Dołącz do czytelników
Brak wyników

Psychologia i życie

19 sierpnia 2022

NR 9 (Wrzesień 2022)

Pochwała niewierności - O tym, czy zdrada zawsze musi oznaczać koniec związku, z Franzem Josefem Wetzem rozmawia Andrzej Lipiński

0 164

Uwikłani jesteśmy w odwieczny konflikt między pragnieniem stabilności i bezpieczeństwa w relacji a potrzebą zmian i nowych doświadczeń. Co jakiś czas w długoletnim związku do głosu dochodzą utajone pragnienia i potrzeba zdrady. Czy to oznacza koniec relacji? Czy może prawdziwą trucizną jest próba utrzymania jej status quo mimo wewnętrznych przemian partnerów?


Andrzej Lipiński: Pochwała niewierności – tak zatytułował Pan swoją książkę. Czy to znaczy, że zachęca Pan do zdrady?
Franz Josef Wetz
: W żadnym wypadku nie nawołuję do zdradzania. Raczej trochę prowokuję, zakładając, że ludzie żyjący w długoletnim związku z czasem siłą rzeczy mogą odczuć potrzebę zdrady. Do głosu dochodzą utajone erotyczne pragnienia, którym niekiedy po prostu dajemy upust.

Pisze Pan, że „życie jest pułapką; pobieramy się, by doświadczać spełnionej seksualności z jednym tylko partnerem, a to po prostu nie jest możliwe”. Czy zdrada jest wpisana w istotę człowieczeństwa?
Przysięgi, jakie składamy sobie przed ołtarzem albo w urzędzie, są raczej bezpodstawne, gdyż ich realizacja wydaje się niemożliwa. Obiecujemy sobie, że urzeczywistnimy coś w rodzaju kwadratury koła. Wpadamy w tę pułapkę, bo – jak zauważył Nietzsche – „rozkosz chce trwać wiecznie”. Na początku jesteśmy głęboko przekonani, że miłość, jaką odczuwamy do ukochanej osoby, nigdy nie ustanie. Wbrew doświadczeniom innych ludzi chcemy wierzyć, że nasz związek jest wyjątkowy. To błędne wyobrażenie jest cementowane niejako instytucjonalnie przez obyczaje, ceremonie, uroczystości weselne i różne konwencje społeczne. Tym sposobem kreuje się wizję nierealnej przyszłości.

POLECAMY

Czyli mamy do czynienia z jedną wielką iluzją?
Ta iluzoryczna idea miłości, kusząca obietnicą „spotkania w jednym człowieku tego jedynego, właściwego partnera na całe życie”, zrodziła się dopiero w epoce romantyzmu. Wcześniej mężczyźni brali sobie kobietę za żonę, by założyć rodzinę, dochować się potomstwa i prowadzić w miarę stabilne życie. Zamożniejsi i posiadający władzę pozwalali sobie na utrzymywanie kochanek, z którymi zaspokajali potrzeby i fantazje seksualne. Połączenie żony i kochanki w jednej osobie jest, jak wspomniałem, wytworem romantyzmu.
 


Być może w akcie zdrady wyraża się także potrzeba smakowania życia, zyskania nowych doświadczeń i przekraczania ustalonych granic – czyli tego wszystkiego, czego w stałym związku nie sposób w pełni zaspokoić. Czy nie można by szukać takiego zaspokojenia np. w sztuce, sporcie albo w hobby? 
Z punktu widzenia potrzeb seksualnych oznaczałoby to raczej okłamywanie własnej natury. W tej sferze istnieje coś w rodzaju „nienazwanej przestrzeni”. Ludzie zaniedbani seksualnie, nawet jeśli nie uciekają w zdradę, często poszukują alternatywnych form spełnienia, np. w świecie internetu. Ich życie seksualne toczy się niejako za kulisami, a od sceny przyzwoitej codzienności dzieli ich przestrzeń dyskrecji, półprawdy, czasem kłamstwa.

