Dołącz do czytelników
Brak wyników

Ja i mój rozwój , Praktycznie

12 lutego 2016

Podróż za jeden uśmiech

64

Uśmiechnięty rodak - to brzmi niemal jak gorący lód lub sucha woda. Po prostu oksymoron! Kto nas trzyma za kąciki ust? Dlaczego się nie unoszą? Nam i Koreańczykom?

Uśmiech wędruje daleko – pisał przed laty James Joyce, podkreślając jego moc. Do nas najwyraźniej jeszcze nie zawędrował. Najpopularniejszy na świecie przewodnik Lonely Planet ostrzega tych, którzy wybierają się do Polski: „Zabierzcie ze sobą uśmiechy; nie zobaczycie ich tu na ulicy, bo uśmiechanie się do obcych uznawane jest za przejaw głupoty”.

Zabierzcie ze sobą uśmiech, bo ten w naszym kraju „jest czymś niecodziennym. Czymś, na co trzeba sobie zasłużyć” – czytam na internetowym blogu.
Tak do tego przywykliśmy, że brak uśmiechu nawet nas nie razi. Dostrzegamy to dopiero, gdy wracamy z zagranicy.

Kultura miłych słów

Dlaczego rzadko się uśmiechamy? Z czego bierze się nasze specyficzne nastawienie do uśmiechu? Wbrew pozorom nie jest to spuścizna PRL-u. Nie tylko. Tłumaczyć je może norma „przyjazności”, a w zasadzie jej brak. Międzynarodowy zespół badaczy, zwany projektem GLOBE, jako jeden z wymiarów kultury wyróżnia „orientację na stosunki międzyludzkie”. Chodzi o stopień, w jakim ludzie należący do jakiejś społeczności zachęcają się do życzliwości, altruizmu, hojności i uczciwości oraz nagradzają przejawy tych zachowań. Polska znalazła się pod tym względem na dalekim, 52. miejscu.

W społecznościach zorientowanych na stosunki międzyludzkie ludzie czują się odpowiedzialni za samopoczucie innych i sądzą, że powinni ich wspierać emocjonalnie. Dlatego częściej uśmiechają się, nawet do nieznanych osób, a jednocześnie maskują się i nie ujawniają, że coś ich smuci czy boli.
Specyficzną odmianą tak rozumianej życzliwości jest amerykańska norma przyjazności (friendliness). Polega ona na serdeczności nawet wobec zupełnie obcych ludzi, a oznaką tego jest właśnie uśmiech. Nie chodzi o zaprzyjaźnianie się, nawiązywanie głębszych więzi. Przeciwnie, „Amerykanie kierują się silnie zakorzenioną konwencją, aby demonstrować powierzchowną serdeczność w kontaktach społecznych” – piszą Edward Stewart i Milton Bennett w książce American Cultural Patterns. „Miłe słowa i uprzejme uśmiechy są traktowane jako coś naturalnego, coś, czego należy oczekiwać”.

Deficyt życzliwości

W Polsce takiej normy nie uświadczymy. Codzienne interakcje większości rodaków kształtuje podział na wąski krąg swoich i przepastny świat obcych – o których dobry nastrój czy interesy nie trzeba dbać. Stykając się z nimi, Polak nader często sprawia wrażenie skoncentrowanego na sobie, własnych celach i problemach. Nic dziwnego, że życzliwość wydaje się w Polsce towarem deficytowym. Na życzliwość i sympatię zasługuje tylko wąski krąg ludzi, do których mamy całkowite zaufanie.

W badaniu TSN OBOP na pytanie „Czy ludzie są na ogół wobec innych ludzi życzliwi, obojętni czy też nieżyczliwi lub złośliwi?”, zaledwie 15 procent Polaków uznało innych za życzliwych, 54 proc. za obojętnych, a aż 28 proc. za nieżyczliwych lub złośliwych.

Barierą dla uśmiechu okazuje się nasze przywiązanie do szczerości, choć specyficznie rozumianej. Jak pisze światowej sławy lingwistka Anna Wierzbicka, kulturę polską charakteryzuje nakaz mówienia „tego, co się myśli”, nawet jeśli mogłoby to zranić czyjeś uczucia. W przeciwieństwie do angielskiego, w języku polskim nie ma dwóch określeń na szczerość. Zdaniem Wierzbickiej, angielskie frankness „jest w stanie wyrazić jednocześnie dwie wartości: mówienie tego, co się myśli, oraz przywiązywanie wagi do odczuć innych ludzi”. Polska szczerość, podobnie jak angielskie sincerity, kładzie nacisk na wyrażanie tego, co się myśli, nawet jeśli w ten sposób można kogoś urazić.

Jak podkreśla Wierzbicka, polska norma szczerości odnosi się nie tylko do słów, ale także do mowy ciała, a zwłaszcza mimiki. W Polsce oczekuje się, że twarz powinna ujawniać przeżywane uczucia – bo jeśli ich nie ujawnia, to ktoś jest prawdopodobnie nieszczery, a może wręcz fałszywy. Uśmiech osoby nieznajomej albo niezbyt nas lubiącej budzi podejrzenia – o co mu/jej chodzi, może próbuje wkraść się w nasze łaski.

„W codziennych kontaktach Polacy często zachowują się, jakby mówili: «Proszę traktować mnie poważnie»” – pisze mieszkająca w Polsce Amerykanka Laura Klos Sokol. „Zamiast uśmiechać się powierzchownie, okazują uprzejmość lekkim skinieniem głowy. Niektórzy nie mają ochoty na maskowanie swoich codziennych trosk. Uważają, że ich uśmiech byłby fałszywy”.

Kultura podlega przeobrażeniom. Transformacji ulegają też wzorce związane z uśmiechaniem. Wydaje się, że zmiany ustrojowe przyniosły nie tylko komercjalizację uśmiechu i „zarządzanie kącikami ust” w sektorze usług, ale i tęsknotę za uśmiechem w życiu codziennym. „Patrzę na ludzi jadących razem ze mną tramwajem do domu” – pisze na swoim blogu Freya. „Wszyscy tacy sami, smutni i posępni. Każdy wbija wzrok w podłogę albo gapi się ślepo za okno. Cokolwiek, byle nie spotkać przypadkiem spojrzenia drugiego człowieka. Jak niechcący do tego dojdzie, to rany boskie, tragedia! (...) Dlaczego człowiek nie może uśmiechnąć się do drugiego?”.

Trwające od niemal trzech lat spory po katastrofie smoleńskiej ujawniły nie tylko głębokie podziały ideologiczne, ale pokazały zarazem, jak żywa jest u nas ciągle tradycja martyrologiczno-cierpiętnicza, wręcz mesjanizm, który w Polsce widzi „Chrystusa narodów”. Kiedy Maria Janion pisała w latach 90., że ta tradycja romantyczna nie odeszła w przeszłość, wiele osób (w tym ja) odebrało to jako figurę stylistyczną. Okazało się, że miała rację. Jeżeli zaś widzimy życie jako padół łez, to jedynym uśmiechem, na który możemy sobie pozwolić, jest uśmiech goryczy. Zaś dla wrogów i zdrajców rezerwujemy uśmiech jadowity.

Polak, Koreańczyk – dwa bratanki

Czy jesteśmy w kwestii uśmiechu wyjątkowi? Niestety, nie. Na włas[-]nej skórze przekonałem się o tym w zeszłym roku podczas wykładów w Korei Południowej. Podobieństwa między nami a Koreańczykami nie rzucają się w oczy. Na początku miałem poczucie obcości. Zagadnięci na ulicach ludzie, których pytałem o drogę, sprawiali wrażenie bardzo onieśmielonych, mało kto przyznaje się do znajomości angielskiego, choć uczą się go prawie wszyscy. Ktoś o innym kolorze skóry od razu wywołuje zainteresowanie, a nierzadko słabo maskowaną niechęć. Poza Seulem, Korea Południowa jest krajem bardzo homogenicznym kulturowo i dość zamkniętym. Turystów przyjeżdża tu mało, a Koreańczycy za granicę wyjeżdżają rzadko (nie pomagają w tym na pewno krótkie urlopy). Tylko jeden z moich studentów przyznał się, że w dzieciństwie odwiedził z rodzicami Szang[-]haj.

Istnieją między nami pod...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy