Pochwała niewierności - O tym, czy zdrada zawsze musi oznaczać koniec związku, z Franzem Josefem Wetzem rozmawia Andrzej Lipiński

Psychologia i życie

Uwikłani jesteśmy w odwieczny konflikt między pragnieniem stabilności i bezpieczeństwa w relacji a potrzebą zmian i nowych doświadczeń. Co jakiś czas w długoletnim związku do głosu dochodzą utajone pragnienia i potrzeba zdrady. Czy to oznacza koniec relacji? Czy może prawdziwą trucizną jest próba utrzymania jej status quo mimo wewnętrznych przemian partnerów?


Andrzej Lipiński: Pochwała niewierności – tak zatytułował Pan swoją książkę. Czy to znaczy, że zachęca Pan do zdrady?
Franz Josef Wetz
: W żadnym wypadku nie nawołuję do zdradzania. Raczej trochę prowokuję, zakładając, że ludzie żyjący w długoletnim związku z czasem siłą rzeczy mogą odczuć potrzebę zdrady. Do głosu dochodzą utajone erotyczne pragnienia, którym niekiedy po prostu dajemy upust.

POLECAMY

Pisze Pan, że „życie jest pułapką; pobieramy się, by doświadczać spełnionej seksualności z jednym tylko partnerem, a to po prostu nie jest możliwe”. Czy zdrada jest wpisana w istotę człowieczeństwa?
Przysięgi, jakie składamy sobie przed ołtarzem albo w urzędzie, są raczej bezpodstawne, gdyż ich realizacja wydaje się niemożliwa. Obiecujemy sobie, że urzeczywistnimy coś w rodzaju kwadratury koła. Wpadamy w tę pułapkę, bo – jak zauważył Nietzsche – „rozkosz chce trwać wiecznie”. Na początku jesteśmy głęboko przekonani, że miłość, jaką odczuwamy do ukochanej osoby, nigdy nie ustanie. Wbrew doświadczeniom innych ludzi chcemy wierzyć, że nasz związek jest wyjątkowy. To błędne wyobrażenie jest cementowane niejako instytucjonalnie przez obyczaje, ceremonie, uroczystości weselne i różne konwencje społeczne. Tym sposobem kreuje się wizję nierealnej przyszłości.

Czyli mamy do czynienia z jedną wielką iluzją?
Ta iluzoryczna idea miłości, kusząca obietnicą „spotkania w jednym człowieku tego jedynego, właściwego partnera na całe życie”, zrodziła się dopiero w epoce romantyzmu. Wcześniej mężczyźni brali sobie kobietę za żonę, by założyć rodzinę, dochować się potomstwa i prowadzić w miarę stabilne życie. Zamożniejsi i posiadający władzę pozwalali sobie na utrzymywanie kochanek, z którymi zaspokajali potrzeby i fantazje seksualne. Połączenie żony i kochanki w jednej osobie jest, jak wspomniałem, wytworem romantyzmu.
 


Być może w akcie zdrady wyraża się także potrzeba smakowania życia, zyskania nowych doświadczeń i przekraczania ustalonych granic – czyli tego wszystkiego, czego w stałym związku nie sposób w pełni zaspokoić. Czy nie można by szukać takiego zaspokojenia np. w sztuce, sporcie albo w hobby? 
Z punktu widzenia potrzeb seksualnych oznaczałoby to raczej okłamywanie własnej natury. W tej sferze istnieje coś w rodzaju „nienazwanej przestrzeni”. Ludzie zaniedbani seksualnie, nawet jeśli nie uciekają w zdradę, często poszukują alternatywnych form spełnienia, np. w świecie internetu. Ich życie seksualne toczy się niejako za kulisami, a od sceny przyzwoitej codzienności dzieli ich przestrzeń dyskrecji, półprawdy, czasem kłamstwa.

Psychologowie twierdzą, że zdrada często ma głębsze źródła, np. w problematycznym dzieciństwie, unikającym stylu przywiązania czy w narcyzmie. Pan jednak przestrzega przed patologizowaniem niewierności, uznając ją za jedną z naszych naturalnych potrzeb.
Dzieciństwo zawsze kryje w sobie ryzyko brzemiennych w skutki zakłóceń rozwoju. Ale zdrada niekoniecznie musi być oznaką patologicznego wychowania, nie w każdym wypadku jest również dowodem na to, że związek zabrnął w ślepą uliczkę. Często bywa po prostu ujawnieniem się drzemiącej w nas potrzeby przeżycia jakiejś zmysłowej odmiany – pragnienia, które może zrodzić się wskutek uśpienia sfery cielesnej...

Pozostałe 80% artykułu dostępne jest tylko dla Prenumeratorów.



POLECAMY

Przypisy