Psychologowie twierdzą, że zdrada często ma głębsze źródła, np. w problematycznym dzieciństwie, unikającym stylu przywiązania czy w narcyzmie. Pan jednak przestrzega przed patologizowaniem niewierności, uznając ją za jedną z naszych naturalnych potrzeb.
Dzieciństwo zawsze kryje w sobie ryzyko brzemiennych w skutki zakłóceń rozwoju. Ale zdrada niekoniecznie musi być oznaką patologicznego wychowania, nie w każdym wypadku jest również dowodem na to, że związek zabrnął w ślepą uliczkę. Często bywa po prostu ujawnieniem się drzemiącej w nas potrzeby przeżycia jakiejś zmysłowej odmiany – pragnienia, które może zrodzić się wskutek uśpienia sfery cielesnej nawet w nieźle funkcjonującym związku. W terapiach małżeńskich nierzadko zwalcza się tę potrzebę i przekierowuje energię na rozwój wzajemnej uważności partnerów. Czasem może okazać się to pomocne, ale doświadczenie życiowe pokazuje, że w większości wypadków ta metoda się nie sprawdza, gdyż zazwyczaj problem jest natury biologicznej, a nie psychologicznej. 

Czy w zbliżeniu z kimś obcym nie poszukujemy czasem tych stron własnej osobowości, które nie doszły do głosu, zostały wyparte albo zaniedbane, a dla których w ciasnym gorsecie stałego związku może nigdy nie będzie przestrzeni? 
Najprawdopodobniej tak jest, nie musi to jednak oznaczać, że poszukiwanie spełnienia z kimś trzecim przekreśla możliwość pozostania w stabilnym związku z dotychczasowym partnerem. Nie twierdzę, że jest to łatwe do zrealizowania. Statystycznie takie formy związków występują dość często w środowisku gejów. Partnerzy mieszkają razem, dbają o siebie i wzajemnie się wspierają, ale w sferze seksu przyznają sobie względnie dużą wolność. Traktują się nawzajem bardziej w kategorii życiowych towarzyszy niż kochanków. Takie otwarte związki są możliwe jednak tylko wtedy, gdy obie strony mają w sobie wystarczająco dużo odwagi i otwartości na tego typu doświadczenia. 

Zdrada jest, jak się zdaje, w opozycji do potrzeby stabilności i bezpieczeństwa, jakich szukamy w trwałym partnerstwie.
Te elementarne potrzeby oczywiście odgrywają w naszym życiu niezwykle ważną rolę, dlatego związki otwarte, nawet jeśli na zewnątrz wydają się względnie stabilne, nie są wolne od konfliktów. Ale przecież to samo można powiedzieć o wszystkich ludzkich relacjach. Stąd najważniejsze jest chyba nie to, by dążyć do stworzenia idealnego związku wolnego od wszelkich napięć, lecz rozwijanie umiejętności konstruktywnego radzenia sobie z konfliktami i problemami pojawiającymi się na wspólnej drodze. 

Nawet jeśli zdrada – jak Pan twierdzi – nie musi być oznaką poważnych zgrzytów w związku, to jednak u większości rodzi silny strach przed utratą stabilnej, bezpiecznej relacji.
Ten odwieczny konflikt między pragnieniem stabilności i bezpieczeństwa w związku a potrzebą zmian, nowych doświadczeń, nawet ekstazy, jest integralną częścią ludzkiej natury. Rozwiązanie tego konfliktu nie jest do końca możliwe. Musimy żyć z tym wewnętrznym rozwarstwieniem, pracować nad jego oswojeniem i wykształceniem w sobie stanu emocjonalnej równowagi.

Zamiast równowagi pojawiają się zazdrość i lęk przed utratą bliskiej osoby. Jak sobie z tym radzić?
Zazdrość to obosieczny miecz. Na początku odbieramy ją raczej jako komplement, coś w rodzaju miernika stopnia zakochania. Cieszymy się wręcz, gdy nasz partner okazuje zazdrość. Z czasem, gdy zakochanie słabnie, zazdrość przybiera znamiona zawłaszczenia – ogranicza wolność i zaczyna krępować. Forma i intensywność zazdrości jest modyfikowana kulturowo, ale jej istota jest biologicznym dziedzictwem, odpowiadającym m.in. za to, żeby nasze potomstwo wyrastało w miarę bezpiecznych i stabilnych warunkach. Ale w konkretnym związku zazdrość i lęk utraty ostatecznie łączą się w poczucie zagrożenia. Zazdrość ukierunkowana jest na biologicznie uwarunkowaną seksualność i wyraża roszczeniowy stosunek do ciała partnera. Lęk przed...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy