic state), w jakim znajdowały się osoby badane. Wprawdzie wciskały one kolejne przyciski generatora prądu elektrycznego, ale psychicznie nie czuły się za to odpowiedzialne. Wykonywały bowiem tylko polecenia eksperymentatora, za którym stał autorytet badacza i uczelni. Eksperyment był wykonywany w instytucji cieszącej się niekwestionowaną reputacją – w Uniwersytecie Yale.
W jednym z kolejnych wariantów eksperymentu Milgram sprawdzał, co się stanie, jeśli osoba nakłaniająca nauczyciela nie będzie autorytetem. Podczas badania ktoś dzwonił do eksperymentatora, ten stwierdzał, że musi pilnie gdzieś wyjść i wyznaczał na swego zastępcę innego uczestnika oczekującego na badania (w rzeczywistości swego współpracownika).

Zamiana naukowca na „człowieka z ulicy” sprawiała, że uległość badanych spadała, ale i tak utrzymywała się na dość wysokim poziomie. W innej wersji eksperyment przeniesiono z budynku uniwersytetu do baraku nieznanej firmy. Okazało się, że nie spowodowało to dużej różnicy w gotowości do posłuszeństwa. Natomiast kiedy australijscy psychologowie Wesley Kilham i Leon Mann postawili osobę badaną w roli jedynie gońca, przekazującego nauczycielowi polecenia eksperymentatora, uzyskali wyniki wskazujące na skrajne posłuszeństwo. Taka rola sprzyjała bowiem poczuciu, że jest się jedynie trybikiem, który o niczym nie decyduje i sam osobiście nie czyni żadnych szkód.

Czy rzeczywiście badani nie czuli się odpowiedzialni za to, co robili? Gdy bezpośrednio po eksperymencie Milgram wprost pytał ich o to, kto jest najbardziej odpowiedzialny za cierpienia ucznia, wcale nie wskazywali na eksperymentatora, lecz na... siebie. Co więcej, jak wykazali angielscy psychologowie D. M. Mantell i R. Panzarella, nie było związku między wielkością przypisywanej eksperymentatorowi odpowiedzialności a momentem, kiedy badany odmawiał posłuszeństwa.
Być może wynikało to z faktu, że badani oceniali odpowiedzialność już po zakończeniu eksperymentu. Natomiast w trakcie wydawania poleceń to eksperymentator mógł wydawać się osobą odpowiedzialną za przebieg zdarzeń.

Może badani odczuwali presję ze strony eksperymentatora, by wypełniać jego polecenia? Neil Lutsy postanowił sprawdzić, czy badani będą bardziej skłonni do posłuszeństwa, gdy eksperymentator będzie naciskał na nich, mówiąc: „nie masz wyboru, musisz kontynuować”. Okazało się, że w takich warunkach badani częściej odmawiali udziału w eksperymencie.
A zatem na zachowanie badanych wpływały inne mechanizmy. Jakie? Otóż sytuacja, w której znaleźli się badani, była dla nich niezwykła i nowa, niejasne były oczekiwania eksperymentatora i uprawnienia badanego. Nie wiedzieli, jak należy w niej postąpić. Zapewne chętnie popatrzyliby, jak w tych warunkach zachowują się inni ludzie. Ale jedyną osobą obecną w tej sytuacji był eksperymentator. On znał plan eksperymentu, zachowywał się spokojnie, jakby mówił „nic złego się nie dzieje, wszystko jest pod kontrolą”. Nie zmuszał badanego i nie groził mu. Jednak tym bardziej modelował jego zachowanie.

Od rzemyczka do rażenia prądem
Dodatkowo działa tu reguła zaangażowania i konsekwencji, opisana przez Cialdiniego jako jedna z sześciu reguł wpływu społecznego. Zarówno badany, jak i uczeń dobrowolnie zgłosili się na badania. Fakt, że badanemu przypadła rola nauczyciela wydaje się zależeć od ślepego losu – równie dobrze mógł znaleźć się na miejscu ucznia – a zatem podział ról wydaje się sprawiedliwy. Z góry otrzymuje pieniądze za udział w eksperymencie, co wzmacnia poczucie zobowiązania. Pierwsze napięcia są bezbolesne, nic złego się nie dzieje. Kolejne przyciski generatora prądu różnią się tylko o 15 woltów. Jak pisze prof. Steven Gilbert, psycholog ze State University of New York, od badanego wymaga się za każdym razem zrobienia prawie tego samego, co już wcześniej zrobił. Wpada więc w pułapkę własnej konsekwencji. Zgodnie z techniką wpływu społecznego zwaną „stopa w drzwiach”, którą opisali psychologowie społeczni J.L. Freedman i C.S. Fraser, spełnienie prośby mniejszej czyni kogoś bardziej podatnym na uleganie prośbie większej. Skoro wcisnął pierwszy klawisz, trudno mu odmówić przy drugim itd. I ani się obejrzy, jak dążenie do konsekwencji doprowadzi go do ostatniego klawisza. Gdyby Milgram kazał badanym rozpocząć od piętnastego przycisku, prawdopodobnie większość odmówiłaby mu.

Jak automat
Kolejnym czynnikiem, który sprzyja posłuszeństwu, jest ograniczenie samoświadomości badanego. Ma on mało czasu na refleksję, bo musi ciągle coś robić: słuchać tego, co mówi uczeń, porównać jego odpowiedzi z wzorcem, reagować na polecenia eksperymentatora. Nie pozostawia mu się czasu na to, by zastanowił się nad swoim postępowaniem. Działa więc automatycznie i bezrefleksyjnie. I przechodzi większą część skali zanim uczeń wyrazi protest. Gdyby choć przez kilka minut mógł pomyśleć, co właściwie robi i w jakich relacjach pozostaje to do jego własnych postaw i wartości, może wszystko potoczyłoby się inaczej...

Badany doświadcza konfliktu dwóch głęboko zakorzenionych tendencji: niekrzywdzenia innych i posłuszeństwa wobec autorytetu. Nawyk posłuszeństwa okazuje się silniejszy. Żyjemy w kulturze, w której ceni się uległość i grzeczne wypełnianie poleceń. Od najmłodszych lat jesteśmy uczeni wypełniania bez zastanowienia poleceń rodziców, nauczycieli, dorosłych, a później innych osób, stojących wyżej od nas w hierarchii społecznej. Milgram b...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy