Dołącz do czytelników
Brak wyników

Na temat

23 lutego 2022

NR 3 (Marzec 2022)

Opowieści miłosne, czyli jak się dobrze związać

0 521

Czasami przychodzą do mnie pary z tym pytaniem: Czy to jest miłość, co nas łączy? Czy my się jeszcze kochamy? Tak jakby odpowiedź mogła płynąć z zewnątrz, jakby ktoś poza nimi mógł to wiedzieć. Pogoń za miłością przypomina wtedy próbę znalezienia świętego Graala – to uczucie ma spełnić wiele kryteriów, byśmy mogli uznać, że to właśnie jest miłość.

Dorota Krzemionka: Od dziecka karmimy się opowieściami o miłości, jakie znajdujemy w literaturze, filmach czy historiach zasłyszanych od mamy czy babci. Jaki te opowieści mogą mieć na nas wpływ?
Katarzyna Moneta-Spyra:
Obraz miłości jest w nich często wyidealizowany, zabarwiony romantyzmem. I może rodzić oczekiwanie, że kiedy się już zakochamy, to będzie wyglądało tak, jak widzieliśmy w filmach. 

POLECAMY

Ziemia się poruszy, jak opisuje Ernest Hemingway w Komu bije dzwon. Albo wybrzmi podniosła muzyka – z tego oczekiwania szydzi podczas swoich wykładów profesor literatury, bohaterka filmu Miłość ma dwie twarze. A potem mu ulega…
Kiedy zaś muzyka nie wybrzmi, pojawia się rozczarowanie. W efekcie takich opowieści o miłości oczekujemy jakiegoś konkretnego obrazu, sygnału czy danej wizji miłości i dopasowujemy do niej to, co dzieje się w naszym życiu. Nie zostawiamy wtedy w naszej relacji wiele miejsca na jakąś nieidealność, na problemy czy koncept pracy nad związkiem.

Kiedy nie słyszymy muzyki, ziemia się nie trzęsie, pojawia się niepewność, czy to na pewno jest miłość? 
Czasami przychodzą do mnie pary z tym pytaniem: Czy to jest miłość, co nas łączy? Czy my się jeszcze kochamy? Tak jakby odpowiedź mogła płynąć z zewnątrz, jakby ktoś poza nimi mógł to wiedzieć. Pogoń za miłością przypomina wtedy próbę znalezienia świętego Graala – to uczucie ma spełnić wiele kryteriów, byśmy mogli uznać, że to właśnie jest miłość. 

Czy ma Pani jakąś ulubioną opowieść o miłości?
Chyba nie, choć z ciekawością oglądam i czytam różne rzeczy na temat miłości. Ostatnio oglądałam serial Sceny z życia małżeńskiego, adaptację filmu Ingmara Bergmana. Widać w nim, jak bardzo subtelne akcje i reakcje składają się na miłość. Każda para opowiada ją dla siebie. 

Często opowieść o miłości sprowadza się do szczęścia, które miłość niesie. Wielu chce w to wierzyć… 
A jeśli przestaje dawać szczęście, widocznie nie jest to ta osoba. Ludzie mylą czasem miłość ze stanem zakochania, który, jak wiemy z badań, nie trwa długo. Gonią przez całe życie za kolejnymi uniesieniami, które nieuchronnie się kończą. Nie są w stanie zaakceptować tego, że nie zawsze będzie łatwo, że będziemy się kłócić, negocjować, trzeba będzie pójść na kompromisy, dać ukochanej osobie prezent swoim kosztem.

I docenić to, co jest w tym związku, godząc się z tym, czego w nim nie ma, bo nie wszystko może być w jednej osobie. 
Tak, mając zarazem wdzięczność do tej osoby, że od lat nam towarzyszy i jest świadkiem naszego życia. Tego trudno doświadczyć w kolejnym i kolejnym związku.

Niektórzy zrywają związek, gdy staje się bliski. Uciekają, bo obawiają się, że miłość może ich zranić. Są tacy, którzy traktują miłość jako grę, inni zaś sądzą, że tylko tu można być sobą, zrzucić wszelkie maski.
Wszystkie te warianty miłosne są w myśleniu ludzi obecne. Moim zdaniem wiąże się to z indywidualnym poczuciem bezpieczeństwa, zarówno tym wewnętrznym, jak i tym dotyczącym odbioru świata. Jeśli ktoś ma poczucie, że nie można ufać innym, to przeżywa miłość jako pewnego rodzaju grę. Jeżeli zaś ma poczucie bezpieczeństwa w sobie i wie, że nie ma idealnych osób, to bardziej skłonny jest zaakceptować, że partner ma swoje mocne, ale i słabsze strony. A kryzys w parze może być rozwojowy, jeśli uda się przez niego razem przejść. Terapeuci pracujący z parami starają się zrozumieć istotę miłości. Dla mnie miłość dorosłych jest przywiązaniem, czyli jakąś wersją tego, co się dzieje między pierwotnym opiekunem – matką i dzieckiem. To najważniejsza relacja, w której mamy się czuć bezpiecznie, i jeśli się tak czujemy, możemy odważnie wychodzić do świata.

I kochać. W mojej ulubionej miłosnej opowieści Miłość w czasach zarazy Gabriela Garcii Marqueza dr Urbino był świadom, że nie kocha Ferminy Dazy: „Ożenił się, bo podobała mu się jej duma, powaga, jej siła, a trochę również przez próżność, ale kiedy pocałowała go po raz pierwszy, nabrał pewności, że nie ma żadnych przeszkód, aby wymyślić godziwą miłość”. Czy można wymyślić godziwą miłość z tą osobą, z którą jesteśmy?
To jest rodzaj naszej decyzji. Ale codziennie na nowo decydujemy, że chcemy być z osobą, z którą jesteśmy, i jest w tym wartość. Co nie znaczy, że inni przestają nas pociągać. 

Tu pojawia się problem, bo jak twierdzi prof. Bogdan Wojciszke w zachodniej kulturze stajemy się ofiarami mitu romantycznego, który sprowadza miłość do namiętności. A jeśli ona mija, szukamy kolejnej osoby. Przeciwieństwem tego mitu jest związek aranżowany…
Pamiętam wyniki, które wskazywały, że małżeństwa aranżowane nie tylko są trwalsze, ale dają małżonkom więcej satysfakcji. Z jednej strony jest to mocno uwarunkowane kulturowo. Z drugiej strony stabilność i bezpieczna baza, która jest z góry założona w aranżacji, sprzyja docenieniu związku i zachowaniu jego stałości. 

Ktoś porównał zachodnie związki romantyczne do czajnika elektrycznego: woda szybko się w nim gotuje i równie szybko stygnie. Związki aranżowane są jak czajnik grzejący się na starej kaflowej kuchni – woda wolno się nagrzewa, ale długo utrzymuje temperaturę...
Jeśli myślimy o miłości jako o więzi przywiązaniowej, to jej częścią jest opieka, a także relacja seksualna. Nie sposób jednak, by ekscytacja z upływem lat była równie silna, woda nie może wrzeć bez końca. Ale w związkach, w których ludzie czują się bezpiecznie, relacja seksualna się pogłębia. Ludzie sobie ufają i bez obaw mogą odkrywać się w seksie, pokazywać swoją bezbronność. Więcej w seksie jest spontaniczności i zabawy. Taka relacja może satysfakcjonująco trwać całe życie.

Intymność jest tu czymś zupełnie innym niż podczas seksu na przygodnej randce. Opowieść miłosna zaczyna się od tego, jak się poznali. Wielu wierzy, że to nie był przypadek. Przecież mogli się minąć, on przez pomyłkę wysiadł na innym przystanku, ona pobłądziła, miała być gdzie indziej… Ale jakieś magiczne siły ich połączyły. 
Wierzą, że są sobie przeznaczeni. Pobrzmiewa w tym mit o dwóch połówkach jabłka, które się znalazły i idealnie dopasowały. To rodzaj mitu założycielskiego pary, o którym pisał w latach siedemdziesiątych Antonio Ferreira, terapeuta pracujący systemowo. Tworzy on podstawy rodziny i pozwala zachować równowagę danej pary w czasie kryzysu. Ta opowieść pojawia się w narzeczeństwie, gdy para się konstytuuje i z dwójki odrębnych jednostek powstaje trzeci byt, czyli para. Potrzebują się jakoś wyodrębnić od świata i stworzyć własną historię. Ten mit może brzmieć: Jesteśmy super dopasowani, nigdy się nie kłócimy, albo odwrotnie: Jesteśmy bardzo niezależni i wiele rzeczy robimy indywidualnie. To jest coś, co tę parę określa i sprzyja jej trwaniu. Może też stać się obroną przed chaosem czy rozpadem pary. Lecz czasem ten mechanizm zawodzi, na przykład jeśli mit założycielski brzmi: Jesteśmy tak dopasowani, że nigdy się nie kłócimy – gdy pojawią się kłótnie, zaczynają chwiać tym mitem i parą. Co ciekawe, para zgłasza się wtedy na terapię z nieświadomą nadzieją, że terapeuta przywróci im mit, naprawi relację i nadal będą mogli twierdzić, że się nie kłócą. Gdy pary skonfliktowane przychodzą na terapię, nie snują już wyidealizowanej opowieści o miłości, czasami wręcz o niej zapomnieli. Próbuję ich wtedy cofnąć do początku – do tego, co sprawiło, że są ze sobą. 

Czy to przypadek, że wybieramy sobie takich, a nie innych partnerów? 
Ten wybór często wynika z nieświadomych motywów. W terapii par zawsze pytam na początku: co Państwa do siebie przyciągnęło? Robię to, żeby – po pierwsze – przypomnieć parze, że z jakiegoś powodu się połączyli, że był dobry czas w ich związku, kiedy byli ze sobą dostrojeni. Okres zakochania stanowi ważny zasób, do którego mogą się odwoływać w kryzysie. Po drugie próbuję ustalić, z czego wynikał ich wybór. Ludzie często się rozczulają, kiedy o tym mówią. Na przykład on wspomina: Żona była taka spontaniczna, towarzyska. A żona mówi: Mąż był poważny, opanowany i opiekuńczy, niewiele mówił. Z upływem lat okazuje się, że to, co na początku w partnerze pociągało, z czasem zaczyna drażnić.

Jej w tym opanowanym partnerze zaczyna brakować spontaniczności, a jego opiekuńczość odbiera jako coś, co ją ogranicza…
Choć początkowo mogła korzystać z jego spokoju jako zewnętrznego regulatora jej emocji, które silnie przeżywała. A jemu podobała się żywotna dziewczyna, bo wyciągała go z jego zdystansowania czy izolacji. Z czasem ta interakcja się usztywnia i przestaje sycić. On, taki poważny i skryty, nie okazując emocji, nie daje jej do siebie dostępu. Z kolei jej wrażliwość i hiperemocjonalność zaczynają budzić w nim lęk, czuje się przytłoczony i jeszcze bardziej się wycofuje, w efekcie ona tym bardziej traci do niego dostęp. I tym silniejszy czuje lęk. Sytuacja się zapętla, zwykle wtedy pary zgłaszają się na terapię. 

Andrzej Wiśniewski, nieżyjący już znakomity terapeuta par, opowiadał o kobiecie, która po jakimś czasie terapii przyznaje, że gdy jedzie tramwajem i widzi mężczyznę, który nieodparcie ją pociąga, to czym prędzej wysiada, bo wie, że to się dobrze nie skończy. 
Ma już świadomość, że ten pociąg nie zawsze jest czymś, za czym powinna iść. To może być złudne i wcześniej czy później sprowadzi ją na manowce. 

Na ile to, co pociąga nas w partnerze, wynika z tego, jacy byli nasi rodzice? Czy jego kręci jej spontaniczność, bo miał chłodną, wycofaną matkę? A ona ceni jego opanowanie, bo żyła w domu, gdzie panował emocjonalny chaos…
Możemy mieć nieświadomą nadzieję, że związek nas uleczy, wypełni braki z pierwotnych relacji z rodzicami. I odgrywamy w relacji z partnerem to, czego doświadczyliśmy w domu. Albo przeciwnie, zaprzeczamy tym brakom i szukamy w kolejnych relacjach czegoś wręcz odwrotnego. 

Opowieści o miłości kończą się często stwierdzeniem: „żyli długo i szczęśliwie”. Nie wiadomo, co ma się dalej dziać. A skądinąd wiadomo, że wszystko, co „samo się dzieje w związku”, zwykle zmierza do jego końca. 
Żyli długo i szczęśliwie – to tak, jakby ten wybór nieświadomy i początkowa fascynacja miały wystarczyć na resztę życia. Wracamy do mitu połówki jabłka, wystarczy tylko ją znaleźć i wszystko się ułoży. A jeśli się nie układa, to znaczy, że to nie jest ta osoba. Nie zaś, że trzeba zobaczyć, jak ja się dokładam do tego, co się dzieje w mojej parze. 

Marquez pisze: „Problem małżeństwa polega na tym, że kończy się ono co noc, kiedy przestajemy się kochać, i każdego dnia rano trzeba przed śniadaniem przystępować do jego odtwarzania”. Na czym to odtwarzanie związku miałoby polegać?
Przede wszystkim chodzi o świadomość, że tworzymy parę. Jestem ja, ty i jesteśmy my. W jakiej kondycji jest nasza para, czy opiekujemy się nią? Czy dajemy jej przestrzeń, uwagę w naszych zabieganych życiach? Czy umawiamy się na zabezpieczenie czasu tylko dla nas jako pary? Czy codziennie na nowo decydujemy, że chcemy być z tą osobą? Nie chodzi o to, że świat się skończy, jeśli jej z nami nie będzie. Poradzimy sobie sami, ale świadomie decydujemy, że chcemy być z nią. 

Mogę żyć osobno, ale na dłuższą metę nie tracę z horyzontu tej drugiej osoby i naszego związku. Co jeszcze scala związek?
Przekonanie, że ten drugi będzie przy mnie, kiedy będę go potrzebowała. Gdy będę w potrzebie, kryzysie czy lęku i zawołam, to odpowie, nie odwróci się, nie zignoruje, tylko będzie. Czasem druga strona może nie usłyszeć, nie zauważyć tego wołania. A potem się dziwi, że pretensja wraca po latach, bo ten drugi poczuł się zostawiony.

Sygnał był niewyraźny, czy partner nie był dość wrażliwy na niego?
Tego się nie da rozstrzygnąć. Para jest jak naczynia połączone, jak wspólny taniec, jedno wynika z drugiego. Może sygnał był przekazany w taki sposób, którego druga osoba nie odebrała, może radar był mało czuły albo uważność partnera była gdzie indziej. A może para nie odbiera na tych samych częstotliwościach, więc nie może się skomunikować.

Często sygnały, jakie sobie wysyłamy, tak naprawdę kryją w sobie drugie dno. Kiedy partner z pretensją mówi: ciągle tylko pracujesz, tak naprawdę może mu chodzić o to, bym poświęciła mu więcej czasu, albo obawia się, że nie jest już dla mnie tak ważny… 
Tak rodzą się konflikty. Pani mogłaby odebrać jego stwierdzenie jako pretensję czy próbę kontroli. I ratować się ucieczką. Ale kiedy w tym, co partner mówi, usłyszy pani: tęsknię za tobą, chciałbym z tobą spędzać więcej czasu, jesteś dla mnie ważna, to zupełnie inaczej zareaguje na ten komunikat. W terapii par pomagamy parom zrozumieć, co tak naprawdę emocjonalnie chcą sobie przekazać. Czasami jest to trudne, bo przecież partner nie powiedział wprost, że tęskni, tylko: za dużo pracujesz.

Znowu idziesz na spotkanie z koleżankami… Czasem związek jest dobry, spokojny i bezpieczny, ale czegoś w nim brakuje i robi się wtedy przestrzeń dla kogoś trzeciego. Jak w filmie Co się wydarzyło w Madison Country. Gdy godny zaufania mąż wyjeżdża, pojawia się fotoreporter, mężczyzna zupełnie odmienny. Bohaterka staje przed wyborem. Co sprawia, że taka przestrzeń na kogoś trzeciego się pojawia? 
To często jest opowieść o jakichś...

Ten artykuł dostępny jest tylko dla Prenumeratorów.

Sprawdź, co zyskasz, kupując prenumeratę.

Zobacz więcej

Przypisy